Vamos

Blog o tym co na kortach i wokół nich. Autorem jest Marek Furjan, dziennikarz i komentator

Sylwetki tenisistów

  • środa, 09 października 2013
    • Sylwetka tenisisty (cz.5): Ivan Dodig

      Ivan Dodig

      Nazwisko bohatera tego tekstu kojarzy znakomita większość z nas. Ivan Dodig, bo o nim mowa, od listopada 2010 roku z pierwszej setki rankingu ATP wypadł tylko na dziesięć tygodni. W poniedziałek osiągnął rekordowe w dziewięcioletniej, zawodowej karierze miejsca w rankingu singlowym (#29) i deblowym (#19). Nie każdy jednak wie, że Ivan jest jednym z największych pracusiów w Tourze, a podczas jednego z turniejów nocował pod mostem.

      W ubiegłym tygodniu komentowałem dwa mecze Dodiga w Tokio. W ćwierćfinale pokonał Jarkko Nieminena (we wcześniejszych rundach eliminował Sugitę i Tsongę), a w spotkaniu o finał uległ Milosowi Raoniciowi. Występ urodzonego w Bośni i Hercegowinie Dodiga zainspirował mnie do przedstawienia tu jego sylwetki.

      Co ciekawe, wiele wspomnień łączy 28-letniego Dodiga z innym reprezentantem Chorwacji Marinem Ciliciem. Na szczęście nie ma wśród nich wspólnego zażywania niedozwolonych środków, które są powodem zawieszenia Cilicia. Obaj panowie urodzili się w bośniackiej miejscowości Medjugorie i w młodzieńczych latach byli w zasadzie sąsiadami. Zawieszenie Cilicia, które przyniosło w konsekwencji pogorszenie jego rankingowej pozycji, sprawiło, że to Dodig od kilkunastu dni jest chorwackim numerem jeden i liderem reprezentacji, która w nowym sezonie będzie biła się o awans do Grupy Światowej. Obawiam się, że w najbliższym sezonie Ivan może być jedyną nadzieją Chorwatów na jakiekolwiek sukcesy w imprezach ATP. Poza Dodigiem i pauzującym Ciliciem, w pierwszej setce rankingu znajdziemy tylko nazwisko pikującego w dół Ivo Karlovicia. Kolejny Chorwat - sto dziewięćdziesiąty na liście ATP Antonio Veić na godne uwagi sukcesy nie jest jeszcze gotowy (udowodnił to m.in. w tym roku w Szczecinie).

      W trakcie kariery Ivana Dodiga nic nie przychodziło mu łatwo. Jak doskonale wiecie, podróżowanie po małych imprezach rangi Futures jest dość kosztowne, a czeki za występy rzadko powodują, że zawodnik może mówić o jakimkolwiek zarobku. W przypadku Dodiga, który nie pochodzi z zamożnej rodziny i nie mógł liczyć na pomoc wpływowych sponsorów, sytuacja była jeszcze trudniejsza. Jadąc na kolejny turniej, zawodnik miał świadomość, że nie może odpaść w pierwszej rundzie. W przypadku szybkiego niepowodzenia okres, w którym zdołałby uzbierać pieniądze na kolejny turniejowy wypad wydłużyłby się do kilkunastu dni. Podobnie jak Dustin Brown, Dodig także minimalizował koszty. Sypiał na lotniskach, dworcach, a niekiedy we własnym, rozsypującym się Oplu. Plotka głosi, że podczas jednego z występów, musiał spać z rakietami pod mostem. "Nigdy nie miał pieniędzy, a to czego dokonał jest niesamowite. Mam do niego największy możliwy szacunek" - komplementuje Dodiga deblista Lovro Zovko. "Liczyłem każde euro. Na wielu turniejach pojawiałem się bez pieniędzy, często nie miałem także gdzie spać" - opowiada Dodig.

      Brak odpowiednich warunków do pracy sprawił, że Ivan ma na korcie charakter, którego wielu wychowanych w luksusowych warunkach tenisistów może mu tylko pozazdrościć. Poza ryzykownymi decyzjami na placu gry (uwielbia popisać się zagraniem serw&wolej), efekt przyniosła też decyzja o przeniesieniu się do akademii BreakPoint w niemieckim Halle. "Byłem sklasyfikowany w okolicach miejsca #500. Wiedziałem, że będzie bardzo ciężko" - wspomina po latach. Oprócz pomocy doświadczonych trenerów, Dodig mógł liczyć także na niezłych partnerów do gry. W Halle urzędowali m.in. Jarkko Nieminen i Viktor Troicki. "Zobaczyłem świetną osobę i niesamowitego sportowca z większą chęcią do ciężkiej pracy niż ta, którą wykazuje większość tenisistów" - wspomina założyciel akademii, Jan de Witt.

      Dodig nie był jednak zawodnikiem gotowym na odnoszenie sukcesów "od zaraz". Był umięśniony, lecz ciężki. Potrzeba mu było także sprawności i giętkości. Praca nad jego plecami przyniosła efekty w postaci poprawy bekhendu i serwisu. Największe żniwa udało się zebrać, gdy do podróżującego Dodiga dołączył trener Martin Stepanek. "Uspokoił się i wykazywał większą koncentrację" - wspomina Stepanek, który przed rozpoczęciem współpracy z Dodigiem był jednym z trenerów w akademii BreakPoint.

      Obserwując Dodiga trudno jest uwierzyć w to, że kiedyś sposobem poruszania się przypominał bardziej kulturystę niż tenisistę. Teraźniejszy Dodig ślizga się do piłek niczym Monfils, czy Djoković, znakomicie serwuje (#9 w klasyfikacji asów w tym sezonie), ma dobrą rękę przy grze z powietrza. Co najważniejsze i zgodne z jego charakterem: nie odpuszcza żadnej piłki.

      Jako początkujący tenisista wzorował się na Goranie Ivaniseviciu. Co ciekawe, mistrz Wimbledonu komentował na żywo z hali w Zagrzebiu jedyny jak do tej pory wygrany singlowy finał Dodiga. "Oczywiście, są rzeczy, które może jeszcze poprawić. Najważniejsze jednak, że Ivan słucha i zawsze prosi o rady. Lubi się uczyć" - wspomina Ivanisević, który przed wspomnianym finałem dawał rady młodszemu koledze.

      Historia Ivana kojarzy mi się trochę z losami Łukasza Kubota. Tenisista, który nie ma wiele talentu, ma trudny start, ale osiąga więcej podejrzewali inni. "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą" - mawia nasz Łukasz. Gdy spojrzę na dowolny występ Dodiga, mam podejrzenia, że on myśli podobnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      środa, 09 października 2013 02:04
  • wtorek, 25 czerwca 2013
    • Sylwetka tenisisty (cz.4): Steve Darcis

      Steve Darcis

      Na wstępie wypada przeprosić za kilkunastodniową ciszę na blogu. Wakacje są czasem rozluźnienia i odpoczynku, więc postanowiłem skrzętnie z tego skorzystać.

      Wimbledon już trwa, a największa niespodzianka rozgrywek męskich być może jest już znana. Rafael Nadal po raz pierwszy w karierze odpadł w turnieju wielkoszlemowym już w pierwszej rundzie, a jego oprawcą okazał się Steve Darcis. Większość z Was z pewnością o Belgu słyszała, a część być może widziała go w akcji na jednym z turniejów na terenie Polski. Bez względu na poziom znajomości sylwetki sto trzydziestego piątego obecnie zawodnika listy ATP, mam nadzieję poszerzyć Waszą dotychczasową wiedzę.

      Wszystkim, którzy w tym momencie wpisują nazwisko Darcisa do II, III, czy IV rundy wimbledońskich rozgrywek przypomnę, że 29-latek z Liege bardzo rzadko rozgrywa dwa równe mecze podczas jednego turnieju. Pierwszy jego mecz z wysokości trybun oglądałem w 2008 roku w Poznaniu. Przyleciał do Polski jako świeżo nagrodzony finalista imprezy w Amersfoort. Sił i zapału wystarczyło mu tylko na mecz z rodakiem Christophem Rochusem, bo w kolejnym spotkaniu szalony i wybuchowy Boris Pashanski pokonał go 7:5 6:0 (w I rundzie Serb oddał 6 gemów niespełna 18-letniemu Jerzemu Janowiczowi). Ten występ Darcisa potwierdził moje wcześniejsze obserwacje czynione na ekranie telewizora, czy komputera. Steve Darcis ma dobrą rękę, ale jego dyspozycja zawsze jest ogromną niewiadomą.

      W 2008 roku Darcis, fan Anderlechtu Bryksela i zapalony wędkarz, osiągał najlepsze rezultaty: wygrał imprezę w Memphis i osiągnął wspomniany finał na mączce w Holandii (rok wcześniej ten turniej także udało mu się wygrać). Z najwyższej w karierze pozycji numer 44 spadł jednak bardzo szybko i boleśnie. Od wielu miesięcy balansuje na krawędzi pierwszej i drugiej setki listy ATP. Pokonanie Nadala na tak prestiżowej imprezie jest podwójnie cenne, bo do tej pory zawodnika z czołowej dziesiątki udało się mu ograć zaledwie jeden raz (Berdycha na IO w Londynie). Tytułem specjalisty od gry na trawie Belga także namaścić nie można, choć zielone korty są jego ulubionymi. W 13 turniejach rozegranych na przestrzeni dziesięcioletniej kariery zawodowej, tylko trzykrotnie udało mu się wygrać więcej niż jeden mecz.

      W ubiegłym roku "Rekin" (tak nazywają Darcisa znajomi) wygrał 22 spotkania w imprezach ATP, co pozostaje jego najlepszym wynikiem w karierze. Dla porównania, 23 wygrane odnotował nasz Łukasz Kubot, a 22 wygrane zapisał na swoim koncie Gilles Muller z Luksemburga. Nie jest jednak tak, że Darcis niczym się nie wyróżnia. Z 22 tie-breaków rozegranych w 2012 roku Belg wygrał aż 18. Daje mu to ponad 81% skuteczności i czyni najlepszym specjalistą w tej kategorii w całych ubiegłorocznych rozgrywkach! W meczu z Nadalem swoją wąską specjalizację potwierdził. "Przede wszystkim koncentruję się na swoim serwisie. Wygrywanie punktów przy swoim podaniu, szczególnie na początku tie-breaka, jest bardzo ważne. Przy podaniu rywala próbuję trafić w kort każdym returnem i walczyć o każdą piłkę. Każdy punkt w tej rozgrywce jest ważny, ale jest też odrobinę loterii, więc musisz też mieć szczęście" - mówił Darcis po meczu z Nadalem.

      Przydomek "Rekin" nie wziął się chyba z bezwzględności na korcie. Darcis niejednokrotnie przegrywał spotkania w sferze mentalnej, a karteczkę z jego nazwiskiem wrzuciłbym raczej do szufladki z napisem: zawodnicy łatwi do wyprowadzenia z równowagi. Pamiętam jego porażkę z tenisowym wariatem Danielem Koellererem na jednym z mniejszych obiektów w Bastad. Austriak odstawiał na korcie swój tradycyjny pozatenisowy cyrk, a Belg cierpiał, bo po łatwo wygranym secie zgubił rytm gry i pożegnał się z nadmorską imprezą.

      Wspomnieć należy też o kontuzjach, które być może spowolniły rozwój kariery Darcisa. W ciągu ostatnich dziewięciu lat zawodnik zgłosił dwadzieścia urazów, a w całej zawodowej karierze poddał aż 22 spotkania. Kontuzja prawej kostki uniemożliwiła kilka lat temu na przygotowanie się do sezonu (Belg leczył ją około trzydziestu tygodni), a prawe ramię nie pozwoliło udanie rozpocząć poprzedniego roku.

      Wydawało się, że pech Darcisa wciąż trwa. Gdy zobaczył efekty losowania drabinki wimbledońskiego turnieju, pomyślał: "K***a! To jest pech". Rozegrał jednak jedno z lepszych spotkań w swoim życiu, a posłanie 13 asów w meczu jest jego trzecim najlepszym wynikiem w karierze! W 152 poprzednich spotkaniach w turniejach ATP, więcej udanych serwisów "wsadził" tylko Dimitrijowi Tursunowowi podczas US Open 2011 (20 asów) i Olivierowi Rochusowi w Sztokholmie trzy lata wcześniej (15).

      Czy Steve Darcis wygra Wimbledon? Nie. Czy będzie jedną z najjaśniejszych postaci tego sezonu? Nie. Czy trafi do czołowej dwudziestki rankingu? Nie. Facet ma jednak swoje zasłużone pięć minut, a osobą, która w II rundzie może wykorzystać rozkojarzenie Belga będzie Łukasz Kubot. Jeden z moich znajomych nazywał taką sytuację "efektem wielbłąda" (ktoś nieoczekiwanie robi świetny wynik, a w kolejnym meczu ze słabszym od poprzedniego rywalem przegrywa). Oby świętowanie Darcisa trwało tylko do środy.

      Na deser jedno z najładniejszych zagrań Belga na Roland Garros 2011.
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Sylwetka tenisisty (cz.4): Steve Darcis”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 czerwca 2013 00:30
  • środa, 05 czerwca 2013
    • Sylwetka tenisistki (cz.3): Maria-Jose Martinez Sanchez

      Maria-Jose Martinez Sanchez

      "W naszej dyscyplinie zdarzają się mistrzynie jednego turnieju. W 2010 roku mieliśmy takie w Rzymie i Madrycie. Poza tymi sukcesami niczego więcej nie zdziałały i w rankingu są daleko z tyłu. Nie wystarczy raz spektakularnie odpalić fajerwerków" - mówił przed dwoma laty Robert Radwański. Wspominając o triumfie na Foro Italico, odniósł się do Marii-Jose Martinez Sanchez, której poświęcę dziś ten wpis.

      Ojciec sióstr Radwańskich ma rację, a Maria-Jose Martinez Sanchez wycisnęła z owocu swojej tenisowej kariery zdecydowaną większość soków. Blisko 31-letnia Hiszpanka pięciokrotnie triumfowała w singlowych imprezach WTA, a sukces odniesiony w Rzymie z pewnością smakował najlepiej. W 2009 roku śledziłem na żywo jej turniejową wygraną w szwedzkiej miejscowości Bastad, gdzie w decydującym meczu Karolina Woźniacka była przez Hiszpankę nierzadko ośmieszana. Dzięki kilkunastominutowej rozmowie w czarującym hotelu Skansen, udało mi się poznać Marię trochę lepiej.

      Jako juniorka, zapowiadała się nieźle. Pod koniec 1999 roku wygrała imprezę Orange Bowl - turniej wieńczący roczne zmagania wśród juniorów. Dwa lata później po raz pierwszy dostąpiła zaszczytu rywalizowania w seniorskich rozgrywkach wielkoszlemowych. Na sukcesy czekała jednak jeszcze przez wiele sezonów, choć wygranie Orange Bowl wspomina dziś najlepiej.

      Co sprawia, że pomimo 142 lokaty, jaką obecnie zajmuje Hiszpanka, warto chodzić na mecze z jej udziałem? Leworęczna tenisistka lubi bawić się grą, a jej archaiczny styl co chwilę zmusza widzów do bicia braw. Maria często decyduje się na akcje serw&wolej, doskonale gra skróty (we wspomnianym meczu z Woźniacką był gem, w którym Hiszpanka większość returnów odegrała właśnie krótko za siatkę, dzięki czemu przełamała serwis zdezorientowanej Dunki) i jest nieprzewidywalna. "Większość zawodniczek prezentuje obecnie styl boom-boom. Gdy mają gorszy dzień i im nie idzie - są kompletnie bezradne. Nie umieją zmienić nic w swojej grze, zaskoczyć rywalki czym innym. Ja staram się grać zupełnie inaczej. Cały czas zmieniam coś w swojej grze podczas meczu, mój tenis jest niekonwencjonalny, nieprzewidywalny. A poza tym przynosi więcej radości" - mówiła mi po wygranym finale w nadmorskiej miejscowości. Radość przekazywana jest widzom, a ja stylem gry Hiszpanki od kilku lat jestem oczarowany.

      Nie jest jednak tak, że w światowej czołówce Martinez Sanchez znalazła się przypadkowo. Najwyżej w singlu doszła do 19 miejsca na liście WTA, ale w grze deblowej była już nawet "czwórką". Na szczeblu WTA, głównie w boku Nurii Llagostery Vives, odebrała szesnaście pucharów za wygrane turnieje gry podwójnej. Najcenniejszy w 2009 roku, gdy wspólnie z rodaczką wygrała kończącą sezon imprezę Mistrzyń w Ad-Dausze. Kilka miesięcy później, tworząc duet z Tommym Robredo i pokonując w finale Laurę Robson i Andy'ego Murraya, wygrała Puchar Hopmana.

      Zadowalające wyniki singlowe dobiegły końca wraz z zakończeniem sezonu 2011. Od tamtego czasu częściej była kontuzjowana, niż jej nazwisko wpisywano do kolejnego etapu turniejowej drabinki. W ciągu półtora roku, w turniejach głównych Maria odniosła zaledwie 6 wygranych, ponosząc 14 porażek. Szczególny wpływ na obniżenie lotów miało lewe kolano, które w ciągu ostatnich sześciu lat aż sześciokrotnie zmuszało ją do zmiany planów startowych. 

      Co ciekawe, Hiszpanka "nie zamyka" się w obrębie nawierzchni ziemnej. Maria przyznała, że chciałaby wygrać turniej wielkoszlemowy. "French Open?" - rzuciłem, czekając na potwierdzenie. "Może być, ale myślałam raczej o Wimbledonie" - odparła z uśmiechem. Nie udało jej się osiągnąć celu nawet w deblu, w którym trzykrotnie dochodziła do półfinałów. Trzecia runda w singlu okazywała się przeszkodą nie do pokonania we wszystkich czterech miastach goszczących najważniejsze turnieje w kalendarzu.

      Kontuzja kolana rujnuje jej także obecny sezon. Z powodu urazu wycofała się z marcowego turnieju w Miami, a w singlu nie zagrała od czasu przegranej w II rundzie w Acapulco w lutym. Życie nie składa się wyłącznie ze sportowych wyników. Od 14 lipca ubiegłego roku Maria jest szczęśliwą mężatką, a wyniki mogą tylko poprawiać jej humor. "Chciałabym zostać zapamiętana jako miła osoba. To jest najważniejsze. Mam w Tourze wielu przyjaciół i przyjaciółek, relacji z nimi nie da się zamienić na żaden tenisowy sukces" - wspominała w Bastad. Ja jeszcze liczę, że uda jej się połączyć rzeczy przyjemne z pożytecznymi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Sylwetka tenisistki (cz.3): Maria-Jose Martinez Sanchez”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      środa, 05 czerwca 2013 00:52
  • środa, 29 maja 2013
    • Sylwetka tenisisty (cz.2): Robin Haase

      Robin Haase

      Robin Haase (ATP 66) będzie rywalem Jerzego Janowicza w II rundzie French Open. Uznałem więc, że przybliżenie jego sylwetki we wtorkowej rubryce wyjdzie nam wyłącznie na dobre.

      26-letni Holender to gracz, którego nie można zamknąć w żadnej szufladce. Dobrze serwuje, ale równie komfortowo czuje się atakując, jak i broniąc się. Gdy trzeba - gra płasko, a za moment podnosi piłkę niczym zawodnik wyszkolony w Hiszpanii. Lubi mieszać grę, pojawiać się przy siatce, grać skróty. Zawodnik uniwersalny.

      Co ciekawe, poza kortem Haase jest leworęczny. Rakietę trzyma w prawej ręce, bo jako młody chłopiec podpatrywał na korcie grających rodziców. "Gdy miałem trzy lub cztery lata, nie umiałem serwować. Co robisz, gdy jesteś dzieciakiem? Naśladujesz wszystkich dookoła" - tłumaczy Haase, który po raz pierwszy chwycił rakietę w wieku 2,5 roku.  

      Robin był obiecującym juniorem. W marcu 2005 roku był trzecią juniorską rakietą świata, a kilka miesięcy później przegrał w wimbledońskim finale chłopców z Jeremym Chardym. Pomimo smykałki do gry przy siatce, jego ulubioną nawierzchnią jest mączka. W turnieju ATP zadebiutował w 2006 roku, urywając jednego seta znakomitemu Juanowi Carlosowi Ferrero. Jeszcze w tym samym roku wygrał challengera w Nashville, pokonując w finale Duńczyka Plessa.

      Holender nie jest katem czołowych tenisistów świata. Z siedemnastu pojedynków z zawodnikami sklasyfikowanymi w danym momencie w TOP 10, wygrał tylko dwa (pierwszy w 2007 roku, z Tomasem Berdychem, kolejny w Rotterdamie z Murrayem). Jego rozwój spowolniły nieco poważne problemy z kolanami. Na przestrzeni kilku miesięcy przeszedł dwie operacje (lipiec 2008 i maj 2009). Na zawodowe korty wrócił po niespełna 18-miesięcznej przerwie. W jedynych imprezach, w jakich brał udział w 2009 roku, doszedł do półfinałów udanie przedzierając się przez eliminacje. Kolejny sezon przyniósł już pięć challengerowych triumfów. "To był dla mnie trudny okres. Powrót trwał półtora roku, ale w ciągu ośmiu miesięcy udało mi się wrócić do czołowej setki rankingu ATP. Grałem dobrze i zawsze wierzyłem, że gdy tylko wyzdrowieję, uda mi się wrócić" - mówił Haase, który po sezonie 2010 otrzymał przyznawaną przez kolegów po fachu nagrodę "Comeback Player of the Year".

      Największe sukcesy przyniosły ostatnie sezony i miesiące. W latach 2011-12, na kortach ziemnych w Kitzbuhel, odnosił pierwsze i jak dotąd jedyne turniejowe sukcesy. Niedługo po tym osiągnął najwyższą, trzydziestą trzecią lokatę na liście ATP. Najgłośniej zrobiło się o nim podczas tegorocznego Australian Open, gdy u boku rodaka Igora Sijslinga doszedł do wielkoszlemowego finału. Co ciekawe, panowie startowali w tym sezonie w sześciu turniejach deblowych. W pięciu odpadali w pierwszej rundzie (we wtorek przegrali w Paryżu z parą Kas/Marach).

      Przed każdym meczem Haase stara się być wyluzowany. Nie myśli o rywalu, nie siedzi w szatni, tylko spaceruje ze swoim trenerem Marcosem Gorrizem po turniejowym miasteczku. Na tryb meczowy przestawia się dosłownie dziesięć minut przed rywalizacją, czyli wtedy, gdy zaczyna rozgrzewkę. Lubi się śmiać, a powody do tego znajduje każdego dnia. "Obserwowałem mecz. Jeden facet nie wykorzystał 15, czy 16 break-pointów i zupełnie nie wiedział jak doprowadzić do przełamania. Przy kolejnej okazji i drugim serwisie rywala, odwrócił się plecami do siatki. I czekał. Przeciwnik popełnił podwójny błąd serwisowy" - opisuje wspomnienia z imprezy rangi Futures w Izraelu. 

      W ubiegłym roku, gdy Haase chciał rozpocząć sezon od startu w Chennai, na kilka godzin przed wylotem okazało się, że nie przyznano mu wizy. Organizatorzy informowali, że Robin nie zagra w turnieju z powodu kontuzji, ale zawodnik błyskawicznie ujawnił prawdę na Twitterze. "Staram się mieć zawsze rację. Ale mam ją w 99% sytuacji" - zaznacza z uśmiechem Holender, który jako trzech najbardziej niewygodnych rywali wymienia Federera, Nadala i Dawidienkę. Oby po czwartkowym meczu lista powiększyła się o jedno nazwisko.

      A o tym, że mierzący 190cm Haase potrafi uwijać się także w obronie, niech przekona Was to zagranie:

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Sylwetka tenisisty (cz.2): Robin Haase”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      środa, 29 maja 2013 00:34
  • środa, 22 maja 2013
    • Sylwetka tenisisty (cz.1): Julian Turosieński

      Julian Turosieński

      Julian Turosieński, czołowy polski junior, z tenisową rakietą spotkał się po raz pierwszy w wieku trzech lat. W mieście Sarasota na Florydzie, gdzie mieszkał od urodzenia, w tenisa grywała jego starsza siostra. Na kort przyprowadziła go jednak mama. "Gdy postawiło się obok mnie rakietę, była mojej wielkości" - opowiada Julek.

      Pomimo braku kortów ziemnych w okolicy, z racji warunków fizycznych tenisowo próbował upodobnić się do swojego ulubieńca - Davida Ferrera. Ukształtować miał go trener z Kolumbii, który wiedział, że podopieczny nigdy nie wyrośnie na dwumetrowca i chciał poukładać jego grę wokół uderzeń kątowych, gry kombinacyjnej i wytrzymałości. "W kategorii do 10 lat byłem kozakiem" - śmieje się Turosieński, który wygrał 37 kolejnych spotkań i był notowany na trzecim miejscu w swojej kategorii wiekowej na Florydzie. Co ciekawe, lista obejmowała nazwiska aż ośmiuset graczy.

      Po okresie świetnej gry i rozwoju, nadszedł czas spokojniejszy. Julek więcej czasu poświęcał nauce, a jego przygotowania na kortach były mniej profesjonalne. Rodzice młodego zawodnika stwierdzili, że niewykorzystany do końca czas uda się nadrobić w słynnej i cenionej Akademii Nicka Bollettieriego. Pomimo świadomości, że amerykański trener oszlifował diamenty w postaci Marii Szarapowej, Andre Agassiego i Borisa Beckera, Julian nie był przekonany o magii tego miejsca. Dał się przekonać do dwuletniego pobytu w akademii, ponieważ nie musiał lecieć do niej przez pół świata, tylko przebyć 15-minutową drogę samochodem.

      "Było tam jak w więzieniu" - mówi mi kilka lat po zakończeniu wizyt u Bollettieriego. Na terenie akademii panowała ciągła, nie tylko tenisowa rywalizacja, a trenerzy nie zawsze byli zawodnikom pomocni. "Pewien Rosjanin podszedł do innego chłopaka i bez powodu uderzył go w twarz" - opowiada. Trenerzy nie próbowali rozwiązywać problemów, tylko radzili „załatwiać je między sobą”. Roczny pobyt w akademii kosztował jego rodziców 30 tysięcy dolarów. Cena nie obejmowała noclegu i wyżywienia, za które trzeba byłoby dorzucić drugie tyle. Zajęcia prowadzone były w kilkuosobowych grupach, a godzinny trening z Bollettierim był dodatkowo płatną atrakcją, na którą Julian się nie połasił. 60-minutowe zajęcia kosztowały okrągły tysiąc dolarów, a słynny Nick więcej czasu poświęcał rozmowom telefonicznym niż kursantowi.

      Chaotyczną akademię zamienił na indywidualne zajęcia z Johanem Kriekiem - dwukrotnym triumfatorem Australian Open. "Mieliśmy bardzo dobre relacje, jedliśmy wspólnie posiłki, dużo rozmawialiśmy. Dużo pomógł mi w kwestii psychologicznej, podpowiadał o czym w danym momencie myśleć na korcie. Z jego wskazówek korzystam do dziś" - mówi Julek, który trenując w USA grywał m.in. z Ryanem Harrisonem i Rhyne Williamsem, którzy regularnie startują w największych turniejach na świecie. Współpraca została zawieszona, bo trzy lata temu Julek przyleciał do Polski. Żona Krieka jest Polką i pomogła nawiązać współpracę z trenerem Michałem Gawłowskim, z którego usług 18-letni zawodnik jest bardzo zadowolony.

      Pierwsze miesiące po przenosinach do Polski były dla niego bardzo trudne. Nie znał miasta, ludzi, a wszystkich znajomych zostawił na Florydzie. Postanowił skoncentrować się więc wyłącznie na treningach na kortach Warszawianki, na której po raz pierwszy spotkał się z prawdziwą mączką (w USA grał tylko na zielonej). Największym sukcesem w jego kolekcji pozostaje deblowe wicemistrzostwo juniorów. Po rozpoczęciu seniorskiej kariery postawił przed sobą jasny cel. "Szukam pierwszych punktów do rankingu ATP, które są najtrudniejsze do zdobycia. Trzeba przejść eliminacje i wygrać jedną rundę Futuresa. Gdy zdobędziesz pierwszy punkt, ranking pozwala ci na branie udziału w większości eliminacji, a w niektórych bywasz nawet rozstawiony, co ułatwia awans do turnieju głównego" - opowiada Turosieński. "Jeżeli wkładasz w tenis dużo pracy i serca, nie ma możliwości, żebyś nie zapunktował w rankingu. Znam wielu zawodników, którzy tenisowo byli ode mnie o kilka poziomów niżej, ale przez ciężkie treningi i niemal nocowaniu na kortach osiągnęli przyzwoity poziom" - mówi zawodnik, który we wtorek i środę trenował na warszawskich kortach z siostrami Radwańskimi. W najbliższy czwartek Agnieszka i Ula wylatują do Paryża, a Julek leci do Egiptu, szukać pierwszego punktu na kortach kurortu Sharm el Sheikh.

      Miejsce, ani dochodząca do 42'C temperatura nie paraliżują go. W dotychczasowej karierze grywał już w różnych egzotycznych miejscach, od Kenii, gdzie były fatalnie przygotowane korty, przez Sri Lankę i Tokio, gdzie jeden z kolegów, który przegrał zakład na treningu musiał wejść do restauracji ekskluzywnego hotelu ubrany w maskę do nurkowania i rękawki do nauki pływania. Pierwszą poważną sumę pieniędzy zarobioną na korcie przeznaczy prawdopodobnie na zakup dobrego auta. "Strasznie kręcą mnie samochody" - przyznaje. Mam nadzieję, że fundusze na pierwszą oponę wymarzonego modelu przywiezie już z Egiptu.

      P.S. Podobne sylwetki różnych trafiać będą do odpowiedniej zakładki na moim blogu. Będą publikowane także we wtorek, zamiennie z sylwetkami egzotycznych tenisistów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Sylwetka tenisisty (cz.1): Julian Turosieński”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      środa, 22 maja 2013 13:36

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Kategorie

Zakładki

Kanał informacyjny

E-mail: tenisowyblogvamos@gmail.com




Opcje Bloxa