Vamos

Blog o tym co na kortach i wokół nich. Autorem jest Marek Furjan, dziennikarz i komentator

Wpisy

  • czwartek, 04 czerwca 2015
    • What's wrong with you, Serena?!

      serenarecznik

      Fani tenisa w kobiecym wydaniu widzieli w ostatnich latach wiele przedziwnych spotkań. Zwroty akcji, dynamicznie zmieniająca się sytuacja i wahania formy - te określenia bardzo często pomagają nam w opisywaniu meczów z udziałem pań. Półfinał French Open 2015 z udziałem Sereny Williams i Timei Bacsinszky wyskoczył poza wszelkie znane mi ramy. Od zakończenia pojedynku minęło już kilka godzin, a ja wciąż mam ogromny problem z uporządkowaniem krążących w mojej głowie myśli.

      Tenisem interesuję się od kilkunastu lat. Pamiętam mecze wybitne (z pewnością należy do nich dodać niedawną wojnę Schiavione z Kuzniecową), zaskakujące (Słowaczka Kurhajcova w 2004 roku na kortach Rolanda Garrosa prowadziła z Lisą Raymond 6:0 5:0, ale spotkanie przegrała) i smutne (np. finał Australian Open 2014 z udziałem kontuzjowanego Nadala i natchnionego Wawrinki). Dzisiejszy półfinał pań miał w sobie namiastkę każdego z tych bojów. W mojej głowie zapisze się jako widowisko słodko-gorzkie.

      Podczas meczu Safarovej z Ivanović i ostatnich przygotowań przed "naszą" transmisją, otrzymaliśmy wraz z Karolem Stopą informację, że w przypadku niedyspozycji Sereny Williams szybciej rozpocznie się w Paryżu mecz gry mieszanej z udziałem Marcina Matkowskiego. Dotarcie do szczegółowych informacji potwierdzających zagrożenie rozegrania drugiego półfinału zajęło nam dosłownie kilkadziesiąt sekund. "Spotkałam Serenę w szatni. Wyglądała na osłabioną i ospałą" - relacjonowała Jana Novotna. Dodatkiem do podobnych wiadomości było zdjęcie, na którym widać było Amerykankę zanoszącą się kaszlem podczas porannych zajęć.

      Pomimo ostrzeżeń i wątpliwości, Serena na kort wyszła. I rzeczywiście: była ospała, ślamazarna i działała na wyraźnie zwolnionych obrotach. Bardzo przykry był obraz pierwszego seta, w którym 19-krotna mistrzyni turniejów wielkoszlemowych słaniała się po korcie i szukała punktów rozpaczliwymi pchnięciami (bo trudno nazwać te zagrania "uderzeniami"). Cztery wygrane gemy były efektem dobrego serwisu, który ratował honor wielkiej mistrzyni. Powiem szczerze: po pierwszej partii nie widziałem dla Williams ratunku. Zastanawiałem się tylko, czy cierpiąca tenisistka dotrwa do końca, czy przy jej nazwisku grafik wyświetli powszechnie znany skrót ret. (retirement - krecz). Początek drugiego seta, ze szczególnym uwzględnieniem piątego gema, wprawił mnie w osłupienie. Zawodniczka, która do tego momentu walczyła o utrzymanie równowagi, zaczęła coraz odważniej biegać, mocniej odbijać i kontrolować swoje zagrania. Tak jakby ktoś dał jej tego dnia drugie życie. Od stanu 4:6 2:3* Williams wygrała wszystkie dziesięć gemów. I to w jakim stylu! Podkreślę raz jeszcze: nie byłoby w tym nic dziwnego (Serena wygrała trzydziesty trzeci wielkoszlemowy mecz po przegraniu pierwszego seta i wciąż śrubuje rekord wśród aktywnych zawodniczek), gdyby nie fatalne samopoczucie zawodniczki, która do rywalizacji przystąpiła wyłącznie dzięki wybitnej i nieosiągalnej dla innych woli walki.

      Serena z początku spotkania przypominała zawodniczkę, która przy akompaniamencie umiarkowanie przychylnych komentarzy poddawała podczas ubiegłorocznego Wimbledonu mecz deblowy. Serena z ostatnich dziesięciu gemów nawiązywała już do zdecydowanie bardziej udanych występów. A gdy po jednym z błyskotliwych i kończących wymianę zagrań tenisistka zastygła w dostojnym szpagacie, ja w kabinie komentatorskiej zupełnie zgłupiałem.

      Żeby było jeszcze ciekawiej, cudowne uzdrowienie nie trwało długo. Amerykanka nie spełniła swojego obowiązku i nie przyszła na konferencję prasową. Przez ponad godzinę siedziała w gabinecie turniejowego lekarza, a następnie wydała lakoniczne oświadczenie.

      serenaosw

      Amerykańscy dziennikarze piszą o przeziębieniu i gorączce. Każdy z nas czasami się z nimi zmaga, lecz nigdy nie widziałem w lustrzanym odbiciu sylwetki człowieka walczącego o utrzymanie pionowej pozycji. Nie udało mi się także zwalczyć choróbska po kilkudziesięciu minutach.

      Dolegliwości Sereny są niepokojące. Tym bardziej, że pomimo bycia uważnymi obserwatorami, jesteśmy odcięci od jakichkolwiek informacji. Ja stawiam na bardziej skomplikowaną i przewlekłą chorobę, ale moja wiedza medyczna jest zbyt mizerna, aby na ten temat dyskutować. Najchętniej wrzasnąłbym w stylu tenisowego awanturnika Borisa Pashanskiego: "What's wrong with you?!". Oczywiście do Sereny Williams, a nie Gabrieli Załogi, która w 2008 roku sędziowała mecz Serba w Poznaniu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „What's wrong with you, Serena?!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 czerwca 2015 23:29
  • sobota, 04 kwietnia 2015
    • Wywiad z tenisistą (6): Mirza Basić

      Mirza Basić

      Marek Furjan: Jak podoba Ci się krasnal tenisista - nagroda, którą otrzymałeś za udział w finale Wrocław Open?

      Mirza Basić: - Bardzo przypadł mi do gustu. Na początku nie wiedziałem co oznacza, ale po chwili wszystko mi wytłumaczono. Bardzo miło jest otrzymać nagrodę różniącą się od innych.

      Zacząłeś grać w tenisa, aby nie spędzać czasu na ulicy w nękanej wojną Bośni. Co pamiętasz z tamtego okresu?

      - Gdy zaczynałem grać, nawet nie marzyłem o karierze profesjonalnego tenisisty. Chciałem się tylko czymś zająć. Rozpocząłem treningi w wieku pięciu lat. To był rok 1996, świeżo po wojnie domowej, więc warunki do gry nie były łatwe.

      Trenowałeś w tenisowej akademii Nerfida Dżumhura-Neno, ojca Damira?

      - Trenowaliśmy z Damirem razem gdy byliśmy młodzi. Pochodzimy z tego samego miasta, w którym są dwa-trzy dobre kluby tenisowe. Często spotykaliśmy się na kortach.

      Amer Delić, kapitan Waszej reprezentacji w Pucharze Davisa, opuścił Bośnię i Hercegowinę w wieku 14 lat. Od tamtego czasu mieszka na Florydzie. Nie zastanawiałeś się nad podobną zmianą, która mogłaby ułatwić Ci tenisowe życie?

      -  Oczywiście, że nad tym myślałem. Doszedłem jednak do wniosku, że nic nie zastąpi mi rodzinnego domu i gry dla mojego kraju.

      Jakim kapitanem i człowiekiem jest Amer Delić?

      - Poznałem go jakieś trzy lata temu. Spotkaliśmy się na jakimś turnieju i zaczęliśmy rozmawiać. Od ubiegłego roku piastuje funkcję kapitana reprezentacji. Jesteśmy w dobrych relacjach. Amer jest bardzo miłym facetem i myślę, że pod jego wodzą możemy awansować do Grupy I. Mam nadzieję, że już w tym roku.

      Na konferencji prasowej opowiadałeś o treningach z Rogerem Federerem. 

      - To była dla mnie świetna sprawa, bo byłem wtedy jeszcze juniorem. Trenowaliśmy przez tydzień w Szwajcarii. Zostałem zaproszony przez kogoś z jego sztabu, nie pamiętam dokładnie kto to był.

      Czy treningi z Federerem różniły się od tego, co wykonują pozostali zawodnicy?

      - Każdy trenuje podobnie. Nie możesz przecież robić niczego innego poza grą po krosie, trenowaniem uderzeń wzdłuż linii, czy akcji wolejowych. Chodzi o to, że on robi to lepiej od całej reszty.

      Twoim trenerem jest Daniel Meyers. To były zawodnik? Nie mogłem znaleźć wielu informacji na jego temat...

      - Nigdy nie grał profesjonalnie, ale w młodzieńczych latach spędzał na korcie dość dużo czasu. Pracujemy razem od ponad roku i jestem bardzo zadowolony. Osiągam coraz lepsze wyniki, chociaż Daniel nie zawsze może ze mną podróżować. Obaj należymy do akademii Hope and Spirit, więc musi się opiekować także innymi tenisistami.

      Podobno każdy zawodnik, który należy do Hope and Spirit, musi spędzić w ich belgijskiej siedzibie sześć tygodni w roku.

      - Tak. Trenuje tam wielu zawodników (Stephane Robert, Ilija Bozoljac, Niels Desein, Ruben Bemelmans, Filip Veger - przyp. mf) i spędzamy ze sobą co najmniej sześć tygodni w roku. Oni udostępniają nam ośrodek i trenerów, a my gramy z naszywkami Hope and Spirit na koszulkach. Na tym polega nasza umowa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z tenisistą (6): Mirza Basić”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      sobota, 04 kwietnia 2015 03:17
  • czwartek, 12 marca 2015
    • Wywiad z tenisistą (5): Philipp Petzschner

      Philipp Petzschner

      Marek Furjan: W ostatnich tygodniach grasz z tzw. "chronionym rankingiem". Czy wywiera to na Tobie dodatkową presję?

      Philipp Petzschner: - Mogę go użyć tylko w kilku turniejach, więc zawsze mam nadzieję na osiągnięcie dobrego wyniku. Jest to trudnym zadaniem, szczególnie podczas challengerów rozgrywanych w hali. W tym tygodniu odpadłem już w pierwszej rundzie po meczu z Dustovem, a on dotarł aż do finału. Zawsze występujesz pod presją, ale grając z chronionym rankingiem jest jej jeszcze odrobinę więcej. Niemniej zawsze chcesz wygrać.

      Twój tata prowadził szkołę tenisową. Możesz powiedzieć o niej coś więcej?

      - Ojciec był moim pierwszym trenerem. Pracowałem z nim do szesnastego roku życia. Wszystko, czego nauczyłem się od podstaw zawdzięczam właśnie jemu. Wykonał kawał dobrej roboty. Czasami trenował tam z nami Florian Mayer i dwóch zawodników, którzy dotarli do okolic trzechsetnego miejsca na świecie. Zawsze znajdowało się tam kilku dobrych tenisistów. Tata był dobrym trenerem. Pomimo tego, że jest już na emeryturze, zawsze staram się słuchać jego rad.

      Od trzech lat nie otrzymałeś powołania na rozgrywki o Puchar Davisa. W ostatnich miesiącach macie problem z wystawieniem do rozgrywek najsilniejszego składu. W czym tkwi problem?

      - To bardzo złożona sprawa. Myślę, że chodzi o coś, co pojawiło się na linii zawodnik-kapitan. W zasadzie mówię o byłym kapitanie, bo Carsten Arriens nie pełni już tej funkcji. Wiem kto znajdzie się w składzie na mecz z Francją i mam nadzieję na osiągnięcie korzystnego rezultatu [Niemcy przegrali z Francją 2:3 - przyp. mf].

      Wygrałeś oba wielkoszlemowe finały, w których brałeś udział. Czy możesz te dwa mecze porównać?

      - Pierwszy finał oznaczał osiągnięcie kolejnego poziomu. Graliśmy dobrze przez cały turniej - Jurgen Melzer przegrał w czwartej rundzie singla 1:3 z Federerem, a ja w trzeciej po pięciosetowym boju z Nadalem. W grze podwójnej nie przegraliśmy gema serwisowego od drugiej rundy do półfinału! Jeśli chodzi o finał z Lindstedtem i Tecau, to byliśmy przed nim bardzo zdenerwowani. Przełamaliśmy ich podanie już w pierwszym gemie i to nam bardzo pomogło. Szczerze mówiąc, nie można porównać tych dwóch meczów. Jeden rozegrany podczas Wimbledonu, drugi podczas US Open. Każdy z nich pobudza zmysły i jest jedyny w swoim rodzaju. Wimbledoński finał rozgrywaliśmy wcześniej, więc na trybunach było więcej osób. W Nowym Jorku na finałowy mecz przyszło około 2-3 tysięcy ludzi i 19 tysięcy krzesełek zostało pustych. Przed każdym z tych finałów byliśmy zdenerwowani, ale zagraliśmy dwa bardzo, bardzo dobre mecze. Mamy z Jurgenem bilans 7-1 w pojedynkach finałowych, co oznacza, że w spotkaniach o tytuł gramy swój najlepszy tenis. To musi nas cieszyć.

      Przystępowaliście do finału US Open będąc już w posiadaniu wielkoszlemowego tytułu. Czy dzięki temu doświadczeniu mecz z Fyrstenbergiem i Matkowskim był łatwiejszy?

      - Finały turniejów wielkoszlemowych nigdy nie są łatwymi meczami. Zawsze jesteś poddenerwowany, trzęsiesz się i dziesięć razy chodzisz do toalety przed meczem. Niby jesteś gotowy do wyjścia na kort, ale z drugiej strony obawiasz się słabego występu. To jest najtrudniejsze. Czołowych zawodników podziwiam za to, że traktują finał jak zwykły mecz. Ja po takich występach nie przesypiam trzech kolejnych nocy, bo wciąż jestem podekscytowany.

      Która formuła rozgrywania wielkoszlemowego finału bardziej Ci odpowiada: best-of-three czy best-of-five?

      - Wolę grać do trzech wygranych setów, czyli best-of-five. Dlaczego? Bo o to chodzi w tenisie! Spotkania rozgrywane w tej formule zawsze są ważne, a dłuższy dystans zwiększa szanse lepszej drużyny. Takie zasady są moim zdaniem najbardziej sprawiedliwe. W meczach, które kończą super tie-breaki nie zawsze zwycięża lepszy duet. W finale rozgrywanym do trzech wygranych setów wygrywa para, która na przestrzeni 2-3 godzin gra lepiej.

      Kto jest obecnie Twoim trenerem? Na oficjalnej stronie ATP można znaleźć nazwisko Szweda Stefana Erikssona.

      - Pracowałem z nim do czasu odniesienia ostatniej kontuzji. Teraz współpracuję z kim innym, ale nie umieściłem jego nazwiska na profilu ATP.

      Możemy ujawnić nazwisko?

      - Oczywiście. Trenuję w Schuttler Waske Tennis-University, więc opiekują się mną Rainer Schuttler i Alexander Waske. Obaj bardzo pomogli mi po wyleczeniu kontuzji, ale czeka nas jeszcze wiele pracy.

      W pierwszej rundzie wrocławskiego turnieju Twoim rywalem był Farrukh Dustov. Jego marzeniem jest zostanie prezydentem swojego kraju. Twoje marzenia związane są wyłącznie z tenisem?

      - W dniu, w którym przestanę grać w tenisa, będę chciał w pełni poświęcić się rodzinie. Chcę być dobrym ojcem, opiekować się moimi dziećmi i spędzać więcej czasu w domu. Tego brakuje mi najbardziej.

      Na koniec naszej rozmowy proponuję małą zabawę. W 2008 roku wygrałeś w Wiedniu jedyny singlowy tytuł ATP. Pamiętasz swoją drogę do finału? Tylko nie zaglądaj w moje notatki.

      - Tak, pamiętam. Rozpoczynałem od eliminacji. Runda pierwsza: Philipp Oswald 7:6 6:4. Następnie Kristian Pless 3:6 6:0 6:0. Turniej główny rozpocząłem od wygrania z Wawrinką. Nie pamiętam dokładnego wyniku, ale trzeci set zakończył się wynikiem 7:5 lub 7:6. Kolejnym rywalem był Jan Hernych i wydaje mi się, że wygrałem 6:2 6:2. Następnie Carlos Moya i 6:3 6:4, 6:4 3:6 6:3 z Feliciano Lopezem w półfinale i 6:3 6:4 w finale z Gaelem Monfilsem.

      Jesteś jak Rafael Nadal. On także pamięta większość swoich wyników.

      - Pamiętam wiele spotkań, ale w tym przypadku mówimy o drodze po mój jedyny tytuł. Jemu jest o wiele trudniej (śmiech).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z tenisistą (5): Philipp Petzschner”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 marca 2015 01:02
  • poniedziałek, 02 marca 2015
    • Łukasz Kubot Laureatem Trofeum Fair Play

      PKOL

      "Honorujemy dziś tych, dla których samo zwycięstwo nie jest najważniejsze, którzy swoją działalnością potwierdzają najważniejsze wartości. Na liście laureatów są powszechnie znane nazwiska, które często widzimy w gazetach, a o niektórych dowiemy się dopiero dziś, bo pracują skromnie. Pokazują nam oni, że sport to nie tylko emocje, ale i refleksja" - mówił w poniedziałek prezes PKOl Andrzej Kraśnicki. W Centrum Olimpijskim im. Jana Pawła II w Warszawie odbyło się spotkanie z okazji 48. Konkursu Fair Play PKOl 2014. Laureatem Trofeum Fair Play został Łukasz Kubot.

      O konkursie dowiedziałem się pod koniec ubiegłego roku. Asia Sakowicz-Kostecka przypomniała sobie o moim tekście popełnionym w Melbourne (czytaj na Sport.pl lub na blogu) i przybliżyła mi ideę konkursu organizowanego przez PKOl od 1963 roku. Początkowo wyróżniani najbardziej prestiżowymi nagrodami byli Dżentelmeni Sportu (1963-1978), Dżentelmeni (1979-1983), Laureaci Nagrody Fair Play (1984-1993), Laureaci Głównej Nagrody Fair Play (1994-1999) oraz Laureaci Głównego Trofeum Fair Play (2000-2008). Od 2009 roku nagradza się Laureatów Trofeum Fair Play, a nieprzerwanie od 1977 roku nominuje się również zdobywców dyplomów, wyróżnień i listów gratulacyjnych fair play PKOl. Gest, który w Melbourne zaprezentował Łukasz Kubot, bezsprzecznie kwalifikował się do zgłoszenia jego kandydatury do najbardziej zaszczytnej nagrody. Wypełniłem formularz zgłoszeniowy i czekałem na decyzję komisji.

      Zgłoszenie i opis zdarzenia wyglądało mniej więcej tak:
      "22 stycznia 2014 roku Łukasz Kubot i Szwed Robert Lindstedt mierzyli się w Melbourne z białorusko­rosyjskim duetem Maks Mirnyj/Michaił Jużny. Mecz rozgrywany był w ramach ćwierćfinału gry podwójnej Australian Open, jednego z turniejów Wielkiego Szlema obejmującego cztery najbardziej prestiżowe turnieje w kalendarzu tenisowym. Przy stanie 3:1 i równowadze w decydującym secie doszło do niecodziennej sytuacji. Odbita przez stojącego blisko siatki Kubota piłka najpierw spadła na stronę rywali, a następnie wróciła na stronę kortu, po której stali Polak i Szwed. Będący blisko piłki Mirnyj nie zdołał jej dotknąć, więc w myśl przepisów arbiter przyznał punkt parze Kubot/Lindstedt. Nikt nie protestował, na trybunach słychać było brawa, ale chwilę później kibice i telewidzowie zachwycali się wspaniałą reakcją Łukasza. Polak pokazał sędziemu dwa palce sugerując, że wykonał podwójne odbicie. Dodał jeszcze, że odbił piłkę nieprzepisowo i poprosił o przyznanie punktu przeciwnikom. "Przyznałem się, że piłka odbiła się od m jego biodra, a następnie uderzyłem ją rakietą. To była ważna piłka, bo gdybyśmy wygrali kolejny punkt, mielibyśmy podwójne przełamanie. Na tym poziomie trzeba grać fair i uważam, że to szczęście w dalszej części meczu do nas wróciło. Paru zawodników w szatni powiedziało mi, że zachowałem się fair, ale gdybym zrobił inaczej, nie czułbym się dobrze" – powiedział po meczu Kubot."

      Komisja, która składała się ze specjalistów od różnych dyscyplin sportu, doceniła gest Polaka i uhonorowała go najbardziej prestiżowym Trofeum Fair Play. Podczas poniedziałkowej gali poinformowano, że mistrz Australian Open 2014 został również wyróżniony przez Międzynarodowy Komitet Fair Play (CIFP). Trofeum Pierre'a de Coubertina w kategorii "Czyn - podstawa fair play" trafi w ręce Łukasza jeszcze w tym roku.

      Łukasz Kubot

      Jeden z Dyplomów Fair Play za "Czyn czystej gry" otrzymała młoda tenisistka Marta Bogucka. W drugiej rundzie turnieju OTK Kadetek w Łodzi jej rywalką miała być Julia Oczachowska - jedynka z rozstawienia. Z powodu opadów deszczu mecz przeniesiono na godzinę dziewiątą kolejnego dnia. Oczachowska na korcie się nie zjawiła, lecz Bogucka odmówiła przyjęcia walkowera. Mecz rozpoczął się z 45-minutowym opóźnieniem, a do ćwierćfinału awansowała rywalka Marty Boguckiej.

      Uczestnicząc w uroczystości wręczenia nagród Laureatom 48. Konkursu Fair Play PKOl byłem pełen podziwu dla wszystkich wyróżnionych. Przypomniały mi się słowa Jana Mertla, czeskiego tenisisty, który nigdy nie przebił się przez eliminacje turnieju ATP, a dzięki regularnemu ciułaniu punktów dotarł do 163. miejsca rankingu ATP. We Wrocławiu, podczas rozmowy z moim serdecznym kolegą Tomkiem Lorkiem, Czech powiedział: "Nie trzeba być Federerem, żeby być szczęśliwym".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Łukasz Kubot Laureatem Trofeum Fair Play”
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 marca 2015 21:26
  • czwartek, 26 lutego 2015
    • Wywiad z tenisistą (4): Frank Dancevic

      Frank Dancevic

      Marek Furjan: Powiedz mi trochę o swoim pochodzeniu. Twoje nazwisko nie jest kanadyjskie.

      Frank Dancevic: - Mój tata urodził się w Serbii. Ma na imię Ivica, ale w Kanadzie posługuje się imieniem John. Mama jest Kanadyjką pochodzenia francuskiego. Ja urodziłem się w Kanadzie.

      Odwiedziłeś kiedyś Serbię?

      - Oczywiście. Moja żona jest Serbką i mieszkałem tam z nią przez trzy lata. Niedawno, a dokładnie w grudniu, przeprowadziliśmy się do Kanady. Przez wiele lat moja baza treningowa była w Kanadzie, ale wiele czasu spędzałem w Europie, bo rozgrywałem tu wiele turniejów. Lubię Europę ze względu na dostępność imprez tenisowych. Często podróżuję samochodem, a podczas jednej z wypraw na challengery do Francji pokonałem aż osiem tysięcy kilometrów. Wyruszyliśmy wtedy z Serbii i do niej wróciliśmy, a wszystko trwało dwa miesiące.

      Podczas takich wypraw to Ty jesteś kierowcą?

      - Tak, ale czasami zmieniam się z żoną. Podstawowym środkiem transportu dla tenisistów jest samolot. Ja latałem regularnie od czasu gdy skończyłem trzynaście lat. Jest to dla mnie strasznie męczące i z tego powodu cieszę się z możliwości podróżowania samochodem. Do Wrocławia także przyjechaliśmy autem z Serbii, zaliczając po drodze turnieje w Zagrzebiu i Bergamo. Żona towarzyszy mi w podróżach gdy tylko znajdzie na to czas.

      Kanada ma teraz bardzo mocną reprezentację w Pucharze Davisa. Jakie to uczucie być częścią takiego zespołu?

      - Od kilku lat przeżywamy dobry okres. Mamy zespół, który w 2013 roku dotarł do półfinału rozgrywek. Myślę, że ten sezon również może być dla nas udany, bo cały czas mamy świetny zespół i chemię w drużynie. Wciąż jest to dla nas trochę dziwne uczucie, bo w przeszłości nie osiągaliśmy w Pucharze Davisa dobrych wyników i nie mieliśmy tak znakomitych zawodników. Świetnie jest być częścią takiego zespołu.

      Czy dobre wyniki przekładają się na popularność tenisa w Kanadzie? Dziennikarze znajdują w gazetach miejsce dla tego sportu?

      - Bez wątpienia. Popularność tenisa rośnie, choć trudno będzie kiedykolwiek dorównać choćby hokejowym rozgrywkom NHL. Gdy jesteśmy gospodarzami rozgrywek o Puchar Davisa, wypełniamy pięciotysięczne obiekty. Federacja inwestuje dużo energii i pieniędzy w rozwój dyscypliny. Zatrudniani są światowej sławy trenerzy, którzy pracują z młodzieżą na nowoczesnych obiektach. W przyszłości może to przynieść wyłącznie dobre rezultaty.

      Duszą reprezentacji jest od wielu lat Daniel Nestor. Myślisz, że w przyszłości może sprawdzić się jako kapitan zespołu?

      - Z całą pewnością! Jest bardzo mądrą osobą i wielkim mistrzem. Gra w Tourze od wielu lat i zawsze możemy liczyć na jego rady i pomoc. Wie jak rozluźnić zespół przed ważnym meczem. To bardzo ważna osoba w zespole.

      Lubisz styl serve&volley, który wielu uznaje za prehistoryczny. Uważasz, że w tenisie na najwyższym poziomie wciąż jest miejsce dla tak grających ludzi? A może przedstawiciele takiego stylu mogą być groźni w pojedynczych turniejach, ale trudniej im o regularne osiąganie dobrych wyników?

      - Kiedyś prezentowałem takie akcje częściej, ale wciąż twierdzę, że chodzenie do siatki po każdym podaniu to bardzo trudne zadanie. Niełatwo jest grać tak jak Rafter czy Edberg, bo gra przez ostatnie lata bardzo się zmieniła. Obecnie sprowadza się to do robienia widowiska. Korty są wolniejsze, piłki cięższe, a zawodnicy sprawniejsi i silniejsi. Na tak szybkiej nawierzchni jak ta we Wrocławiu, gra serve&volley jest dużo łatwiejsza do zastosowania. Na wolniejszych kortach bardzo trudno jest być skutecznym.

      Gdy myślę o zawodnikach, którzy źle wypowiadali się na temat Wimbledonu, przypominam sobie tylko dwa nazwiska: Frank Dancevic i Benoit Paire. Dlaczego ten turniej nie jest dla Ciebie magiczny?

      - Musimy rozróżnić dwa obiekty. Wimbledon jest fantastyczny i szczerze go kocham. Jeżeli grasz w turnieju głównym, masz do czynienia z niesamowitym turniejem i niesamowitą organizacją. Moje zastrzeżenia dotyczyły eliminacji, które rozgrywane są w Roehampton. Jestem przekonany, że masz na myśli wpis, który zamieściłem na blogu. Wymagam, aby wszyscy zawodnicy byli traktowani tak samo. Jeżeli gram trzysetowy mecz, chcę mieć dostęp do tych samych rzeczy co mój kolejny rywal. Wtedy czułem się pokrzywdzony, bo skończyłem swój mecz o późnej porze, a w zasadzie wykopali mnie z kortów, wszystko zamknęli i kazali złapać taksówkę. Dzisiejszy tenis jest tak wymagający fizycznie, że musisz poświęcić odpowiedni czas na szybką regenerację. Jeżeli się dobrze nie przygotujesz, nie rozciągniesz i nie zregenerujesz, nie masz szans na zwycięstwo. Ja szansy na regenerację zostałem pozbawiony, ale szczęśliwie dostałem się do turnieju głównego jako Lucky Loser. Nie o to jednak chodziło. Traktujcie wszystkich tak samo - to była moja prośba.

      Jesteś jedynym zawodnikiem w historii, który w ciągu jednego sezonu przeszedł z powodzeniem eliminacje do wszystkich czterech turniejów wielkoszlemowych. Jak trudno było tego dokonać?

      - Każdy zawodnik leci na turniej wielkoszlemowy, aby dać z siebie 110% możliwości. Masz świadomość, że nawet gdy rywal jest sklasyfikowany dużo niżej od ciebie, będzie grał niesamowicie. Grając w imprezach challengerowych, gdzie na trybunach siedzi niewiele osób, niekiedy trudno jest się zmotywować. Czasami przegrywasz, a nie możesz się pozbierać i dać z siebie wszystkiego. Wielkoszlemowe występy są zupełnie inne. Moim zdaniem dzięki temu poziom eliminacji jest bardzo wysoki i niesłychanie trudno o wygranie pojedynczego spotkania. Stawka jest ogromna szczególnie w decydującej rundzie - punktów i pieniędzy za odpadnięcie w tej fazie nie można porównać do tego, co możesz zdobyć wskakując do głównej drabinki. Eliminacje są kompletnie osobnym turniejem, w który musisz włożyć mnóstwo energii.

      Podobnie jak Berdych, Karlović i Estrella Burgos masz młodszego od siebie trenera. Jest nim Dejan Cvetković. Możesz powiedzieć coś o Waszej współpracy?

      - Dorastaliśmy razem. Znamy się od dwunastego roku życia i spędziliśmy trochę czasu na Florydzie. Dejan dobrze zna mój tenisowy warsztat i stara się podróżować ze mną na turnieje. W najbliższych tygodniach będzie przy mnie w Miami i Indian Wells.

      Jesteś fanem wędkarstwa. Pochwalisz się jakimiś rekordami?

      - Mieszkam w Kanadzie, więc mam znakomite warunki do połowu. W tym roku niestety nie znalazłem jeszcze czasu na moje największe hobby, ale generalnie nie unikam żadnej techniki wędkarskiej. Spławik, trolling, łowienie podlodowe - próbuję wszystkiego. Mam specjalistyczny sprzęt - nawet do wiercenia przerębli. Udało mi się złowić kilka rekinów, ale niezbyt dużych - ważyły około 30-40 kilogramów. Jeden ze szczupaków ważył około dwunastu kilogramów. Nic specjalnego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z tenisistą (4): Frank Dancevic”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 lutego 2015 02:46

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Zakładki

Kanał informacyjny

E-mail: tenisowyblogvamos@gmail.com




Opcje Bloxa