Vamos

Blog o tym co na kortach i wokół nich. Autorem jest Marek Furjan, dziennikarz i komentator

Wywiad z tenisistą

  • piątek, 30 grudnia 2016
    • Wywiad z tenisistą (18): Jerzy Janowicz

       jj15

      Marek Furjan: Do nowego sezonu przygotowywałeś się m.in. na Teneryfie. To był obóz na wzór tego w Monte Carlo, na który miałeś udać się w ubiegłym roku?

      Jerzy Janowicz: Nie do końca. Tutaj była podejmowana próba współpracy z Günterem Bresnikiem – trenerem Dominika Thiema. Był to obóz pod kątem naszej ewentualnej współpracy.

      Przez słowa „była podejmowana” należy rozumieć, że coś się nie powiodło?

      – Nie. Współpraca na nowy sezon raczej będzie nawiązana. Nie znamy jeszcze szczegółów, bo Bresnik będzie podróżował głównie z Thiemem. W Australii musimy znaleźć dłuższą chwilę, usiąść na pogawędkę i domówić szczegóły.

      Do tego zespołu należał jeszcze półfinalista Roland Garros 2014 – Ernests Gulbis.

      – Nie współpracuje z Bresnikiem już od French Open.

      Na Teneryfie trenowali też z wami inni zawodnicy.

      – Tak. Philipp Kohlschreiber (32 ATP) też przyjechał ze swoim trenerem. On dobrze żyje zarówno ze mną, jak i z Thiemem. Był jeszcze siedemnastoletni junior Denis Shapovalov (250 ATP), Riccardo Bellotti (228 ATP), który jest w podobnym wieku co ja oraz młodszy brat Dominika Thiema – również siedemnastolatek. Ekipa była duża.

      W ostatnich latach miewałeś problemy z dobrym przygotowaniem się do sezonu, głównie za sprawą problemów ze zdrowiem. Sam podkreślasz, że jest to dla Ciebie bardzo ważny okres. Czy można powiedzieć, że tym razem wszystko – od zdrowia po treningi – dopisuje i przygotowania przebiegają zgodnie z planem?

      – Raczej tak. Nauczyłem się żyć z dnia na dzień. Nie planuję za bardzo niczego z wyprzedzeniem, żeby się nie zawieść. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Dziś też już połowa dnia za mną, więc jeszcze druga połowa do przeżycia. Powolutku.

      Czy po takich przygotowaniach, które trwają już ponad miesiąc, jesteś w stanie ocenić swoją formę? Czy aby cokolwiek powiedzieć trzeba jednak rozegrać kilka spotkań w warunkach turniejowych?

      – Można powiedzieć coś wcześniej, chociaż wiadomo, że optymalna dyspozycja przyjdzie, gdy rozegra się kilka pojedynków. Można trenować kilka godzin dziennie, robić różnego rodzaju treningi, ale forma meczowa to coś zupełnie innego. Trzeba się ograć, ale przez półtora miesiąca, a nawet trochę więcej, można ocenić swój stan fizyczny i jeszcze podszlifować formę przed rozegraniem pierwszego meczu w sezonie. Wiadomo: im więcej spotkań, tym lepiej.

      Wrócę na moment do ubiegłego sezonu i momentu wylosowania Novaka Djokovicia w pierwszej rundzie US Open. Pamiętasz swoją reakcję?

      – Z tego co pamiętam, informację przekazał mi Radek Szymanik. Specjalnej, czy dziwnej reakcji nie było. Na pytanie „Z kim gram?”, on odparł: „Chcesz wiedzieć?”. „Tak”. „Z Djokoviciem”, „A, ok”. I tyle. Jakoś nigdy nie robiło to na mnie specjalnego wrażenia. Losowanie jak losowanie – za wygranie z Djokoviciem dają tyle samo punktów i pieniędzy jak za wygranie z zawodnikiem startującym z „dziką kartą”.

      Wygrałeś w tamtym meczu jednego seta i do pewnego momentu mecz był bardzo wyrównany. Gdybyś przed tym meczem miał rozegranych chociaż kilkanaście spotkań więcej, mógłbyś zagrozić mu jeszcze bardziej?

      – Zdecydowanie tak. Zabrakło głównie ogrania. Jeżeli przez ponad pół roku nie możesz nic robić, nawet trzymać rakiety w ręku, to długo dochodzisz do siebie. Przynajmniej ja tak mam, że po takiej przerwie – a ta była najdłuższą w mojej karierze – wracałem dość długo. Szkoda, że taki mecz nie wydarzył się po występie w Genui, bo tam wróciłem już na właściwe tory.

      To był udany tydzień, bo pokonałeś pięciu przeciwników i wygrałeś prestiżową imprezę challengerową. Zwycięstwo dodało Ci motywacji i wiary, że wciąż możesz grać na wysokim poziomie?

      – Wygranie takiego turnieju cieszy i pcha do przodu. Nie ma co ukrywać: tęskniłem za rywalizacją, potem, zmęczeniem, zwycięstwami a także porażkami. To był największy challenger, w dodatku z konkretną obsadą, W ciągu roku są tylko trzy turnieje tej rangi, w których występuje tylu solidnych zawodników. Turniej rozgrywany był na kortach ziemnych, które teoretycznie nie są moimi ulubionymi, chociaż gram na nich prawie najlepiej.

      Przed US Open zakończyłeś współpracę z Kimem Tiilikainenem, który pomagał Ci przez siedem lat. Czytałem niedawno wypowiedź Twojego taty, który mówił, że „na 90% wiadomo kto go zastąpi”. Czy miał na myśli wspomnianego już Güntera Bresnika?

      – Bresnik był bardzo prawdopodobną opcją. Mówiąc szczerze: już troszeczkę wcześniej widziałem jego zainteresowanie moją osobą. To jest jeden z najwybitniejszych trenerów pracujących obecnie w Tourze i na pewno można się od niego dużo nauczyć. Współpraca z takim trenerem nie będzie łatwa, ale owocna. Była też druga opcja, brana pod uwagę w zdecydowanie mniejszym stopniu, ale wybór został dokonany.

      Wiele czytałem o Bresniku, obserwowałem go podczas turniejów, i wydaje mi się, że to zupełnie inny typ człowieka niż Twój poprzedni trener. Tiilikainen sprawia wrażenie człowieka spokojnego, a Bresnik kogoś, kto rządzi twardą ręką.

      – Ja bym nie porównywał tych dwóch osób. Bresnik jako trener ma zdecydowanie większe doświadczenie, pracuje z czołowymi zawodnikami od ponad dwudziestu lat. Kim nie miał tyle doświadczenia. Nie chcę się zagłębiać w szczegóły, bo to moja prywatna sprawa, ale inaczej pracowało mi się z Kimem, a zupełnie inaczej będzie mi się pracowało z Günterem. Nawet jeżeli mają inne charaktery, chociaż obaj są spokojnymi osobami, różnią się podejściem. Mam nadzieję, że zaowocuje to sukcesami, chociaż mój powrót będzie chcąc nie chcąc trudny. Rozgrywając raptem kilka turniejów w roku udało mi się wygrać jedną z większych imprez i zostać w trzysetce rankingu. To świadczy o tym, że jest szansa na powrót. Powiedziałbym nawet, że szybciej niż później.

      Zamykając wątek trenerski: nic nie jest sfinalizowane, ale najprawdopodobniej w styczniu poczynicie takie kroki.

      – W styczniu najprawdopodobniej będę współpracował z Günterem Bresnikiem.

      Często wspominasz, że liczne kontuzje mają związek z Twoim wzrostem. Jesteś na nie bardziej narażony niż niscy zawodnicy. Słyszałem opinie, że nie do końca wywiązujesz się z zadań, które otrzymujesz w ramach rehabilitacji. Ile w tym prawdy?

      – Powiem tak: w Polsce nie ma człowieka, który oglądałby jakikolwiek z moich treningów. Są to jedynie trenerzy i dzieci, które trenują obok mnie. Nie było nigdy żadnego człowieka, który siedziałby nade mną i oglądał jak przebiega mój trening, a tym bardziej rehabilitacja, którą śledzi wyłącznie mój lekarz prowadzący i dwóch rehabilitantów. Jakiekolwiek komentarze na temat mojej rehabilitacji są więc żenująco śmieszne.

      Sezon rozpoczniesz od występu w Auckland (turniej rozpoczyna się 9 stycznia). Odpuszczenie pierwszego tygodnia rozgrywek ma nieco wydłużyć przygotowania?

      – Znów mam zamrożony ranking, więc przed turniejem w Auckland nie mogę nigdzie wystąpić. Od strony praktycznej wygląda to tak, że zamrażając ranking po raz pierwszy nie mogę występować przez co najmniej pół roku. Jako, że już raz poprosiłem o zamrożenie rankingu, a po rozegraniu kilku turniejów zrobiłem to ponownie, nie mogę grać przez trzy miesiące, ale za to mogę przez trzy miesiące dłużej korzystać z rankingu zamrożonego. Mogę się nim posłużyć jeszcze pięciokrotnie. Na 99% zagram w głównych turniejach Australian Open, French Open i Wimbledonu oraz dwóch turniejach ATP. Przez to, że zamroziłem ranking ponownie i wydłużył mi się okres do użycia lepszego rankingu, będę mógł zagrać właśnie w Paryżu i Londynie.

      Niektórzy zawodnicy mówią, że wietrzne Auckland to miejsce dobre dla żeglarzy, a nie tenisistów.

      – Warunki do rozgrywania turnieju są bardzo fajne, to świetnie zorganizowana impreza. Rzeczywiście jest bardzo wietrznie, ale co zrobić. Byłem pewny, że do tego turnieju załapię się ze swoim zwykłym rankingiem, stąd moja decyzja.

      Gdy rozmawialiśmy rok temu mówiłeś, że Twoim celem jest awans do czołowej dziesiątki rankingu w ciągu trzech najbliższych lat. Jak Cię znam to zdania nie zmieniłeś, tylko należy zapomnieć o 2016 roku i rozpocząć odliczanie raz jeszcze.

      - Tak, ten rok można raczej wyciąć z kalendarza. Nie był dla mnie za bardzo tenisowy, bo zagrałem ledwie w kilku turniejach i niespecjalnie mogłem się wykazać. Trzeba do tego podejść spokojnie: duża zmiana z nowym trenerem, może także z miejscem treningów – zobaczymy co ustalimy, bo czysto logistycznie współpraca jest utrudniona, jako że Bresnik siedzi głównie w Wiedniu. W Australii usiądziemy i porozmawiamy. Na razie prawdopodobnie w moim boksie będzie siedział trener Bresnik.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z tenisistą (18): Jerzy Janowicz”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      piątek, 30 grudnia 2016 19:44
  • poniedziałek, 26 września 2016
    • Wywiad z tenisistą (17): Purav Raja

      purav1

      Marek Furjan: Próbowałem zebrać jakiekolwiek informacje na Twój temat. Zdanie, które od innych tenisistów słyszałem najczęściej to: "Milioner, który gra w tenisa dla zabawy". To prawda?

      Purav Raja: - Wczoraj przeczytałem bardzo dobre stwierdzenie. Brzmi tak: "Sukces zawsze wygląda łatwo dla ludzi, których nie było w pobliżu, gdy był osiągany". Te osoby nie znają szczegółów z mojego życia, ale przedstawiany obraz różni się od tego, który jest prawdziwy - od pracy, którą włożyłem i od tego, jak wygląda moje życie. Tak, jestem szczęściarzem. Pochodzę z dobrej rodziny, nie muszę grać w tenisa tydzień w tydzień, aby zarabiać pieniądze. Ale przy tym wszystkim poświęcam tej dyscyplinie tyle samo czasu co każdy inny zawodnik. Nie mogę tylko siedzieć na tyłku i nie robić nic do końca życia, ale mam to szczęście, że nie muszę martwić się o tygodniowe wydatki, jak robi to wielu tenisistów. Jeżeli chcesz zostać światowej klasy sportowcem, nie ma znaczenia czy masz pieniądze, czy nie. Musisz wykonać pracę, spędzić wiele godzin na korcie. Gdy odgrywam piłkę forhendem, albo rozgrywam decydujący punkt w gemie, nikogo nie obchodzi czy mam dużo pieniędzy, czy też nie. (śmiech) To dobra wiadomość dla mnie - mogę być bardziej zrelaksowany, bo mam świadomość, że pochodzę z porządnej rodziny, mam ładny dom, samochód...

      Kilku hinduskich tenisistów jest też dobrymi biznesmenami. Bhupathi, Paes...

      - Myślę, że wszystko zaczęło się od tenisa. Czasami zapominamy, że oni najpierw stali się światowej sławy tenisistami. Masz rację - oni bardzo dobrze dbają o interesy. Mahesh osiągnął kolejny sukces tworząc IPTL [International Premier Tennis League], ale wszystko nie poszłoby tak płynnie, gdyby nie osiągnęli sukcesów jako zawodowi tenisiści. Każdy w Indiach ich lubi i szanuje, ale za to, że świetnie uderzają w tenisową piłkę i są doskonali na korcie.

      A co powiesz o Waszej federacji? Młodzi zawodnicy mogą liczyć na pomoc z jej strony?

      - W Indiach wszyscy zawodnicy muszą być - przywołując Twoje stwierdzenie - "milionerami". To bardzo drogi sport i nikt, kto w Indiach nie ma pieniędzy, nie mógłby go uprawiać. Mam tyle samo talentu co, powiedzmy, dwadzieścia tysięcy innych osób. Ale mam to szczęście, że mogę go pokazywać na scenie międzynarodowej. Ludzie w naszym kraju nie mają takiego wsparcia. To co mogę powiedzieć to fakt, że federacja nie pomagała mi finansowo. Nie pomagała też żadnej znanej mi osobie, która osiągnęła wysoki poziom. Nie wiem dokładnie jak to wygląda, ale ja nigdy nie wziąłem od nich ani grosza.

      Wiem, że dużo czasu spędzasz też w Londynie.

      - Tak, mój brat tam mieszka i pracuje. Odwiedzam go, gdy jestem w Europie. Gdy mam więcej czasu, wracam do Indii, bo tam jest mój dom.

      Masz w Londynie jakąś bazę treningową?

      - Tak, trenowaliśmy tam niedawno przez kilka tygodni. Nasz [stałym partnerem deblowym Purava jest Divij Sharan] trener jest Anglikiem. W Indiach umawiam się regularnie z Bhupathim, Bopanną. Razem przygotowujemy się do sezonu. Wcześniej robię sobie dwa, albo trzy tygodnie przerwy. (śmiech)

      Większość hinduskich tenisistów specjalizuje się w grze podwójnej, osiągają spektakularne sukcesy. Umiesz odpowiedzieć dlaczego dobrze wiedzie się Wam akurat w tej konkurencji?

      - Jest kilka powodów. Po pierwsze: korty, na których się wychowujemy są bardzo szybkie. Każdy z nas ma dobre ręce, umie grać przy siatce, bo zawsze rywalizowaliśmy na bardzo szybkich kortach. Nigdy nie graliśmy na wolnych nawierzchniach, gdzie piłka wraca na twoją stronę kilka razy w jednej wymianie. Efektem tego wszystkiego jest osiągnięcie umiejętności przydatnych w grze podwójnej, gdzie wymiany są krótsze. Po drugie: ta konkurencja jest mniej wymagająca fizycznie. Jako indywidualności nie jesteśmy najsprawniejszymi ludźmi na świecie. Oczywiście są wyjątki: Somdev [Devvarman], Sanam [Singh] i kilku innych, którzy są bardzo sprawni. Mam na myśli to, że jako grupa, znamy ścieżkę do dobrej gry deblowej. Nie mamy pojęcia jak znaleźć się w TOP 20 singlistów, bo nikt tego nie osiągnął. Podobnie jest w Polsce - teraz macie Janowicza, a wcześniej Kubot osiągał doskonałe wyniki. Tak jest na całym świecie. Jeżeli masz lidera, możesz za nim podążać, bo widzisz jakie decyzje podejmuje. Masz Djokovicia, to pojawiają się za nim Troicki, Lajović, masz Nadala, to zaraz jest Ferrer i dziesięciu innych. My Hindusi nie znamy singlowej ścieżki. Szukamy jej, ale nie jest o to łatwo.

      Ty też jej szukałeś, bo próbowałeś swoich sił jako singlista.

      - Tak, grałem singla, ale szybko zrozumiałem, że to bardzo trudna sprawa. Gram w tenisa aby zarabiać pieniądze i startować w turniejach wielkoszlemowych. Jeżeli byłbym trzysetnym singlistą, brakowałoby mi motywacji. Nie chcę być średniakiem. Chcę być najlepszy w tym co robię.

      Patrzę na listę hinduskich deblistów i widzę sportowców po trzydziestce. Twój wiek - kończysz w tym roku 31 lat - pozwala jeszcze na wiele lat występów w deblu, ale czy macie w kraju jakieś "młode strzelby", o których dowiemy się w najbliższym czasie?

      - Myślę, że tak. Ramkumar Ramanathan, Sumit Nagal i kilku innych. Nie jest tak źle jak myślisz. Powiem szczerze, że czekam na przełom. Jednego, którego blask zaświeci jeszcze mocniej. Mamy system i wielu ludzi, którzy przy nim pracują. Rozkwit takiego talentu wymaga pracy zespołowej.

      Większość z nich trenuje w Indiach?

      - Trenują wszędzie. Sumit [Nagal] w Niemczech, Ramkumar [Ramanathan] w Hiszpanii. Próbujemy wysyłać do różnych państw jak największą liczbę zawodników, aby zbierali niezbędne doświadczenie. I znów pojawia się problem: brak środków, wady systemu. Staramy się wspierać ich jak tylko możemy, ale nie jestem na tyle blisko tego procesu, aby opowiadać o szczegółach. Wiem tylko, że wszyscy się starają, aby wykonywać swoją pracę jak najlepiej.

      Paes, Bopanna, Bhupathi - wielkie gwiazdy sportu, ale przeciętnemu człowiekowi trudno się do nich zbliżyć. Znasz ich wszystkich osobiście. Możesz opisać każdego w kilku słowach?

      - Są różni. Każdy jest inny.

      To tak jak wśród polskich zawodników.

      - Dokładnie tak. Zacznę od Leandera [Paesa]. Jest charyzmatyczny, zabawny i z pewnością jest showmanem. Bopanna: bezpośredni, konkretny i bardzo odważny. On nigdy się nie cofa. Mahesh [Bhupathi] jest bardzo mądry, małomówny, inteligentny. Najlepiej z tej trójki znam Bopannę i Bhupathiego, ale mam ogromny szacunek do gry Paesa.

      Rywalizujecie ze sobą poza kortem? Wiem, że wśród tenisistów są grupy, które lubią mierzyć się w jakiejś konkurencji. Dla przykładu: Troicki ściga się z Djokoviciem na nartach i tam może wygrywać.

      - My gramy w krykieta, ale głównym celem jest wzajemna pomoc. Musimy rywalizować na kortach z całym światem, więc próbujemy pomagać sobie, aby stać się lepszymi zawodnikami. Nie oznacza to oczywiście, że jak gramy przeciwko sobie to nie rywalizujemy. Jest tylu ludzi, którym musimy się przeciwstawić, że trzeba tworzyć grupę. Zawsze cieszę się, gdy Rohan i Mahesh wygrywają mecze, bo ja nie próbuję z nimi rywalizować. Mam przeciwko sobie niemal cały świat, potrzebuję kogoś po swojej stronie. (śmiech)

      W Bombaju mieszka siedemnaście milionów ludzi. Gdybym zrobił wśród nich ankietę i zapytał o Purava Raję, ile osób mogłoby Cię rozpoznać?

      - Może siedem.

      Milionów?!

      - Nie, siedem osób. (śmiech) Powiedziałbym nawet, że zero. Sania Mirza zbudowała sobie świetną markę, a Paes, Bhupathi, Bopanna i Devvarman też, ale nie na taką skalę. Jeżeli chodzi o popularność, nie jesteśmy w tej samej lidze co Sania. Mnie mogą znać ludzie, którzy sami grają w tenisa, ale nikt więcej. W naszym kraju rządzi krykiet. To, że jestem sześćdziesiąty, czy siedemdziesiąty na świecie, nie czyni mnie osobą rozpoznawalną.

      Czas na standardowe pytanie do deblisty. Czy wśród aktywnych zawodników jest partner, z którym chciałbyś koniecznie rozegrać chociaż jeden turniej?

      - Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie znam tak dobrze zawodników z czołówki, jestem w tym towarzystwie nowy. Potrzebuję kogoś, kto gra na stronie forhendowej, dobrze serwuje. Ja odwdzięczam się dobrym returnem. Nie mogę podać w tym momencie żadnego nazwiska z "deblowego rynku", ale w następnym sezonie odpowiem Ci na to pytanie.

      Masz dobre ręce, ale czy nie potrzebujesz kogoś, kto wykona na korcie bardzo dużo pracy?

      - Wszystko zależy od tego, jaki rodzaj energii chcielibyśmy wnieść "do stołu". Debel jest w dzisiejszych czasach bardzo trudną konkurencją. To nie jest tak, że partner będzie skakał, biegał do każdej piłki, a ja nie będę musiał tego robić. Nie jest tak, że jeśli ja będę dobrze returnował, to on już nie musi. Gra stała się kompleksowa i została wyniesiona na bardzo wysoki poziom. Jestem zaskoczony, że nasza konkurencja nie jest bardziej popularna. Każdy musi na korcie robić wszystko. Przy doborze partnera szukam określonych atutów, ale nie mogę powiedzieć, że musi skakać i biegać. On musi być w stanie pokazać się na korcie. Jeżeli nie będzie w stanie odegrać dziesięciu forhendów, nie będziemy wygrywali.

       To Twój pierwszy występ w Pekao Szczecin Open. Czym kierujesz się wybierając turnieje, o których niewiele wiesz? Rozmawiasz na ten temat z innymi zawodnikami, czy tylko sprawdzasz nawierzchnię, pulę nagród i punkty, które są do zdobycia?

      - Wielokrotnie nie ma żadnego wyboru - trudno dostać się do challengera, bo często jest mocna obsada. Mamy to szczęście, że osiągaliśmy w tym roku dobre wyniki i zajmujemy pozycję, która daje nam prawo do takich startów. Wielu zawodników namawiało nas na przyjazd. Mówili nam, że Szczecin to bardzo fajny turniej, z wieloma punktami do zdobycia. Pierwsza rzecz na którą zwracamy uwagę to uprzejmość i dbanie o zawodników. Nie chcemy wybrać się gdzieś, gdzie między hotelem, kortami i lotniskiem nie będą kursowały samochody. Podróżujemy przez cały rok! Nie chcemy spędzać kolejnych dwóch dni w tygodniu na dotarcie na miejsce, aby tylko zagrać w challengerze. W przypadku ATP 250 musimy akceptować wszystko, bo punkty tam zdobyte w znacznym stopniu są w stanie poprawić nasz ranking. Spośród challengerów wybieramy wyłącznie te najprzyjemniejsze.

      Oprócz dwóch turniejów ATP wygraliście też kilka challengerów. Kort trawiasty to Twoja ulubiona nawierzchnia?

      - Zdecydowanie. Takie korty pasują do naszego stylu gry - płaskie uderzenia, dużo gry przy siatce.

      W Indiach są obiekty, gdzie można trenować na takiej nawierzchni?

      - Nie. Ale specyfika kortu jest podobna. Szybki, można uderzać piłkę dość wcześnie, co nam bardzo sprzyja. Jeżeli spychamy przeciwników za linię końcową, możemy zrobić użytek ze swoich rąk przy siatce. Jeżeli oni przejmują inicjatywę i strzelają w nas, sytuacja nie jest dobra. (śmiech)

      W ubiegłym roku byłeś kapitanem zwycięskiej drużyny w lidze IPTL. Stan Wawrinka, Andy Murray, Nick Kyrgios, Karolina Pliskova - było się kim opiekować.

      - To było świetne przeżycie. Udało mi się ich wszystkich lepiej poznać, bardzo się szanujemy. Wygraliśmy całe rozgrywki, ale największą przyjemność sprawiło mi obserwowanie ich z bliska. Nie tylko na korcie, bo to świetni tenisiści, ale wielu z nich jest też bardzo dobrymi ludźmi. To dla mnie bardzo ważne. Tenis to to, co widzisz na korcie. Poza nim wielu z nas jest miłymi ludźmi.

      Słyszałem, że Ty też masz dobre serce. Pomagasz niepełnosprawnym dzieciom w Bombaju, przekazujesz też datki na sierociniec...

      - Staram się, ale wiem, że mogę robić zdecydowanie więcej. Nauczyłem się tego w domu rodzinnym, ale wiem, że mogę dotrzeć do większej liczby osób.

      Jak wygląda taka pomoc? Udajesz się do tych ludzi osobiście, czy wspierasz fundację finansowo?

      - Mamy coś na wzór fundacji, którą opiekuje się moja mama. Przekazujemy pieniądze różnym potrzebującym ludziom. Z żoną staramy się też docierać do ludzi osobiście - zanosić im jedzenie, zabawki, ubrania. To sprawia mi ogromną przyjemność, dlatego staram się bardzo w to angażować.

      Świetnie, gratuluję. Mam jeszcze dwa pytania, ale jedno z nich nie jest przyjemnie.

      - Śmiało próbuj. Możesz zapytać o cokolwiek chcesz.

      Miałeś kiedyś sytuację, gdy ktoś nie uwierzył, że jesteś zawodowym sportowcem? Wiesz co mam na myśli - rozmawialiśmy już o tym wcześniej. W Polsce często spotykam się z rozmowami na temat sylwetki Marcina Matkowskiego. Moim zdaniem są to rozważania krzywdzące świetnego zawodnika, bo na końcu zawsze ważny jest wynik. Ale znam ludzi, którzy po porażkach zawsze wtrącają kilka zdań na temat jego sylwetki.

      - Nie sądzę, aby mieli rację. Myślę, że krzywdzą go takimi opiniami. Ja nie chodzę w tenisowym stroju po ulicy, ubieram się bardziej elegancko i czasami ludzie pytają: "naprawdę grasz w tenisa?". To dla mnie normalne. Pamiętajmy o tym, że na końcu zawsze liczy się wynik. Jeżeli jestem wystarczająco szybki na korcie, a poza kortem jestem przyzwoitym gościem, nie dbam o to co o mnie myślą. Jeżeli jestem na tyle szybki, aby wykonać pracę, z której będzie zadowolony mój partner, mój wygląd nie powinien mieć znaczenia. Tak jak powiedziałem: możesz być milionerem lub kimś innym, ale gdy wychodzisz na kort, musisz wykonać pewną pracę. Gdybym był za wolny, albo gdyby Matka był zbyt wolny, nie wygrywalibyśmy meczów. Tak na marginesie: on jest całkiem szybki. Gdy grasz przeciwko niemu jest w stanie uderzać piłkę z taką siłą, że to przeciwnik nie nadąża. (śmiech) A dodatkowo dochodzi do każdej piłki.

      Zgadzam się. Poza tym, skoro Nenad Zimonjić pyta go o wspólną grę, nie może mieć zbyt wielu wad.

      - No właśnie, musi być jakiś powód takich ofert, prawda? Wszyscy staramy się zarabiać na korcie pieniądze, więc musi być powód dla którego ktoś chce z tobą grać.

      Jakie są Twoje cele i marzenia związane z tenisem?

      - Marzeniem jest wygranie turnieju wielkoszlemowego, a celem wejście do czołowej pięćdziesiątki rankingu. Grałem do tej pory cztery razy w imprezach wilekoszlemowych. W Paryżu było bardzo trudno, bo Ivo Karlović był zmęczony po bardzo długim meczu w singlu, a szczerze mówiąc przeciwnicy byli od nas lepsi. W trzech startach w Wimbledonie miałem swoje szanse. Raz prowadziliśmy 2:0 w setach, ale przegraliśmy w pięciu z Monroe i Stadlerem. Innym razem przegraliśmy z Nielsenem i Marrayem. Ja i Fabrice Martin graliśmy bardzo dobrze, ale złapały go skurcze gdy serwował aby wygrać czwartą partię. A innym razem przegraliśmy z Matką i Cabalem. (śmiech) Wrócę jeszcze do poprzedniego tematu - wszystko sprowadza się do tego jak dobry jesteś na korcie. Każdy z nas ma swoje wady, zalety, każdy ma inną budowę ciała, jeden jest bardziej sprawny, drugi mniej. Powiedz mi jedno: kiedy po raz ostatni Matkowskiego złapały na korcie skurcze?

      Nie przypominam sobie takiej sytuacji.

      - No właśnie. I to jest to, co powinno nas interesować.

      Rozumiem, ale wiesz jak reagują ludzie. Krzywdzące opinie nie są wydawane tylko w środowisku tenisowym. Tak niestety wygląda nasze życie.

      - Zgadzam się, to jest normalne. Po każdej porażce szuka się wytłumaczenia lub uzasadnienia. Nie znam Matki tak dobrze, mówię mu tylko "cześć", ale wiem co osiągnął na korcie. Zgaduję, że w ostatnich siedmiu latach za każdym razem kończył sezon w TOP 20. I za to go szanuję. To nie jest łatwe, coś o tym wiem. (śmiech)

      Wydaje mi się, że ja też coś o tym wiem - staram się to wszystko oglądać z bliska, podróżować w celu obejrzenia kilku turniejów. Uwielbiam oglądać grę podwójną, a nawet mieszaną. I wcale nie wygląda to na łatwe zajęcie.

      - Wszyscy bardzo ciężko trenujemy i wiem, że gdy wychodzimy na kort, nie ma właściwie uderzeń, które można nazwać fuksem. Wszystkie są przećwiczone wielokrotnie, zanim zastosujemy je w meczu. Najlepsza rzecz, jakiej nauczyłem się przy okazji uprawiania tego sportu, to to, że możesz zawierać przyjaźnie. Mam w Tourze wielu dobrych kolegów, mam nadzieję, że oni mówią o mnie podobnie. (śmiech) To jest pierwsza rzecz, jaką wyciągnąłem z tego sportu. Coś, co jest ważniejsze od rankingu, zwycięstw, punktów. Są tu ludzie, którym bezgranicznie ufam, którzy sprawiają, że żyję.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z tenisistą (17): Purav Raja”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 września 2016 18:40
  • środa, 24 lutego 2016
    • Wywiad z tenisistką (16): Andrea Hlavackova

      andyhla

      Marek Furjan: Jesteś trzykrotną mistrzynią turniejów wielkoszlemowych w grach podwójnych. Czy będąc młodą dziewczynką myślałaś, że możesz aż tyle osiągnąć w tenisie?

      Andrea Hlavackova: - Zupełnie nie. Jestem jedną z tych zawodniczek, które nie stawiały sobie takich celów. Gra w tenisa zawsze sprawiała mi radość, nie miałam żadnych wizji, lecz koncentrowałam się na danej chwili. Cokolwiek robiłam, byłam szczęśliwa. Jeżeli brałam udział w turnieju ITF z pulą nagród 10.000$ i go wygrywałam, byłam przeszczęśliwa. Nie stawiałam sobie odległych celów, lecz wykorzystywałam każdą chwilę. Nagle znalazłyśmy się w wielkoszlemowym finale i go wygrałyśmy. To była dla mnie ogromna niespodzianka. Nigdy nie myślałam też o zdobyciu medalu olimpijskiego, bo nie wierzyłam, że mogę kiedykolwiek zagrać na igrzyskach.

      Poruszyłaś temat igrzysk olimpijskich. Na liście zgłoszeń do olimpijskiego turnieju w Londynie najwyżej notowaną czeską deblistką była Kveta Peschke?.

      - Tak, to prawda. Oddała nam swoje miejsce.

      Której z Was? Tobie, czy Lucie Hradeckiej?

      - Nie pamiętam. Rok wcześniej wygrałyśmy French Open, a cut-off miał miejsce tuż po tym turnieju - dotarłyśmy do półfinału, ale i tak straciłyśmy trochę punktów. Przez cały rok byłyśmy w TOP 10, a po tamtym tygodniu spadłyśmy na miejsca 11 i 12. Trochę pechowo. Kveta o tym wiedziała, a sama chyba nie miała takiej motywacji, aby wciąż udział w igrzyskach. Nie miała stałej partnerki ze swojego kraju i znalazła się w sytuacji, w której musiałaby wybierać pomiędzy mną a Lucie. Zdecydowała, że zmieni swoje plany i pozwoli nam zagrać w duecie. Jesteśmy jej za to wdzięczne do końca życia!

      Z Londynu przywiozłyście do Czech srebrne medale. Solidnie wyściskałyście Kvetę?

      - Oczywiście. Dziękowałyśmy jej w mediach jeszcze podczas pobytu na turnieju, później oczywiście zrobiłyśmy to osobiście. Wysyłałyśmy jej wiadomości, a ja dodatkowo przekazałam jej rodzinie piwo, bo dostałyśmy w prezencie voucher na taki trunek.

      Duża beczka?

      - Nie, to był zapas piwa na rok. Określona liczba butelek, chyba 365.

      Twój tata, podobnie jak jego przodkowie, jest właścicielem znanego browaru w Pilznie. Czy to oznacza, że miałaś łatwiejszy start od innych czeskich koleżanek?

      - Nie mogę skłamać i powiedzieć, że każda osoba na świecie może uprawiać tenis ziemny. To drogi sport, a ja miałam to szczęście, że tata mógł zadbać o to, abym mogła podróżować, współpracować z trenerami i grać w tenisa. Gdy rozpoczynałam naukę na korcie, tata również zaczynał karierę browarnika. Byliśmy normalną rodziną, nic specjalnego. Moja siostra grała w tenisa i poszłam w jej ślady. Myślę, że sama zapracowałam sobie na pozycję, na której się znajduję, ale jestem oczywiście niezmiernie wdzięczna, że ojciec ciężko pracował i bardzo mnie wspierał.

      Byłaś niezłą juniorką...

      - Tak. Numerem jeden w deblu w 2003 roku i TOP 10 w singlu.

      Jednak zagrałaś zaledwie w pięciu wielkoszlemowych turniejach juniorskich.

      - Brałam udział w wielu turniejach juniorskich, ale w wieku siedemnastu lat wskoczyłam do TOP 10 i na pierwszą pozycję w grze podwójnej, a rok później grałam już w zawodach z dorosłymi. Taki był plan: wykorzystywać dzikie karty i wejść do świata wielkiego tenisa.

      Pomimo wielu sukcesów deblowych, pod koniec 2013 roku podjęłaś decyzję o rozstaniu z Lucie Hradecką. Chciałaś zmienić otoczenie, dołączyłaś do Lucie Safarovej i jej trenera. Jaki był powód takiej decyzji?

      - Grałyśmy ze sobą - z Lucie Hradecką - przez pięć lat. Tamten sezon nie był rewelacyjny, Lucie miała problemy zdrowotne, miałyśmy wiele rozmów dotyczących planowania kolejnych występów. Było kilka zakulisowych spraw, których nikt nie zrozumie. Po US Open zaczęłam myśleć o spędzeniu kolejnego sezonu z Safarovą. W Nowym Jorku poradziłyśmy sobie znakomicie i wygrałyśmy z Lucie cały turniej, więc moja decyzja rzeczywiście zabrzmiała wtedy dość głupio (śmiech). Podjęłam ją, bo były ku temu powody. Wierzyłam, że z "Safi" też mogę osiągnąć wiele dobrych wyników. Nie było źle, mogłybyśmy przedłużyć współpracę, ale obie nie czerpałyśmy takiej przyjemności jak wcześniej nam się wydawało. Podczas French Open stwierdziłyśmy, że pozostaniemy przyjaciółkami, ale życie zawodowe przeżyjemy z kimś innym. (śmiech) Miałam ogromne szczęście mieć przy sobie Jie Zheng, z którą dotarłam do półfinału Wimbledonu i ćwierćfinału US Open. To było niesamowite! Następnie grałam z Shuai Peng i wygrałyśmy turniej w Pekinie. Mój sezon wciąż był niesamowity. Tym samym udowodniłam sobie, że mogę osiągać dobre wyniki u boku czołowych tenisistek, jeżeli jest między nami chemia. Ważne, aby mieć stałą, stabilną partnerkę, z którą możesz popracować nad niektórymi elementami w trakcie sezonu, dlatego zdecydowałyśmy z Lucie, że zaczniemy wszystko raz jeszcze. Cieszę się, że do siebie wróciłyśmy.

      Gra deblowa jest dla Ciebie bardzo ważna, w końcu jesteś jedną z czołowych zawodniczek świata w tej specjalizacji. Czy w Twoim przypadku jest tak, że przez grę podwójną chcesz podciągnąć się również w grze pojedynczej? A może można nazywać Cię już deblistką?

      - Jeżeli chodzi o mój wiek i karierę, wchodzę już w okres, w którym można nazywać mnie deblistką. Cieszę się, że w tym sezonie ważniejsza była dla mnie gra podwójna. Układałam swój grafik pod takie starty, co czasami oznaczało opuszczanie niektórych występów singlowych. To nie była łatwa decyzja, ale podjęłam ją na początku sezonu, aby zakwalifikować się do Turnieju Mistrzyń. Udało się. Cele na najbliższy rok są podobne: igrzyska olimpijskie i Masters. Chcemy się tam dostać. Odkryłam, że przy takim układzie startów, gra pojedyncza sprawia mi większą radość. Na kort wychodzę zrelaksowana, dobrze bawię się podczas takich występów. To dlatego spotykamy się tutaj - w Bratysławie - gdzie kończę sezon występując w ITFie. Chcę rozegrać kilka spotkań, bo wciąż w pięćdziesięciu procentach jestem singlistką. (śmiech)

      Porozmawiajmy o Twojej fundacji. Jesteś bardzo aktywna na Facebooku i Twitterze. Sprzedajesz różne rzeczy, aby pomagać ludziom. Możesz o tym opowiedzieć?

      - Wszystko zaczęło się w 2012 roku. Zdecydowałam, że chciałabym zbierać pieniądze dla niepełnosprawnych dzieci.

      Mówimy o dzieciach niepełnosprawnych ruchowo, czy intelektualnie?

      - Takich i takich. O wszystkich dzieciakach, które potrzebują pomocy. Zaczęłam wystawiać na aukcje różne rzeczy z mojej tenisowej torby. Później, nieco nieoczekiwanie, poleciałyśmy na igrzyska olimpijskie. Pomyślałam: wow, teraz mogę wystawiać na aukcje gadżety związane z igrzyskami. Dwa tygodnie później zdobyłyśmy srebrne medale. Rzeczy wystawione na aukcjach zyskały jeszcze na wartości.

      Sprzedałaś też medal?

      - Nie! Jest mój! (śmiech) Ale ciuchy i torba, które wystawiłam na sprzedaż były już rzeczami medalistki olimpijskiej. Zainteresowało się nimi więcej osób, więc oficjalnie wystartowałam z fundacją, aby nie mieć problemów z podatkami i podobnymi rzeczami. Od tamtego czasu na mojej stronie regularnie jest coś do wylicytowania, prowadzę coś na wzór sklepu internetowego. Wszystkie pieniądze, które otrzymuję ze sprzedaży tenisowych pamiątek, trafiają na fundusz charytatywny. Raz w roku wybieram dzieciaki, które są najbardziej potrzebujące. Czasami same się do mnie zgłaszają.

      Pomagasz dzieciom w Czechach, czy na całym świecie?

      - Jeżeli odezwą się do mnie dzieci z innego kraju, także mogę im pomóc. Do tej pory pieniądze trafiały do czeskich dzieciaków.

      Wiele osób interesuje się licytacjami? Oczywiście biorąc pod uwagę, że - z całym szacunkiem - nie są to ciuchy, czy pamiątki Rogera Federera.

      - Oczywiście. Przez to, że jestem aktywna na Facebooku, zagląda do mnie coraz więcej fanów, którzy później trafiają na moją stronę internetową. Aktywność w mediach społecznościowych sprawia mi dużą radość, ale jest konieczna przy prowadzeniu takiej działalności. Muszę być aktywna, bo pewnego dnia wystawiam coś na aukcję i chcę, aby wiadomość dotarła do jak najszerszego grona zainteresowanych.

      Nie wierzę, że robisz wszystko sama...

      - W zasadzie tak. Mam jedną osobę, która pomaga mi przy prowadzeniu strony internetowej, ale większość prac wykonuję osobiście.

       Wspominałaś już o olimpijskim medalu, który zatrzymałaś dla siebie. Czy jest więcej rzeczy, których nie wystawiłabyś na aukcję?

      - Trofea, medale... I to chyba wszystko. Licytowane były już moje torby tenisowe, rakiety, buty, piłki i ręczniki. Zawsze wystawiam na stronie ręczniki z turniejów wielkoszlemowych. Można znaleźć też pamiątki z Pucharu Federacji. Nic nie jest zbyt osobiste, aby nie trafić na stronę. Gdy widzę zainteresowanie kibiców, uwielbiam zbierać pieniądze i pomagać potrzebującym.

      Przeczytałem gdzieś, że z wimbledońskich kortów znika co roku kilka tysięcy ręczników (w 2006 roku 2,5 tysiąca). Czy to prawda, że nie można ich oficjalnie wynosić z obiektu? Bracia Bryan wspominali, że chowają je na samym dnie torby...

      - Grałam na Wimbledonie wielokrotnie i muszę przyznać, że na początku mojej kariery rzeczywiście musiałam chować ręcznik przed opuszczeniem kortu. Zdarzało się, że zawodnicy zajmowali się tym już przed rozegraniem ostatniego gema w meczu! (śmiech) Chowałeś ręcznik do torby i robiłeś coś w stylu ucieczki z kortu. Z upływem kolejnych lat organizatorzy stali się bardziej elastyczni, pozwalają nam zabierać dwa ręczniki po każdym meczu. Kiedyś wysyłali chłopców do podawania piłek. "Mogę prosić o Twój ręcznik?" - pytało dziecko. "Nie!" - odpowiadał zawodnik. "Oddawaj!" - tak mniej więcej wyglądała taka rozmowa. To było głupie. (śmiech) Chcemy, aby kibice widzieli, że zawodnicy zabierają takie pamiątki. To zawsze miły prezent dla przyjaciół. Czasami, gdy zagram dobry turniej w Paryżu lub Londynie, przywożę do domu dwadzieścia ręczników. Rozdaję je rodzinie, znajomym i wszystkim, którzy ucieszą się z takiego prezentu. Za każdym razem co najmniej jeden lub dwa trafiają także na aukcję.

       Czy problem z zabieraniem ręczników dotyczy wyłącznie Wimbledonu, czy wszystkich imprez wielkoszlemowych?

      - Myślę, że Wimbledon pod tym względem jest najbardziej wrażliwy. Podczas French Open organizatorzy są elastyczni, a udział w US Open oznacza właściwie zero ręczników.

      Zero?

      - Tak. Tylko gdy grasz na korcie centralnym w meczu sesji wieczornej, możesz liczyć na jeden oficjalny ręcznik. Jeśli rozgrywasz swój mecz na innym obiekcie, otrzymujesz biały ręcznik. Gdy w roku 2013 wygrałam w Nowym Jorku miksta i debla - możesz sobie wyobrazić ile spotkań rozegrałam i na jakich kortach - przywiozłam do domu jeden ręcznik US Open i jeden biały z oficjalnym podpisem. Gdyby stało się to w Londynie, wracałabym z dwoma dodatkowymi torbami. (śmiech)

      W ostatnim czasie Martina Hingis i Sania Mirza zdominowały kobiece rozgrywki deblowe. Czy w ciągu jedenastu lat zawodowej kariery miałaś do czynienia z lepszym duetem?

      - Tak, miałam. Myślę, że siostry Williams tworzą lepszą parę, bo zwyczajnie są lepszymi tenisistkami. Co jakiś czas zdarzają się też duety, które dominują w danym roku: Martinez Sanchez i Llagostera Vives były liderkami rankingu i odniosły wiele cennych zwycięstw, Dulko i Pennetta - kolejna dobra para, która wygrała turniej wielkoszlemowy, Szwedowa i King - dwa turnieje wielkoszlemowe z rzędu i Errani/Vinci, które zdominowały rozgrywki. Teraz tę rolę przejęły Hingis i Mirza, które grają dobry, kompletny tenis. Hingis jest coraz lepsza, w przeszłości byłą liderką rankingu i nie straciła swych umiejętności. Martina i Sania wspaniale się uzupełniają, ale nie nazwałabym ich najlepszą parą deblową w ostatnich latach.

       Wspólnie z Lucie Hradecką jesteś finalistką Wimbledonu z roku 2012. Czy podobnie jak singlistki, które zameldują się w ćwierćfinale, w deblu także otrzymuje się zaproszenie do klubu Last Eight?

      - Tak, z tą różnicą, że w grze podwójnej "ósemka" oznacza cztery pary, czyli półfinał. Gdy znajdziesz się w tej elicie i startujesz w kolejnych edycjach turnieju, otrzymujesz każdego dnia dodatkowy bilet, który możesz komuś podarować, a także dodatkową przepustkę na cały turniej dla swojego gościa. Gdy skończymy karierę, będziemy mogły wybrać się na Wimbledon i wspólnie z osobami towarzyszącymi być gośćmi turnieju.

      I zajadać się truskawkami...

      - Tak, jeść truskawki do końca życia. (śmiech) Podobne zasady obowiązują podczas Australian Open, French Open i US Open. We wszystkich czterech turniejach obowiązuje "Last Eight Club", ale każdy turniej daje Ci inne możliwości z nim związane. Na przykład na Flushing Meadows dostaniesz więcej biletów itp. Cała inicjatywa jest bardzo miła.

      Kveta Peschke powiedziała mi kiedyś, że nie znosi grać przeciwko jednemu z braci Bryan. Ty także regularnie występujesz w grze mieszanej. Jest ktoś, z kim nie lubisz rywalizować?

      - Nie przypominam sobie. Pamiętam występy przeciwko dobrym singlistom - np. w tym roku grałam przeciwko Nickowi Kyrgiosowi. To było przerażające doświadczenie, ale na szczęście dobrze bawił się na korcie i chyba nie pokazywał całych umiejętności.

      Dlaczego przerażające?

      - Te bomby: serwis, forhend. Widziałam jego mecze singlowe, więc wiem z jaką siłą gra. Nagle znajdujesz się pod siatką, a więc w połowie drogi, i dostajesz taki pocisk z forhendu. To straszne! (śmiech) Nigdy nie grałam przeciwko braciom Bryan, ale bardzo chciałabym grać z którymś z nich po jednej stronie siatki. Jeżeli chodzi o partnera, zawsze uwielbiałam grać z Maksem Mirnym. To jeden z najmądrzejszych zawodników w Tourze. W tym roku, wspólnie z Łukaszem Kubotem, udało mi się go pokonać w US Open i dopiero zrozumiałam jak trudnym jest przeciwnikiem. Ma tak znakomity serwis...

      Staram się śledzić tenisistów na portalach społecznościowych. Ty jesteś dosyć aktywna, wśród polskich zawodników jest to zdecydowanie mniej popularne. Jak ważny dla sportowca jest tego rodzaju kontakt z kibicami?

      - Media społecznościowe zawierają w dzisiejszych czasach informacje z całego świata. Wiele osób sprawdza Facebooka czy Twittera częściej niż portale z wiadomościami. Mi także się to przydaje i wciąż będę aktywna. Złe komentarze od ludzi, którzy piszą dziwne rzeczy po moich wygranych czy porażkach czasami mnie zniechęcają, ale wtedy robię kilka tygodni przerwy, publikuję mniej wpisów. Uważam, że obecność w mediach społecznościowych jest bardzo ważna, a dzięki niej stajesz się widoczny. Sponsorzy i fundacja potrzebują, aby ludzie mnie śledzili.

      Na zakończenie naszej rozmowy poproszę Cię o wskazanie rzeczy, w których jesteś lepsza od Lucki Hradeckiej i takich, w których ona jest lepsza lub skuteczniejsza od Ciebie. Wyjdźmy na moment poza kort tenisowy.

      - Myślę, że ja jestem lepsza w komunikowaniu się - rozmowie z mediami itp., bo Lucie ma cechy introwertyczki. Ona z pewnością lepiej gotuje! (śmiech) Znamy się dobrze, ale poza kortem nie spotykamy się tak często, abym wskazała więcej rzeczy. Trudne zadanie. Gdybym miała porównać się z Safarovą, powiedziałabym, że ona zdecydowanie zdrowiej się odżywia. Mi nie idzie to dobrze. Z kolei ja mam większy porządek w torbie od "Safi". (śmiech) Jej torba wypełniona jest rzeczami, a u mnie wszystko jest poukładane.

      ***

      Informacje o aukcjach Andrei Hlavackovej znajdziecie na jej stronie internetowej: http://www.andreahlavackova.com/en/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      środa, 24 lutego 2016 15:57
  • wtorek, 08 grudnia 2015
    • Wywiad z tenisistą (15): Jerzy Janowicz

      JJ1

      Marek Furjan: Grudzień to okres ciężkiej pracy przed nowym sezonem, ale ja poproszę Cię o kilka słów o tym, który niedawno się zakończył. Jaki był to rok dla Jerzego Janowicza?

      Jerzy Janowicz: - Na pewno pełen kontuzji. Początek sezonu był bardzo fajny: wygraliśmy Puchar Hopmana, a zaraz potem osiągnąłem trzecią rundę w Australii po wyrównanym meczu z Feliciano Lopezem, który tak naprawdę mógł zakończyć się w dwie strony, bo graliśmy dwa bliskie tie-breaki. Zaraz po Australian Open był finał [w Montpellier], którego nie udało mi się zagrać. Początek był więc dość udany, ale od wspomnianego finału zaczęły się problemy ze zdrowiem: zapalenie oskrzeli i nie zagranie finału, drobna jelitówka w Madrycie, plecy w Monte Carlo… Co chwilę przytrafiały się jakieś problemy zdrowotne, więc i tak nie ma dramatu.

      Czytałem, że niedawno znów poddałeś się zabiegowi dokuczającego Ci kolana.

      - Tak, dwa razy miałem ostrzykiwane kolano. Naderwanie przyczepu rzepki lewego kolana, więc nieprzyjemny problem. Nabawiłem się go w Winston-Salem. Tam właśnie zacząłem odczuwać ból, który ciągnął się za mną do końca sezonu. Nie dało się szybko zaleczyć tego problemu, naderwanie nigdy nie goi się zbyt szybko tym bardziej, że kolano cały czas było obciążane na dużych obrotach. Mam nadzieję, że do końca sezonu przygotowawczego wszystko będzie już dobrze.

      Czyli nie możemy powiedzieć, że przygotowujesz się już do sezonu na pełnych obrotach?

      - Jeżeli chodzi o stronę fizyczną i motoryczną, czyli treningi z Piotrem Grabią, to wykonujemy pracę na 100%. Wiadomo, że w pewnym zakresie ruchowym kolano jest oszczędzane, ale staramy się pracować na sto procent. Tenisowo jest to dopiero jakieś 20%.

      Nowy rok będzie sezonem olimpijskim. Dodatkowy start w jakiś sposób wpływa na przedsezonowe przygotowania?

      - W ogóle. Bez zmian, raczej nic nadzwyczajnego się nie wprowadza.

      Wiadomo już na jakiej nawierzchni zagracie w Rio?

      - Szczerze mówiąc, nawet się tym nie interesowałem, więc za dużo na ten temat nie mogę powiedzieć.

      Powiedz mi tylko jak ważny będzie to dla Ciebie turniej. Tenisiści różnie reagują na start w igrzyskach olimpijskich. Ty porównałbyś je z turniejem wielkoszlemowym?

      - Z mojej strony igrzyska olimpijskie są traktowane jak Puchar Davisa. Nie gramy raczej pod swoim nazwiskiem, tylko bardziej dla kraju.

      Portal polski-tenis.pl podał, że zastanawiasz się nad wyjazdem na obóz na południe Europy. Camp z udziałem kilku czołowych zawodników rankingu ATP ma wystartować 13 grudnia. To popularna praktyka wśród zawodowych tenisistów?

      - Tak, to jest normalne. W sobotę wylatuję do Monte Carlo, bo tam odbędzie się obóz. Wezmą w nim udział m.in.: Novak Djoković, Andreas Seppi i Fabio Fognini. Fajne nazwiska, z którymi można dobrze potrenować i wgrać się punktowo, bo w miejscach w których trenujemy, czyli w domu, nie mamy zbyt wielu sparingpartnerów, żeby się ograć przed sezonem. Wydaje mi się, że taki obóz jest super rozwiązaniem, żeby przepracować tydzień meczowo z innymi zawodnikami.

      Wielu zawodników gra już na punkty w ligach azjatyckich, które powstały w ostatnich kilkunastu miesiącach. Miałeś jakieś oferty, żeby również udać się tam na takie przygotowania połączone z zabawą?

      - Szczerze mówiąc, miałem propozycję już w tamtym roku, ale tak naprawdę wolałbym skupić się na czystym przygotowaniu do nowego sezonu. Wiadomo, że pieniądze w takiej lidze są spore, ale trzeba się zastanowić, czy warto poświęcać właściwie cały sezon przygotowawczy, który jeżeli chodzi o mnie jest bardzo istotny. Z moimi warunkami fizycznymi jestem dość konkretnie narażony na różne kontuzje, więc zdecydowanie wolę przygotować się do całego sezonu, który jest niezwykle długi. Wydaje mi się, że troszeczkę bez sensu jest przedłużanie sobie sezonu w sztuczny sposób. Nie można powiedzieć, że te rozgrywki są łatwe, bo meczów do rozegrania jest naprawdę sporo. Ja zdecydowanie wolę skupić się na czystym przygotowaniu mojego organizmu do sezonu.

      Ten długi sezon zaczniesz jako tenisista szóstej dziesiątki rankingu ATP. To dobra pozycja wyjściowa, bo nie będziesz bronił przesadnie wielu punktów, czy nie ma dla Ciebie większego znaczenia, że będziesz startował jako dwudziesty, pięćdziesiąty, czy setny?

      - Znaczenie ma dla mnie to na jakim miejscu będę chciał się znaleźć. To z jakiego miejsca zaczynam sezon nie ma dla mnie większego znaczenia. Trzeba się skupić na tym, na którym miejscu chciałbym być i z taką myślą będę leciał już na pierwszy turniej do Brisbane. Sezon zakończyłem już ponad miesiąc temu i wydaje mi się, że miejsce na którym go skończyłem powinno być już historią. Teraz zaczynamy nową zabawę.

      W jakie rejony rankingu w takim razie celujesz?

      - Jak mam być szczery, to daję sobie trzy lata na to, żeby znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Z taką myślą będę teraz grał.

      Nie przypominam sobie, żebyś w oficjalnym wystąpieniu kiedykolwiek powiedział złe słowo na Kima Tiilikainena. Czy to oznacza, że nie ma wahań formy w Waszym teamie, a jego pozycja w Twoim sztabie jest wciąż niezagrożona i masz do niego duże zaufanie?

      - Przedłużyliśmy kontrakt, więc jeżeli jakieś zmiany miałyby nastąpić to z reguły ogłasza się je na koniec sezonu. My już trenujemy, przygotowujemy się do nowego sezonu i żadnych zmian nie planowaliśmy. Na razie nie ma o czym gadać.

      Pracujecie z powodzeniem od ładnych kilku lat. Zastanawiam się w jaki sposób Kim zyskał Twój szacunek? Ty jesteś ekspresyjny, on spokojny. Nie był wybitnym tenisistą, nie był trenerem mistrzów wielkoszlemowych…

      - Na pewno nie jest łatwo mi dogodzić jeśli chodzi o trenera, psychologa, masażystę, czy fizjoterapeutę. Zazwyczaj jestem wybredny i ciężko mi dobrać sztab szkoleniowy. Z Kimem złapaliśmy chemię. Tu nie ma za dużo tłumaczenia, mówiąc brzydko: spodobaliśmy się sobie. Dograliśmy się i to było najważniejsze. Jeżeli pierwszy kontakt jest udany i widać, że dogadujemy się z daną osobą, to później zazwyczaj jest z górki.

      Zastanawiałeś się nad zaryzykowaniem i dołączeniem do sztabu wielkiego międzynarodowego nazwiska? To dosyć modna forma współpracy wybierana przez czołowych tenisistów. Agnieszka Radwańska szukała porad u samej Martiny Navratilovej.

      - Nie, nad tym nie myślałem. Dla mnie tak naprawdę najważniejsze nie jest to z kim pracuję, ale to, abym złapał z nim chemię i mu zaufał. Agnieszka współpracowała z Navratilovą i ten okres był jednym z gorszych w jej karierze. Skończyła współpracę i było zdecydowanie lepiej. Niektórym to odpowiada, innym nie. Ja się nad tym nie zastanawiałem, ale wydaje mi się, że nie wpłynęłoby to na mnie za dobrze.

      Był w tym sezonie mecz, w którym Andy Murray powiedział do Lukasa Rosola: „Nikt Cię nie lubi”. Jak postrzegany w tenisowej szatni jest Janowicz? Zabawny gość, samotnik, specyficzny facet?

      - Wiadomo, że każdy człowiek ma swoich ulubionych ludzi i tych mniej lubianych, z którymi w ogóle nie rozmawia. Ja też mam takich paru wybrańców, z którymi nie utrzymuję żadnego kontaktu. Z dziewięćdziesięcioma ośmioma procentami zawodników utrzymuję dobry kontakt i nie mam większego problemu. Takie pytania trzeba kierować do nich, a nie do mnie (śmiech).

      Pewnie trudno przy trybie życia zawodowego tenisisty mówić o jakichkolwiek przyjaźniach. Z którymi z zagranicznych zawodników się kolegujesz?

      - Nie można powiedzieć o jakiejś wielkiej przyjaźni. To, że nie mamy ze sobą większego kontaktu poza turniejami troszkę to utrudnia. Gdybyśmy mieszkali w jednym miejscu i mieli czas na wyjścia pozatenisowe to ten kontakt byłby zdecydowanie lepszy. Tak jak mówię: normalny kontakt mam ze zdecydowaną większością. Bardzo dobry z Dominikiem Thiemem, dobrze rozmawia mi się też z jego trenerem. Nie mam większego problemu z Andy’m Murrayem, z Novakiem Djokoviciem też porozmawiam. Otwarcie mówię o kilku swoich wybrańcach, z którymi się nie lubię i mam kontakt ucięty do zera, ale każdy człowiek ma takie osoby.

      Gdybyś wyszedł ze swojej skóry i obserwował Jerzego Janowicza z pozycji kibica. Za co byś go kochał? Czym by Ci najbardziej imponował?

      - Jak mam być bardzo szczery, to nie lubię wypowiadać się na swój temat. Nawet w superlatywach! Nie sprawia mi to przyjemności. Mogę o sobie słuchać, ale mówić o sobie nie lubię. Jeżeli komuś się spodobałem to bardzo się cieszę. Nigdy nie próbowałem naśladować nikogo ani niczego, nie starałem się być sztuczny. Zazwyczaj to co się dzieje na korcie i poza kortem jest naturalne. Wiadomo, że jestem osobą publiczną, bo tenis można oglądać w telewizji, i jeżeli ktoś chętnie ogląda moje mecze to bardzo się z tego powodu cieszę.

      Przyszyto Ci łatkę „bad boya”. Jak na zainteresowanie Twoją osobą sponsorów wpływają „aferki”, o których czasami czytamy? Był moment, w którym jakaś firma powiedziała: „Dość. Nie będziemy wspierać tego faceta”? A może zainteresowanie potencjalnych reklamodawców generują wyłącznie wyniki sportowe?

      - Zdecydowanie wyniki. Sponsorzy patrzą też czy dana osoba jest charyzmatyczna i podoba się mediom. Jeżeli jest zainteresowanie tą osobą wśród kibiców to sponsorzy też się nią interesują. Wyniki są najważniejsze, bo to czy ja lubię się z mediami, czy nie, to sprawa drugorzędna. A nawet trzeciorzędna. Najważniejsze są wyniki, dopiero później patrzy się na to czy zawodnik jest charyzmatyczny. Weźmy takiego Nikołaja Dawidienkę. Człowiek, który niejednokrotnie wygrywał najważniejsze turnieje na świecie, pokonywał wszystkich, a przez samo ATP i sponsorów był że tak powiem omijany. Był grzeczny, miły, fajny, ale nie było czegoś takiego, że sponsorzy się nim interesowali. Ten człowiek wygrywał wszystkie turnieje: Mastersy, tysięczniki. Musi być „to coś” w człowieku, żeby ludzie się tą osobą interesowali. Dawidienko był miły, sympatyczny, cichy na korcie, a nawet jak był w pierwszej czwórce na świecie to bardzo rzadko grał na głównych kortach.

      Na jaką skalę rozwinął się trash-talking w tenisie? Każdy zawodnik potwierdzi, że np. Radek Stepanek lubi powiedzieć coś przeciwnikowi mijając go przy siatce. W jaki sposób wyprowadza się rywala z równowagi?

      - Ja, mówiąc szczerze, jestem bardzo negatywnie nastawiony do czegoś takiego. Nigdy nie staram się stosować dziwnych „technik” pod siatką, dekoncentrować ani wyprowadzać z równowagi mojego przeciwnika. Uważam, że jest to bez sensu. Z reguły staram się udowodnić moją wyższość nad przeciwnikiem poprzez samą grę w tenisa, a nie przez dziwne sztuczki. Co innego, jeżeli przeciwnik wkurza się na sędziego. To zupełnie inna kwestia. Jeżeli jednak ktoś specjalnie robi jakąś dziwną aktorską scenę… Takim przykładem jest właśnie Stepanek. Pamiętny mecz z Fernando Gonzalezem, gdy Gonzalez w furii z całej siły trafił Stepanka w pośladek. Takie zachowania mają miejsce, ale jednak w tenisie są rzadkie. Z reguły taka osoba nie jest tolerowana wśród zawodników.

      Nie oczekuję, że wymienisz tu listę nazwisk, ale co na ogół mówi przeciwnikowi taka osoba? „I tak Cię ogram”, „jesteś słaby”, czy może próbuje obrazić rywala w inny sposób?

      - Stepanek na przykład stosuje dziwne zachowania pod siatką, takie jak odwracanie się plecami. Albo tak jak było z Gonzalezem, gdy na siłę przedłużał oczekiwanie na returnie. Czasami takie zagrywki padają też ze strony Ernestsa Gulbisa. Jakieś komentarze odnośnie danej piłki, że miałeś farta, bla, bla bla… Tego typu proste zagrywki. Nic skomplikowanego.

      W marcu, w ramach rozgrywek o Puchar Davisa, gramy z Argentyną w Gdańsku. Niedawny finał z udziałem Belgii działa na Twoją wyobraźnię? Jak porównamy siłę reprezentacji Belgii i Polski to - zaryzykuję stwierdzenie – jesteśmy od nich silniejsi. Specyfika rozgrywek jest taka, że to oni grali niedawno o tytuł. Czy to daje iskrę nadziei, że wcale z tej elitarnej Grupy Światowej możemy szybko nie wypaść?

      - Najpierw zagrajmy pierwszy w historii mecz z Grupie Światowej. Jeszcze nigdy w niej nie graliśmy, więc trudno mi powiedzieć jakie to będą emocje i jak drużyna będzie to przeżywać. Samo wejście do Grupy Światowej jest ogromnym osiągnięciem. Jeszcze nigdy nie byliśmy na tym szczeblu rozgrywek. Podejdźmy do tego z dużym spokojem, zagrajmy z uśmiechem na ustach i cieszmy się, że mamy możliwość zagrania w Grupie Światowej. Zobaczymy jak będzie. Jeżeli okaże się, że nie jest to tak straszne jak wyglądało w telewizji, to mam nadzieję, że poprzez naszą dobrą grę będziemy pięli się po szczebelku do góry.

      W styczniu na zawodowe korty wraca Juan Martin del Potro. Lepiej, żeby tenisista takiego kalibru przyleciał do Ergo Areny na mecz z Polakami i przyciągnął kolejnych kibiców, których czasami trochę Wam brakuje?

      - Wydaje mi się, że byłoby najlepiej, gdyby kibice przychodzili z tego względu, że kochają tenis. Nie na nazwiska przeciwników. Im więcej przyjdzie ludzi kochających ten sport, tym lepiej. Wiadomo, że lepiej gdyby kibice przychodzili na nasze mecze, a nie na występy przeciwników. I wspierali nas, Polaków, bo jeżeli przylecą kibice argentyńscy to nie będzie już tak różowo… Tak było chociażby w Płocku, gdzie frekwencja była chyba najniższa w historii. Ja nie widziałem zbyt wielu osób na ulicach, a co dopiero w hali. Mieliśmy odczucia – i chyba nawet potwierdziły to statystyki – że było więcej kibiców w Litwy niż z Polski. Jak mam być szczery, grając w domu przy tak dużej grupie publiczności litewskiej nie grało się fajnie.

      Kiedyś słyszałem o chęci zorganizowania pokazowego meczu Janowicza z Federerem na Stadionie Narodowym. Rzeczywiście były prowadzone jakieś rozmowy? Myślisz, że to byłby dobry pomysł i szansa przyciągnięcia na stadion kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy osób?

      - Na pewno byłoby to fajne wydarzenie. Ogromna promocja dla tenisa w Polsce, bo chcąc nie chcąc tej promocji jest mało. Ten sport w naszym kraju jest za mało promowany, za wolno to wszystko się rozwija w porównaniu do innych państw. Takie wydarzenie popchnęłoby to wszystko o parę kroków do przodu. Myślałem troszeczkę na ten temat, ale większych rozmów ani propozycji nie było. Jeżeli kończyłbym karierę za kilka lat to taki pomysł byłby bardzo fajny. Chciałbym takim meczem pokazowym we własnym kraju - a gdyby udało się zrobić to w Łodzi to jeszcze lepiej – zakończyć karierę. To byłoby świetne przeżycie.

      Jakiś wymarzony rywal?

      - Jakby dało załatwić się Pete’a Samprasa to na pewno byłbym zadowolony (śmiech).

      Jesteśmy na kortach MKT Łódź. Usiadłeś akurat pod zdjęciem, które dotyczy kolejnego pytania [fotografia przedstawia Jerzego Janowicza i Łukasza Kubota wymieniających się koszulkami]. Po ćwierćfinale Wimbledonu 2013 wymieniliście się z Łukaszem koszulkami. Ta pamiątka jest jeszcze gdzieś w Twoim domowym archiwum, czy przekazałeś ją na jakąś licytację?

      - Jest, jest. W domu u moich rodziców. Leży sobie grzecznie, odpoczywa i się kurzy (śmiech).

      Kilka tygodni temu czytałem wywiad z Wojciechem Zawiołą – autorem książki o Robercie Lewandowskim. Oto fragment, w którym autor opisuje naszego świetnego piłkarza: „Bardzo trudno mieć z nim kontakt. Rzadko odpisuje na SMS-y, trudno się do niego dodzwonić. Na wielu osobach się zawiódł, więc teraz po prostu starannie wybiera sobie ludzi. I poświęca czas tym, których sobie wybrał”. Brzmi znajomo? Przyznam się szczerze, że czytając tę wypowiedź pomyślałem od razu o Tobie.

      - Szczerze mówiąc, przeżyłem już swoje. Staram się otaczać ludźmi i mieć kontakt z osobami, którym ufam. Takimi do których mam zaufanie i wiem, że mnie bezczelnie i ordynarnie nie wykorzystają jak to miało już parę razy miejsce. Ciężko jest u mnie zdobyć zaufanie, ponieważ bardzo wiele razy przejechałem się na ludziach. Wiem, że lepiej zaufać mniejszej liczbie ludzi, ale żeby zaufanie miało fundament aby przetrwać dłużej niż kilka tygodni.

      Wczoraj przeglądałem ranking ATP i policzyłem, że wyżej od Ciebie jest tylko jedenastu zawodników, którzy nie mają w swojej kolekcji singlowego tytułu imprezy ATP. Czy właśnie wygrania turnieju tej rangi należy życzyć Ci przed najbliższym sezonem?

      - Patrząc na to z jakim problemem się borykam, trzeba mi życzyć zdrowia. Mam największy problem z tym, żeby pozbierać się po kontuzji. Gdy napotykam jakiś problem – kolano, plecy, czy nawet zapalenie oskrzeli – to zawsze mam wrażenie, że wracam po takim urazie dopiero po zakończeniu sezonu. Odnoszę wrażenie, że wszystko muszę zbudować sobie od nowa i zawsze zabiera mi to dużo czasu. Jeżeli po powrocie nie zacznę wygrywać pierwszych kilku meczów to wszystko się zapętla i wtedy jest problem. Jeżeli nie będzie kontuzji, będzie dobrze!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 grudnia 2015 17:42
  • wtorek, 01 grudnia 2015
    • Wywiad z tenisistą (14): Andriej Rubliow

      andrub

      Marek Furjan: Twoja mama jest trenerką tenisa. To znaczy, że nie miałeś innego wyboru niż zostać zawodowym tenisistą?

      Andriej Rubliow: Nie wiem. Myślę, że to ja podjąłem decyzję o grze w tenisa. Mama zawsze dawała mi wybór, mogłem podejmować samodzielne decyzje, i już w wieku 2-3 lat brałem do ręki rakietę i odbijałem piłki. Grałem też w piłkę nożną, ale dość szybko postawiłem na tenis, bo bez niego nie wyobrażam sobie życia.

      Podobno lubisz spędzać czas na analizowaniu gry najlepszych tenisistów na świecie.

      - Tak, to prawda. Nie ma jednego zawodnika, którym chciałbym być. Próbuję brać od każdego z nich najlepsze rzeczy.

      A gdybyś mógł stworzyć profil zawodnika idealnego to jakie elementy i od kogo byś wziął?

      - Oj, nie wiem (śmiech). Oczywiście serwis od Isnera lub Karlovicia, pracę nóg i bekhend od Djokovicia, a forhend i wolej od Federera.

      A siłę mentalną?

      - Także od Djokovicia.

      Wygrałeś juniorski turniej French Open w 2014 roku. Czy ten sukces spowodował, że oczekiwania w Rosji względem Twojej osoby natychmiast wzrosły? Mówiono, że Rubliow będzie znakomitym zawodnikiem jak Safin i Kafielnikow?

      - Presja trochę wzrosła. Zaczęto mówić o mnie trochę więcej, ale ja ciągle staram skupiać się na swoich obowiązkach i nie myśleć o tym.

      Jesteś najmłodszym zawodnikiem w TOP 200. Co to dla Ciebie znaczy?

      - Szczerze mówiąc, nic. Nie myślę o takich rzeczach. Nic specjalnego.

      Po wielkich sukcesach Kafielnikowa, Safina i Dawidienki nastał czas, w którym Rosjanie mają trzech zawodników w pierwszej setce rankingu ATP [Gabaszwili, Kuzniecow i Donskoj]. Co się stało z rosyjskim tenisem, że za świetny wynik uznaje się ćwierćfinały i półfinały imprez ATP wywalczone przez reprezentantów?

      - Mówiąc szczerze, nie mam pojęcia. Musiałbyś zapytać każdego zawodnika, który grał na przestrzeni ostatnich lat. Może część z nich przegrała walkę z kontuzjami, a inni nie pracowali tak ciężko jak było trzeba. Nigdy nie wiesz co dzieje się w głowach innych tenisistów. Myślę, że nastał czas, w którym nadchodzi nowa generacja.

      Od kilku lat mówi się głośno o skali Twojego talentu. Mogłeś liczyć na pomoc ze strony rosyjskiej federacji?

      - Pomagają mi. Na przykład dostaję dzikie karty do turniejów rozgrywanych na terenie Rosji.

      Wygrałeś niedawno deblowy turniej w Moskwie. Jak udało Ci się namówić do gry Dmitrija Tursunowa?

      - Dmitrij przed długi czas był kontuzjowany. Przed turniejem o Puchar Kremla przyjechałem do Moskwy aby potrenować. On też tam trenował i przez kilka dni przygotowywaliśmy się razem. Federacja poinformowała mnie, że mogę liczyć na dziką kartę do singla i debla i zapytała, czy chciałbym zagrać w parze z Tursunowem. Zgodziłem się i nasz występ doszedł do skutku.

      Miałeś też okazję trenować w ubiegłym roku z Rafaelem Nadalem na twardym korcie na Majorce. Jak do tego doszło?

      - Graliśmy w Pucharze Davisa z Portugalią, a jeden z naszych trenerów związany jest z Majorką i Akademią Guillermo Vilasa. Wiedział, że moja mama leci tam na turnieje ze swoimi podopiecznymi i zapytał, czy ja też się wybieram. Gdy potwierdziła, zaproponował, że jeżeli będziemy chcieli, pomoże w zorganizowaniu treningów z Rafą. Oczywiście wyraziliśmy taką chęć.

      Dużo doświadczenia?

      - Bardzo dużo.

      Ile odbyliście wspólnych zajęć?

      - Sześć treningów, po jednym dziennie.

      Słyszałem, że jesteś fanem koszykarskiej drużyny Miami Heat. Masz w niej swoich idoli?

      - Do niedawna był nim LeBron James, ale odszedł. Teraz podziwiam Dwyane’a Wade’a. Gdy jestem w Miami, staram się oglądać mecze na żywo. W zeszłym roku nie miałem zbyt wielu okazji, ale rok wcześniej widziałem wiele spotkań.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 grudnia 2015 16:58

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Kategorie

Zakładki

Kanał informacyjny

E-mail: tenisowyblogvamos@gmail.com




Opcje Bloxa