Vamos

Blog o tym co na kortach i wokół nich. Autorem jest Marek Furjan, dziennikarz i komentator

Egzotyczni tenisiści

  • środa, 15 maja 2013
    • Egzotyczni tenisiści (cz. 11): Aisam-Ul-Haq Qureshi

      Aisam Qureshi

      Aisam-Ul-Haq Qureshi (na zdjęciu z prawej) to 33-letni deblista z Pakistanu. Po raz ostatni pisałem o nim przed kilkoma tygodniami, przy okazji tekstu o poddaniu Pakistanu w Pucharze Davisa. Osiągnięcia Qureshiego na korcie i poza nim bez wątpienia zasługują, aby przybliżyć jego sylwetkę w dzisiejszym tekście.

      Aisam pochodzi z rodziny, w której sport stanowił ważne ogniwo życia codziennego. Mama Nosheen Ihtsham była dziesięciokrotną mistrzynią kraju w tenisie i prawdopodobnie to właśnie ona po raz pierwszy wręczyła synowi rakietę do rąk. Stało się to dopiero w dwunastym roku życia Aisama, który do tamtego czasu cały wolny czas poświęcał pływaniu i grze w krykieta. W tenisa, z sukcesami, grał także dziadek Qureshiego.

      Ogromny wpływ na karierę Qureshiego miał list wysłany przez jego ojca do ITF. Prośba pana Ihtshama dotyczyła objęcia syna programem rozwoju juniorów, do którego co roku przyjmowano dziesięciu zdolnych młodzianów z całego świata. "Gdybym się nie dostał, nie miałbym na nic szans" - ocenia po latach Aisam. Kilka miesięcy później, gdy syn trenował już pod okiem fachowców, rodzice otrzymali od ITF wiadomość: "Aisam stanowi wzór i każdy zawodnik powinien brać z niego przykład. Nigdy nie kłóci się z trenerami, kładzie się spać o godzinie 21 i wstaje jako pierwszy".

      W wieku osiemnastu lat był siódmą juniorską rakietą świata i nic nie wskazywało na to, że największe sukcesy będzie osiągał w grze podwójnej. W drodze po złoty medal Międzynarodowych Mistrzostw Świata Juniorów w Roehampton odprawił m.in. Taylora Denta i Olivera Rochusa. Kilka tygodni później, podczas World Super Junior Championships, nie dał szans Andy'emu Roddickowi.

      Po rozpoczęciu kariery zawodowej dość długo błąkał się po trzeciej, czwartej i piątej setce singlowego rankingu. Najwyższą, 125. lokatę zajmował dopiero w grudniu 2007 roku, czyli dziewięć lat po utraceniu statusu juniora. Pół roku później wypadł z drugiej setki listy ATP i w singlu nigdy już do niej nie wrócił. Postawił na grę podwójną, która go pasjonowała, ale przynosiła też wiele kłopotów i negatywnych opinii w kraju. Wszystko za sprawą doboru zagranicznych partnerów, którzy byli wyznawcami innych religii lub pochodzili z państw skonfliktowanych z Pakistanem. Po raz pierwszy Qureshi oberwał słownie od rodaków w 2002 roku, gdy na ulubione przez siebie korty Wimbledonu wyszedł u boku Amira Hadada, reprezentanta Izraela. Panowie, którzy na trawiastych kortach w Londynie dotarli do trzeciej rundy, za "przełamywanie barier" otrzymali na koniec sezonu Nagrodę Arthura Ashe'a. Osiem lat później Qureshi został wyróżniony po raz drugi, tym razem u boku Rohana Bopanny z Indii, z którym spędził na kortach ponad dwa sezony.

      "Pięknem sportu jest właśnie łączenie odmiennych kultur i religii. Sport jest wolny od konfliktów" - opowiada Pakistańczyk, pomimo iż konflikt jego kraju z Indiami trwa nieprzerwanie od 1947 roku. "Mój partner może być Żydem, chrześcijaninem, czy Hindusem, ale jeżeli będzie mi odpowiadał i pomagał promować tenis w Pakistanie, będę z nim grał" - tłumaczył Qureshi. Duet Bopanna/Qureshi, który sięgnął po cztery tytuły ATP, dość szybko otrzymał przydomek "Indo-Pak Express". Panowie grali efektownie w tenisa, a dodatkowo, pomimo swoich narodowości, głośno mówili o dobrych relacjach. Poza kortem nosili koszulki, na których umieszczali przeróżne slogany zachęcające do zaprzestania konfliktu na linii India-Pakistan. "Stop War, Start Tennis", "Love Tennis, Love India/Love Pakistan" to tylko niektóre z nich. Panowie byli tak zżyci, że nie kłócili się nawet o upodobania piłkarskie (Qureshi jest fanem Liverpoolu, a Bopanna Manchesteru United).

      Z promocji tenisa w swoim kraju, którą zawodnik uważa za swój cel numer jeden, Qureshi może być dumny. Po wielu latach został doceniony, a jego "niechciani" wcześniej partnerzy zostali zaakceptowani przez lokalne media. W 2008 roku Aisam podpisał umowę z Pepsi stając się pierwszym sportowcem z Pakistanu nie grającym zawodowo w krykieta, który mógł pochwalić się takim kontraktem reklamowym.

      Trenerem Qureshiego jest Amerykanin Robert Davis. Trwająca od 1998 roku współpraca obu panów sprawiła, że od 18 października 2010 roku do chwili obecnej, Pakistańczyk ani na moment nie wypadł z czołowej dwudziestki deblowego rankingu ATP. Największym sukcesem w w turniejach wielkoszlemowych jest finał US Open z 2010 roku, w którym Qureshi i Bopanna ulegli po dwóch tie-breakach braciom Bryan. Podczas tej samej imprezy, u boku Kvety Peschke znalazł się w finale gry mieszanej.

      Czesko-pakistańską parę obserwowałem podczas Roland Garros 2011. Druga runda, mecz przeciwko Gajdosovej i Bellucciemu, a do malutkiej strefy dla dziennikarzy, zawodników i trenerów na korcie numer dwa wchodzi nieznajoma mi pani. "O Boże! Czy to przedszkole?!" - wykrzyknęła, odwróciła się i opuściła obiekt zmagań gry mieszanej. Nie dziwię się jej, trybunkę mogącą pomieścić około 20-30 osób, zajmowałem ja, dwóch-trzech trenerów i kilka szczelnie okrytych ubraniem pań - znajomych Qureshiego - z niezliczoną ilością dzieci. Kobiety trzymały na rękach dzieci, zajmowały się nimi, pozostałe bujały w wózkach, które uniemożliwiały poruszanie się w jakikolwiek sposób między krzesełkami, a w wolnych chwilach dopingowały przyjaciela. Co ciekawe, po każdej przegranej piłce przez Pakistańczyka i Czeszkę, winę za punkt zrzucały na Peschke. Nie wiem, czy wśród kobiet na korcie #2 była ówczesna małżonka Qureshiego (rozwiedli się w 2012 roku).

      Przy tej okazji polecam Wam dwa filmiki. Na pierwszym Aisam szuka nowego partnera do gry podwójnej. Drugi to już tenis w najlepszym wydaniu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Egzotyczni tenisiści (cz. 11): Aisam-Ul-Haq Qureshi”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      środa, 15 maja 2013 02:50
  • wtorek, 07 maja 2013
    • Egzotyczni tenisiści (cz. 10): Adil Shamasdin

      Adil Shamasdin

      W dużej mierze, historia reprezentującego Kanadę, 30-letniego Adila Shamasdina nie odbiega od losów wielu deblistów, którzy w rankingu ATP zawieszeni są w drugiej części pierwszej setki. Rozgrywa 30-35 turniejów w każdym sezonie, niemal co tydzień drży o miejsce w drabince głównej, zainteresowanie macierzystego związku jego osobą przez wiele lat było znikome. Rodzina, ciężka praca i udana współpraca z leworęcznym Jamesem Cerretanim - te czynniki sprawiły, że od września 2008 roku Shamasdin poza czołową setkę listy deblistów wypadł zaledwie na 15 tygodni.

      Adil urodził się w Toronto, a jego rodzice kilka lat wcześniej emigrowali z Kenii. Do niedawna znany był głównie z udanych występów w barwach Uniwersytetu Browna - siódmej najstarszej uczelni w USA, na której ukończył kierunek psychologii. U boku Cerretaniego - rekordzisty uczelni pod względem ilości wygranych meczów - zdobywał kolejne trofea rozgrywek międzyuczelnianych, ale o karierze profesjonalisty nawet nie marzył. "Jon Choboy, trener Brown University, był mną zainteresowany i wierzył w mój tenis. Wybrałem tę uczelnię, bo dał mi jasno do zrozumienia, że chce stworzyć rodzinę, której mam być częścią" - wspomina akademickie czasy Shamasdin. Pierwsze lata spędzone wśród zawodowców nie były dla Adila szczęśliwe. Kanadyjczyk zmagał się z kontuzją barku, która wykluczyła go z gry na dwa lata. Jego głowa pełna była przeróżnych myśli związanych z powrotem na kort. "A jeśli bark nie wróci do pełnej sprawności? Skąd wezmę pieniądze na podróżowanie? A może jestem już za stary?" - zastanawiał się próbując przygotować się do pierwszych turniejach po długiej przerwie. Inspiracją dla Kanadyjczyka okazali się przyjaciele-debliści, którzy coraz lepiej radzili sobie w turniejach najwyższej rangi.

      Pomimo licznych sukcesów akademickich, pomocą Shamasdinowi nie był zainteresowany Kanadyjski Związek Tenisowy. "Dostałem od nich cztery, może pięć dzikich kart i to wszystko" - tłumaczy zawodnik. Niepisanym warunkiem takiej transakcji było granie debla u boku partnera wyznaczonego przez Tennis Canada. Adil postanowił więc odciąć się od związku i wziąć swoje tenisowe życie we własne ręce. Z pomocą rodziców i znajomych znalazł fundusze na całoroczne przeloty i noclegi (życie deblisty różni się nieco od tego, jakie prowadzi singlista - organizatorzy dają zdecydowanie mniej darmowych noclegów podczas turniejów, niekiedy z pokoju hotelowego trzeba wynosić się już dzień po odpadnięciu z imprezy). "Nie jestem pewien, czy wiele osób z Tennis Canada w ogóle wie, że gram profesjonalnie w tenisa" - wspominał przed dwoma laty, kiedy osiągał najwyższą w karierze, 58 pozycję w deblowym rankingu ATP. W tym samym sezonie, biorąc udział w pierwszym w karierze Wimbledonie, spał w Londynie na dmuchanym materacu w mieszkaniu kolegi z czasów akademickich. W pierwszej rundzie, grając u boku rosłego Chrisa Guccione, wyeliminował parę Kubot/Knowles.

      Shamasdin jest częstym gościem challengerów rozgrywanych na terenie Polski. Grywał w Poznaniu, Szczecinie i Bytomiu, a najdalej udało mu się dojść do finału w Wielkopolsce w 2010 roku (grając oczywiście z Cerretanim). Kanadyjczyk nie straszy rywali warunkami fizycznymi (180 cm wzrostu i 70 kg wagi), lecz dobrą techniką. "Jestem sprawny i mam dobre ręce" - zaznacza. Jak na obecną pozycję na liście (#93), poprzeczkę stawia sobie bardzo wysoko. "Długoterminowe cele to wygranie turnieju wielkoszlemowego i wskoczenie do czołowej 10 rankingu. Jeżeli będę kontynuował dobrą robotę i wciąż poprawiał swoją grę, nie będą one tak odległe" - wylicza.

      Adil nie zdążył jeszcze zadebiutować w rozgrywkach Pucharu Davisa, jednak był rezerwowym w tegorocznych meczach z Włochami i Hiszpanią, które doprowadziły Kanadę do półfinału Grupy Światowej. W domu w Pickering ma jeden puchar za wygranie turnieju ATP - triumfował z Cerretanim w 2011 roku w Johannesburgu. Pamiętam to dobrze, bo ich półfinałowy mecz z duetem Beck/Sela był moim debiutem w roli komentatora na antenie Sportklubu...

      Jako największą zaletę bycia deblistą, Shamasdin wskazuje godziny rozgrywania meczów. Kanadyjczyk uwielbia spać w "hotelowych łóżkach, które w dzisiejszych czasach są bardzo wygodne". "Nie jestem osobą, która wstaje wcześnie, więc późne godziny rozgrywania meczów nie kolidują z moim trybem życia. Uwielbiam też doświadczać zwycięstw i porażek z drugą osobą, która ma takie same przeżycia" - mówi tenisista, który 23 maja skończy 31 lat, a na każdy turniej zabiera ze sobą ulubioną poduszkę.

      Dwa lata temu, w Houston, Shamasdin i Cerretani jedyny raz stanęli na korcie z braćmi Bryan. Przegrali 0:6 2:6, ale pomimo upływu czasu i niekorzystnego wyniku, Kanadyjczyk pamięta mecz bardzo dobrze. "W pierwszym secie ledwo co grałem, bo byłem zajęty obserwowaniem tego, co po drugiej stronie siatki robią bracia Bryan. Zajmował mnie widok Boba polującego na piłkę na sekundę przed tym, jak zagrałem ją wolejem i Mike'a, który podążał za nim tworząc jedność. Drugi set był zdecydowanie bardziej wyrównany niż pokazuje to wynik" - opowiada Shamasdin, który pomiędzy spotkaniami i treningami najchętniej słucha muzyki reggae. "Beres Hammond, Gregory Isaacs, Dennis Brown i  legendarny Bob Marley zawsze dobrze wpływają na mój nastrój" - zdradza. Wspólna pasja połączyła Shamasdina na pięć turniejowych tygodni z Dustinem Brownem - jamajsko-niemieckim bohaterem sprzed tygodnia. Żadna z imprez, pod względem tenisowym, nie była jednak dla panów udana.

      Przypominam, że od kilku tygodni możecie śledzić mój profil na Facebooku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 maja 2013 22:00
  • środa, 01 maja 2013
    • Egzotyczni tenisiści (cz. 9): Dustin Brown

      Dustin Brown

      Dustin Brown - najbardziej kolorowy, uśmiechnięty i wyluzowany tenisista światowej czołówki jest bohaterem mojej cotygodniowej rubryki. Część z Was widziała go w akcji na korcie, zdecydowana większość kojarzy nazwisko z drabinek przeróżnych turniejów. Droga tego zawodnika do czołowej setki rankingu była jednak równie wyjątkowa, jak jego osobowość.

      Dustin - syn Jamajczyka i Niemki - urodził się w Niemczech. Tenisowo ukształtowała go współpraca z amerykańskim trenerem Kimem Michaelem Wittenbergiem. W wieku jedenastu lat, w sierpniu 1996 roku, przeniósł się na Jamajkę. Przenosząc się z Europy do biednej Jamajki przeżył szok kulturowy, ale z pobytu w mieszkaniu ojca wyniósł bardzo wiele. "Rozwinęło to we mnie wiele cech, które potrzebne są na korcie, jak i poza nim" - przyznał w jednym z wywiadów.

      Dość biedna rodzina nie była w stanie zapewnić Brownowi warunków, w których spokojnie mógłby pracować nad rozwojem tenisowej kariery. Przeloty, podróże i hotele pochłaniały coraz więcej pieniędzy, a potężni sponsorzy zawodnikowi sklasyfikowanemu w szóstej setce listy ATP pomagać nie chcieli. Siedząc na plaży i popijając piwo, mama Inge wpadła na rewelacyjny pomysł, który najprawdopodobniej uratował karierę syna. Rodzice mieli kupić Dustinowi camper - samochód-mieszkanie, którym tenisista miałby podróżować po całej Europie w poszukiwaniu punktów i czeków na turniejach rangi Futures. "Być może sam Bóg podpowiedział mi wtedy, że van będzie rozwiązaniem problemów. Nie wiem. Ale jak się okazało: był" - wspomina pani Inge. Plan błyskawicznie został wcielony w życie i w latach 2004-07 Brown w samotności przewoził swój dom na kółkach z miejsca na miejsce. Dustin polubił pojazd, a jako największą zaletę wskazywał własne łóżko, w którym spał każdej nocy. Przebywający co tydzień w innym hotelu koledzy mogli o tym tylko pomarzyć. W długim na sześć metrów, szerokim na trzy metry i wysokim na trzy metry camperze do dyspozycji Browna były łącznie trzy łóżka, kuchnia i łazienka. Wolną przestrzeń "zagracił" maszyną do naciągania rakiet. Był samowystarczalny. "Nawet gdy przegrywałem w pierwszej rundzie, czek na 170$ pozwalał na zapełnienie zbiornika gazem i wyruszenia na kolejny turniej" - opowiada z uśmiechem Dustin. W drugiej kolejności, resztki pieniędzy przeznaczał na sprzęt i jedzenie, najczęściej makaron, którym objadał się przez większą część sezonu. "Nie jestem świetnym kucharzem" - wspomina swoje kulinarne popisy. Zamówione tablice rejestracyjne (CE DI 100) miały chronić go przed wszelkim nieszczęściem. CE oznaczało Celle - miasto, w którym urodził się Brown, DI to pierwsze litery imienia tenisisty i jego mamy, a 100 to ranking ATP, który chciał "złamać". Kupiony na kredyt camper udało spłacić się w 2010 roku. "Gdy patrzę na ten van, wydaje mi się, że wszystko jest możliwe" - mówi mama tenisisty.

      Przez wiele lat Dustin grał pod flagą Jamajki. Federacja nie wykazywała jego losem zainteresowania, kontaktowała się mailowo raz w roku, aby zapytać o gotowość do rozgrywek o Puchar Davisa. Czara goryczy przelała się, gdy przed trzema laty Dustin po raz pierwszy dostał się do drabinki wimbledońskiego turnieju głównego. "Gratulujemy otrzymania dzikiej karty do Wimbledonu" - wiadomość o takiej treści wysłała mu jamajska federacja. Brown, który do imprezy dostał się dzięki pozycji rankingowej, nazwał przejaw ignorancji "kopniakiem w twarz". Niedługo później, w październiku 2010 roku, rozegrał pierwszy turniej reprezentując Niemcy. Trzy miesiące później osiągnął najwyższą pozycję w rankingu ATP (#89). Teraz jest 186 rakietą świata.

      Z racji warunków fizycznych(196 cm), na korcie prezentuje ofensywny styl, lubi popisać się akcją serve&volley, a jako ulubione korty wskazuje trawiaste. Pomimo 28 lat, do finału singlowej imprezy ATP jeszcze nie dotarł. Największymi pojedynczymi sukcesami były dla niego wygrane ze Stanislasem Wawrinką i Samem Querrey'em. Nieźle radzi sobie także w grze podwójnej, która pozwoliła na zgromadzenie dwóch tytułów(w Metz i Casablance).

      Brown jest także ulubieńcem fotoreporterów. Na każdy mecz zakłada jaskrawe koszulki, sięgające za kolana bermudy, a w każdy z butów wplata sznurówki o odmiennym kolorze. Całości wizerunku zwracającego uwagę zawodnika dopełnia fryzura - długie dredy, które czasami beztrosko powiewają, a na treningach często kryją się pod gigantyczną, charakterystyczną czapką. Pomimo coraz bardziej stabilnej sytuacji finansowej (Brown zarobił na korcie niespełna 800 tysięcy dolarów), nie zamierza zmieniać swojego wizerunku, ani sprzedawać ukochanego campera, w którym spędził cztery sezony. Gdy tylko wraca do rodzinnej miejscowości, uruchamia go i rusza na zakupy lub przejażdżkę. "Mam w głowie tyle wspomnień i trudnych chwil, jakie spędziłem w camperze, że z pewnością zatrzymam go" - podkreśla Dustin. Dotychczasowe przygody jamajskiego Niemca doskonale oddaje motto, widniejące na jego stronie internetowej: "Człowiek, który ma ochotę na zrobienie czegoś, może dokonać wszystkiego".

      Dustin Brown

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Egzotyczni tenisiści (cz. 9): Dustin Brown”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      środa, 01 maja 2013 14:35
  • wtorek, 23 kwietnia 2013
    • Egzotyczni tenisiści (cz. 8): Duck Hee Lee

      dheelee

      Przed tygodniem 14-letni Duck Hee Lee został najmłodszym tenisistą sklasyfikowanym na rankingowej liście ATP. To nie jedyny fakt, jaki wyróżnia reprezentanta Korei Południowej spośród tysiąca dziewięciuset siedemdziesięciu tenisistów, przy których nazwisku widnieje choćby jeden rankingowy punkt. Lee, który wygrał kilkanaście turniejów w międzynarodowych rozgrywkach juniorskich, jest w elicie jedynym zawodnikiem niesłyszącym.

      Wielu z nas bez dźwięku piłki odbijającej się od kortu, czy ocierającej się o struny rakiet zawodników, nie jest w stanie oglądać nawet telewizyjnego przekazu z zawodów tenisowych. Sterylne warunki wokół kortu i milczenie widowni podczas wymian od wielu lat stanowią o odmiennej atmosferze od tej, jaką możemy zaobserwować choćby na trybunach boisk piłkarskich czy pod skoczniami narciarskimi. Dzięki zalecanej ciszy, rywalizujący zawodnicy mogą słyszeć każdy dźwięk, jaki wydadzą rakieta i piłka po uderzeniu przeciwnika. Pomaga to w odgadnięciu rotacji, siły uderzenia, czy kozła, jaki zrobi piłka po kontakcie z nawierzchnią. Duck Hee Lee, który nie słyszy od urodzenia, na podobne analizy nie może sobie pozwolić. "Nie przejmuję się moją dolegliwością" - instruował dziennikarzy Lee podczas tegorocznego juniorskiego turnieju Australian Open. W przekazie pomagał trener Kyung Hoon Park.

      W swoim pierwszym wielkoszlemowym występie w Melbourne Lee odpadł w drugiej rundzie, jednak ten sezon jest dla niego wyśmienity. Wygrał czternaście z siedemnastu spotkań juniorskich, a w jednym z japońskich Futuresów przeszedł kwalifikacje i wygrał jeden mecz w imprezie głównej. Pokonując starszego o osiemnaście lat reprezentanta gospodarzy, Lee zdobył pierwszy i jak dotąd jedyny punkt, który pozwala mu widnieć na 1572 pozycji rankingu ATP (przed tygodniem był o trzy lokaty wyżej). Z każdym tygodniem pnie się w górę także na listach juniorskich (zwyciężył w 63 z 80 rozegranych w karierze spotkań). W ubiegłym tygodniu bez straty seta wygrał turniej w Indiach, a kolejne punkty dały mu - również rekordową - trzydziestą ósmą lokatę. Ten sezon chciałby zakończyć w czołowej dziesiątce.

      "Najtrudniejsza jest dla mnie komunikacja z sędziami. Nie słyszę komend, także tych dotyczących piłek autowych, więc czasami...kontynuuję wymianę" - tłumaczy Lee. Problemy dotyczą także próśb arbitra o wstrzymanie się z rozpoczęciem kolejnej wymiany. W takich sytuacjach Koreańczyk potrzebuje od sędziego gestów, które jest w stanie dostrzec przed rozpoczęciem ruchu serwisowego. Głuchota ma na korcie także pewne zalety. "Jest mi łatwo o koncentrację, bo nic nie słyszę. Gra mi się więc wygodniej" - zauważa zawodnik. Wzorowo przebiega także współpraca zawodnika z trenerem. "Komunikacja między zawodnikami i trenerami w Korei jest z reguły prosta, ponieważ zawodnicy wiedzą, że powinni przestrzegać tego, co jest im przekazywane" - zaznacza trener Park. 

      Pomimo stawiania pierwszych poważniejszych kroków na arenie międzynarodowej, postać Koreańczyka znana jest doskonale Rafaelowi Nadalowi. "Zwycięska historia #DuckHeeLee uczy nas, że powinniśmy walczyć! Najmłodszy zawodnik w #ATP" - napisał na swoim Twitterze Nadal kilkanaście godzin po tym, jak 14-latek wygrał mecz z Masatoshim Miyazakim. Hiszpan poznał młodziana podczas towarzyskiej gierki w Korei przed sześcioma laty - rok po tym, jak Lee po raz pierwszy, na prośbę ojca, wziął do ręki rakietę. Najważniejszym dokumentem w telefonie Koreańczyka jest pamiątkowe zdjęcie z Nadalem i Rogerem Federerem, zrobione podczas tamtego wydarzenia. "Grałem wtedy z Rogerem, ale wczoraj minął mnie w holu i nie rozpoznał. Byłem bardzo zawiedziony. Bardzo chciałem zrobić sobie z nim zdjęcie. Może w przyszłości..." - żalił się dziennikarzom w Melbourne.

      Tenisista nie chce być jednak traktowany ulgowo. "Ani ja, ani mój trener, ani moi rodzice nie chcemy mówić sędziom o moim problemie. Chcę sobie z tym radzić sam" - tłumaczy.

      Chcesz poczytać o pozostałych siedmiu egzotycznych tenisistach? Ich sylwetki przedstawiłem tutaj.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Egzotyczni tenisiści (cz. 8): Duck Hee Lee”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 kwietnia 2013 23:52
  • wtorek, 16 kwietnia 2013
    • Egzotyczni tenisiści (cz. 7): Benjamin Balleret

      Benjamin Balleret

      Egzotyczni tenisiści wracają na blog po dwutygodniowej nieobecności. Ze szczęśliwym numerem siedem przedstawiam reprezentanta państwa, którego korty nie są w ostatnich dniach dla polskich tenisistów zbyt gościnne. Przed Wami reprezentant Księstwa Monako Benjamin Balleret.

      Okazja do przybliżenia sylwetki 30-letniego tenisisty z Monte Carlo jest idealna. Na liczącym 21 kortów obiekcie Monte Carlo Country Club, na którym wychował się Balleret, trwa bowiem impreza rangi ATP Masters 1000. Pomimo tak sprzyjających warunków, sklasyfikowanemu na 589 miejscu w rankingu ATP reprezentantowi Monako nie udało się dziś wygrać meczu z Niemcem Florianem Mayerem.

      Aby rozpocząć opowieść o zawodniku, należy pozostać na tym samym obiekcie, lecz cofnąć się o siedem lat wstecz. W 2006 roku Benjamin - syn trenerki tenisa Nadine i byłego tenisisty Bernarda - dostał od organizatorów dziką kartę do eliminacji imprezy ATP. W kwalifikacyjnych pojedynkach okazał się lepszy od Alberta Portasa i Jonasa Bjorkmana i jego nazwisko po raz pierwszy wpisane zostało do drabinki turnieju głównego tak wysokiej rangi. W pokonanym polu pozostawił także zawodników tego kalibru co Christophe Rochus (ówczesny numer 44) i Sebastien Grosjean (#23), a z imprezy marzeń wyrzucił go dopiero w trzeciej rundzie późniejszy finalista Roger Federer. "Grał bardzo dobrze przez półtora seta, do momentu, od którego oddał kilka gemów" - chwalił rywala Szwajcar, który wygrał 6:3 6:2.

      O 23-letnim wówczas Ballerecie zrobiło się głośno, a punkty zdobyte w Monte Carlo pozwoliły mu na awans o 134 miejsca i zagranie w eliminacjach pierwszego wielkoszlemowego turnieju - French Open. Kilkanaście dni później zawodnik osiągnął najwyższą w karierze pozycję w rankingu ATP (#204). Pomimo licznych prób, do turnieju Wielkiego Szlema nigdy Benjaminowi awansować się nie udało. Najbliżej, bo o krok od awansu, był w drugim podejściu w Paryżu. Pokonał de Voesta i Dołgopołowa, ale w decydującym meczu przegrał z Włochem Flavio Cipollą 6:4 1:6 5:7.

      Nie oznacza to, że reprezentant Monako nie wpisał się na karty historii tenisa. W styczniu tego roku, w trzeciej rundzie eliminacji do turnieju Futures w USA(pula 10 tysięcy dolarów) spotkał się z 37-letnim rodakiem Guillaume Couillardem. Okazało się, że w podrzędnej imprezie panowie rozegrali najdłuższy tie-break w historii męskiego tenisa. "Pamiętam, że to ja miałem więcej piłek setowych. Obaj byliśmy zdenerwowani i z pewnością gra nie była najlepsza. W decydującym momencie zagrałem wyrzucający serwis, a Guillaume odegrał zbyt krótką piłkę, co umożliwiło mi skończenie seta forhendem" - wspomina zadowolony Balleret. Rekordowy tie-break składał się z 70 punktów. 36 z nich wygrał Balleret, a gdy tenisiści zmieniali strony mając na koncie ponad 20, czy 30 punktów - śmiali się. Drugi set był już bardzo krótki, starszy z zawodników zdołał urwać tylko jednego gema. "Był wykończony psychicznie" - opisuje Balleret.

      Podobnie jak wielu jego kolegów po fachu, Benjamin uwielbia piłkę nożną. Kibicuje drużynie AS Monaco i przy każdej nadarzającej się okazji zasiada na trybunach.

      Ciekawą postacią jest też trener Benjamina - 38-letni Francuz Didier Lanne, który w przeszłości współpracował z takimi tenisistami jak Arnaud Di Pasquale, Alexandre Sidorenko, Jonathan Eysseric i Augustin Gensse. Na jego stronie internetowej dowiadujemy się, że na prywatną lekcję tenisa może przylecieć w każde miejsce na terenie USA. Jak twierdzi, może nas także szkolić w zakresie gry w golfa, bo w przeszłości pracował z kilkoma zawodowcami. Człowiek-instytucja!

      Najciekawsza wypowiedź Ballereta: "Jestem bardzo, bardzo dumny, że wygrałem ten mecz. Cieszę się także, że rywal skreczował, bo nie było mi łatwo nawet gdy grał z kontuzją."

      Ewentualne sugestie dotyczące egzotycznych zawodników, o których chcielibyście przeczytać, wpisujcie w komentarzach lub na Facebooku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Egzotyczni tenisiści (cz. 7): Benjamin Balleret”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 kwietnia 2013 20:18

Kalendarz

Kwiecień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Kategorie

Zakładki

Kanał informacyjny

E-mail: tenisowyblogvamos@gmail.com




Opcje Bloxa