Vamos

Blog o tym co na kortach i wokół nich. Autorem jest Marek Furjan, dziennikarz i komentator

Wpisy

  • czwartek, 02 lipca 2015
    • Dzień pod znakiem debla

      djokjark

      Mój identyfikator otwiera mi bram do największych aren Wimbledonu. Dziś był jednak dzień wyjątkowy i w prezencie otrzymałem bilet na kort centralny. Nie na cały dzień, lecz na jeden mecz. Pierwszy: Novak Djoković - Jarkko Nieminen. Wpadłem więc na secika, aby zobaczyć świątynię tenisa i sprawdzić, czy jej atmosfera jest rzeczywiście niepowtarzalna.

      Obiekt wcale nie jest tak wielki jak bracia z Paryża, Melbourne, nie wspominając o Nowym Jorku. Zdjęcie, które zamieściłem powyżej, całkowicie oddaje wizualną stronę tego kortu. Co do atmosfery, niewiele pojedynczych okrzyków. Zdecydowanie przeważają zachwyty po wymianach lub jęki zaskoczenia w ich trakcie. Mecz przyzwoity, było na co popatrzeć. Po ogłoszeniu wyniku panowie spakowali swoje torby, a Djoković zszedł do szatni w towarzystwie Fina. Serb bił przy tym brawo, bo Jarkko na korty Wimbledonu już nie wróci. Przynajmniej nie w charakterze zawodnika...

      Furorę na kortach robi Pimm's - drink na bazie ginu, z dodatkiem liści mięty, pokrojonego ogórka i cytryny. Koszt jednego kubeczka (który wypijemy niczym lemoniadkę, w 2-3 minuty): 8 funtów (prawie 50zł). Chętnych nie brakuje, bo w ubiegłym roku sprzedano na obiekcie 230 tysięcy porcji (ponad dwa razy więcej niż butelek wody). Jeżeli chodzi o ceny, nie są one przystępne. Uwielbiam wydawać pieniądze, ale 8 funtów za piwko i tyle samo za smaczną pizzę wielkości mojej dłoni(!) zakrawa na lekką przesadę. Oczywiście, jeżeli przeliczymy to wszystko na naszą walutę, bo w niej zarabiamy pieniądze.

      deb1a

      Zamykając temat finansów - każdy z uczestników otrzymuje od organizatorów bon o wartości 250 funtów. Można go zrealizować w miejscowym sklepiku z pamiątkami z kortów. Koszulki, czapeczki, obrusy, zastawy - wszystko z logo Wimbledonu. Gdy przeliczymy wartość bonu na złotówki, dowiemy się, że bezkarnie w sklepiku możemy zostawić 1500zł. Kwota imponująca, ale wimbledońskie ceny są tak zaporowe, że dodatkowego bagażu nikt nie wykupi. Po wrzuceniu do koszyka kilku rzeczy okazuje się, że bon jest już w pełni wykorzystany.

      Wróćmy do tenisa. Śledziłem dziś w całości dwa deblowe mecze. Ze zmiennym skutkiem, bo Klaudia Jans-Ignacik i Andreja Klepac przegrały z jednym z najstarszych duetów: 45-letnią Kimiko Date-Krumm i o dziesięć lat młodszą Francescą Schiavone. Początek w wykonaniu Polki i Słowenki był mocny, odważny. Po czterech niewykorzystanych break pointach przy podaniu Włoszki, nasz duet się zaciął. Nie było ryzyka i szukania miejsca w korytarzu deblowym, bardzo słabo funkcjonował wolej. Mecz był do wygrania, ale potrzeba było lepszej gry. To nie był dzień Klaudii i Andreji, ale obie będą miały okazję odgryźć się w grze mieszanej. Trzeba przyznać, że w środę, tytuł MVP na korcie numer 8 bez wątpienia wpadłby w ręce utytułowanej Schiavone.

      Bardzo przyjemnie oglądało się w akcji Łukasza Kubota. Jego partner - Maks Mirnyj - to dziesięciokrotny zwycięzca imprez wielkoszlemowych (6 w deblu i 4 w mikście). Panowie nie oddali francuskiej parze Mannarino/Pouille ani jednego gema serwisowego. Od Maksa i Łukasza emanował spokój. Widać było, że po jednej stronie siatki zebrali się dwaj rutyniarze, którzy nie czekając na ruch rywala, dążą do narzucenia swoich warunków gry. Potężne serwisy, agresja na siatce i dobra gra z powietrza były fundamentami dzisiejszej wygranej. Box Kubota pękał w szwach: trenerzy Jan Stoces i Ivan Machytka, rumuńska fizjoterapeutka Liliana Tiganila. 

      Dopingować Białorusina przyszli m.in. jego rodacy Betov i Bury. Białoruski duet w czwartek zadebiutuje w turnieju wielkoszlemowym (przeszli dwie rundy eliminacji). Stoces regularnie pokrzykiwał: "Rakieta przed sobą!", "Energicznie!". Podpowiedzi dały dobry efekt, bo na korcie, który dzień wcześniej okazał się pechowy dla Mateusza Kowalczyka, Kubot u boku "Bestii" wywalczył awans do drugiej rundy. W niej panowie spróbują wziąć rewanż za porażkę Kowalczyka i Zelenaya, bo po drugiej stronie siatki staną Granollers i Lopez.

      deb2a

      Duży sukces odniósł już Denis Kudla. Amerykanin, który dzięki dobrym wynikom wskoczył do turnieju głównego z "dziką kartą", wyrzucił dziś z imprezy Alexandra Zvereva. Zerkałem na drugiego seta - jedynego wygranego przez Niemca. "Brawo Sasza" krzyczała po udanych zagraniach młodszego kolegi obserwująca ten mecz Sabina Lisicka. Kudla gra bardzo pewnie z głębi kortu i nie spisywałbym go na straty w kolejnym meczu (z Giraldo).

      Z dobrej strony w Londynie zaprezentowała się także Jelena Ostapenko. Rówieśniczka Zvereva w ubiegłym roku wygrała tu w turnieju dziewcząt. W tym samym sezonie zadebiutowała w rozgrywkach WTA, a w tegorocznej odsłonie trawiastego turnieju wielkoszlemowego wyeliminowała w pierwszej rundzie Carlę Suarez Navarro. Na tamto spotkanie też zajrzałem i reprezentantka Łotwy obijała rywalkę bez cienia litości. Ostapenko gra dość płasko, szczególnie forhendem. Największym mankamentem jest u niej jeszcze drugie podanie. W dzisiejszym meczu z Mladenović miała drive woleja na zakończenie drugiego seta. Piłkę wyrzuciła w aut, a za moment przegrała dwa kolejne gemy i cały mecz. Tej dziewczynie należy się jednak uważnie przyglądać, bo za jakiś czas może dotrwać w tak prestiżowej imprezie do drugiego tygodnia zmagań.

      W grze podwójnej startował dziś także Benoit Paire. Francuz tradycyjnie zrobił sobie z tej konkurencji żart - w czternastym wielkoszlemowym starcie po raz dwunasty odpadł w pierwszej rundzie. Styl był cyrkowy, niegodny opisania na blogu. Szkoda naszego czasu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lipca 2015 02:07
  • środa, 01 lipca 2015
    • Kowalczyk i Zelenay przegrali meczycho

      kowaligor

      W dniu dzisiejszym doceniłem potęgę śniadania. Gdyby nie solidny posiłek, nie obejrzałbym nawet połowy wtorkowego meczu deblowego i nie dowiedziałbym się na co stać Mateusza Kowalczyka. Polak i jego Słowacki partner - dobrze znany nam z challengerów - Igor Zelenay postraszyli wielkoszlemowych finalistów z Paryża i Nowego Jorku. Postraszyli to mało powiedziane. Marcel Granollers i Marc Lopez, bo o nich mowa, byli tak zaskoczeni postawą rywali, że po niespełna trzech setach znaleźli się w sytuacji dramatycznej. Wynik 3:6 4:6 6:6 (4:6) oznaczał bowiem konieczność bronienia dwóch piłek meczowych. Hiszpanie wyraźnie się rozluźnili, zaczęli się do siebie uśmiechać i ochoczo gaworzyć, bo polsko-słowacki duet grał tego dnia tak kapitalnie, że pożegnanie z turniejem mistrzów Mastersa z 2012 roku nie byłoby ogromnym zaskoczeniem.

      Pierwszy meczbol miał miejsce przy podaniu Zelenaya. Serwis do środka, ustawiony na stronie forhendowej Lopez z trudem "łapie" piłkę rakietą. Ta zaskakuje Kowalczyka i wpada w korytarz deblowy. Druga piłka meczowa miała miejsce przy podaniu Hiszpanów. Sytuacja podobna - returnujący Kowalczyk wyciąga się niczym interweniujący przy rzucie karnym bramkarz, ale piłka po kontakcie z taśmą zostaje na stronie odbierających. Chwilę później Hiszpanie wygrywają trzecią partię, w czwartej przełamują serwis Słowaka na 3:2, dowożą do końca i mamy piąty set.

      Opisuję to w ogromnym skrócie, choć mecz widziałem od deski do deski. Cztery godziny i dwadzieścia pięć minut kapitalnego widowiska. Tak jak napisałem na Twitterze (możecie śledzić mnie tutaj): ten mecz spełniał wszystkie warunki konieczne do pozostania w pamięci oglądających go kibiców. Pięć setów, dramaturgia, piłki meczowe dla obu duetów i heroiczna walka. Zostając przy terminologii piłkarskiej, Mateusz Kowalczyk wyglądał po ostatniej piłce jak defensywny pomocnik, który na murawie zrobił kilka agresywnych wślizgów. Polak trzy bądź czterokrotnie rzucał się do piłek, o czym przypominały biała od kontaktu z liniami noga i zielonkawa plama na białych spodenkach. Dał z siebie wszystko.

      Jak pewnie doskonale wiecie, zostawienie na korcie wszystkiego nie oznaczało dziś drugiego w karierze awansu do II rundy Wielkiego Szlema. Gdy w decydującym secie Hiszpanie przełamali na 5:4, a przy podaniu Granollersa mieli wynik 40:15, nawet zawodnicy obserwujący ten mecz z przepięknie położonej restauracji dla graczy nie przypuszczali, że challengerowy duet zdoła wrócić do gry o pełną pulę. Mateusz i Igor wygrali 4 kolejne piłki i doprowadzili do wyrównania. To był znakomity moment do manifestacji swojej siły, więc Kowalczyk po raz drugi, bądź trzeci rzucił groźne "Come on!". Bił się przy tum w pierś niczym Gael Monfils i celebrował kolejny mały sukces. Momentów do radości było jeszcze kilka, choć pod koniec piątego seta przy swoim podaniu męczyli się bardziej Polak i Słowak.

      Nie wiem, czy ktoś w Tourze lepiej "gasi" woleje niż Granollers, albo ma dokładniejsze loby od niewysokiego Lopeza. Dwa ulubione kierunki minięć Hiszpanów: lob lub zagranie w środek. Szczególnie ten drugi wariant spowodował dziś po polsko-słowackiej stronie kilka kolizji i niedomówień. Lopez zaczarował przepychającą się naokoło publiczność w piątym secie. Zagrał forhend w pełnym biegu, a piłka wylądowała w korytarzu deblowym szybując wcześniej między stołkiem sędziowskim i słupkiem. Marcel docenił klasę zagrania tuląc kolegę przez kolejne kilkanaście sekund.

      Gdy na tablicy wyników widniał imponujący wynik 10:10 w ostatnim secie, krajobraz wokół kortów był równie wyjątkowy. Dwie trybunki wypchane po brzegi, a wszystkie miejsca stojące zajęte. Kilkaset osób podziwiało widowisko, które było bliskie zakończenia się miłą dla nas niespodzianką. Niestety, przy wyniku 13:13 Kowalczyk przegrał swój gem serwisowy. Strat nie udało się już odrobić, a cierpienie Mateusza było bardzo widoczne. Widziałem, że rozważał nawet rozdarcie koszulki (tym razem ze smutku), ale w ostatniej chwili zrezygnował. Po podziękowaniu rywalom i arbitrowi, wraz z Zelenayem usiadł na ławce. Kort opuścili dopiero po kilku minutach. Mimo wszystko, było to meczycho z prawdziwego zdarzenia! Warto podkreślić, że pomimo tak bolesnej przegranej, proszące o podpisy osoby po autografie otrzymały.

      Wiecie, że uwielbiam spędzać czas przy grach deblowych. Z pełną stanowczością stwierdzam, że Kowalczyk i Zelenay zaimponowali mi swoją dzisiejszą postawą. Szkoda, że meczu nie udało się domknąć, ale łatka solidnych challengerowców została całkowicie odpruta. Z taką grą, w progach ATP będą witani oklaskami i ukłonami.

      Po złapaniu byle jakiej kanapki, pobiegłem na mecz Radwańskiej z Hradecką. Wszedłem przy stanie 4:3 i prawdopodobnie straciłem najlepszy okres tego spotkania. Lucie grała niedokładnie, popełniała wiele dwumetrowych błędów. Starała się skracać wymiany do minimum uderzeń, więc gdy piłka wracała na jej stronę dwa lub trzy razy, Agnieszka mogła cieszyć się ze zdobycia punktu. W drugim secie nie było momentu, w którym Polka mogłaby stracić pewność siebie. Sprawne uporanie się z nieobliczalną rywalką można uznać za dobrą wiadomość.

      gaelcar

      Chodziły słuchy, że na problemy zdrowotne narzeka Gael Monfils. sprawdzałem to przez siedem gemów pierwszego seta. Francuz kilka razy łapał się za kostkę, ostrożnie poruszał się między wymianami, ale wygrał bez straty seta z dwóch powodów. Pierwszym była jego natura: po kilku chwilach zaczął się doślizgiwać w taki sposób, że po raz pierwszy usłyszałem, że but po kontakcie z kortem trawiastym może wydać jakikolwiek odgłos. Po drugie: Carreno Busta jest typem zawodnika, który na trawę przylatuje za karę. Będąc tenisistą tak wysokiej klasy jak Monfils, trudno jest z nim na tych kortach przegrać.

      Środa to dzień II rundy singla i wielu spotkań deblowych. Ukaże się też drabinka miksta, do którego zgłosili się m.in.: Kubot/Hlavackova, Matkowski/Wiesnina i Jans-Ignacik/Fyrstenberg.

      Dziś moja fryzura została przyrównana do tej, jaką prezentuje Jarkko Nieminen, a panowie przy transporcie dla zawodników pytali, czy nazywam się Benjamin Becker lub Daniel Nestor. Jest wiele sytuacji zabawnych i ciekawych, które zostawiam tylko dla siebie. Taki pobyt opowiadać można tygodniami. Do usłyszenia!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      środa, 01 lipca 2015 01:55
  • wtorek, 30 czerwca 2015
    • Tenis na stojaka

      taras

      Pierwszy dzień na nowym dla mnie turnieju jest zawsze specyficzny. Trzeba poznać cały obiekt, aby jak najszybciej opanować bliskie doskonałości poruszanie się od kortu do kortu. Dzięki świetnemu przewodnikowi zobaczyłem więcej niż mógłbym się spodziewać.

      Obchód po obiekcie przy Church Road rozpocząłem około godziny dwunastej. Wcześniej musiałem ustawić się w kolejce i odebrać swoją wejściówkę. Zanim zacząłem koncentrować się na gemach, setach, forhendach i bekhendach, postanowiłem skorzystać z możliwości dotarcia do miejsc, do których dziennikarze nie mają wstępu. Dzięki specjalnej przepustce mogłem zwiedzić strefę dla zawodników: restaurację, siłownię, miejsce do rozgrzewki, a nawet przedszkole dla dzieci tenisistów. Następnie korty Aorangi - podzielone na kilka stref miejsce przeznaczone do treningów. Na samej górze znajduje się balkon dla mediów. Tuż przy nim pod okiem ciężarnej Amelie Mauresmo trenował Andy Murray. Jego poczynania śledziło kilkanaście kamer i co najmniej tylu fotoreporterów. Po sąsiedzku, z nowym sparingpartnerem trenowała Karolina Woźniacka.

      aorangi

      Po przejściu kilkudziesięciu metrów i przedostaniu się na drugą stronę małej uliczki, znaleźć można drugą część obiektu treningowego. Kilka kortów i niewielki domek, w którym przygotujemy sobie napój, schowamy się w cieniu lub skorzystamy z toalety. Godziny treningowe nabijali m.in.: Stepanek, Tomić, Dołgopołow i Becker. Ich wybór - o ile takowy mieli - wcale mnie nie dziwi. Odbywali trening w najbardziej kameralnym miejscu na obiekcie, z dala od zgiełku, tłumu i obserwujących osób.

      Po wrzuceniu w siebie smacznego dania w restauracji dla zawodników (jedzą tu wszyscy, bo każdy gracz może dziennie wykorzystać 75 funtów), ruszyłem w kierunku kortów meczowych. Dziś działałem trochę chaotycznie, ale udało mi się przysiąść na wysokiej klasy meczu deblowym. Groth i Stachowski mieli apetyt na wyrzucenie z imprezy broniących tytułu Pospisila i Socka. Atomowe serwisy, błyskotliwe przecięcia pod siatką i precyzyjne minięcia - te elementy sprawiały, że drugi set był niezwykle przyjemny do oglądania. Miejscowa publiczność chyba lubi grę podwójną, bo o miejsce na niewielkiej trybunie trzeba było walczyć przez dobre kilkanaście minut.

      lina

      Zajrzałem też na kort #2. W moim planie była to pozycja obowiązkowa, bo meczów z udziałem Hewitta i Nieminena na żywo mogę już nie zobaczyć. Australijczyk - tradycyjnie wspierany przez grupę "Fanatics" - rozegrał ostatni singlowy mecz na Wimbledonie. Podczas tegorocznego turnieju w Sztokholmie swój pożegnalny mecz rozegra z kolei Fin. Nie zostałem do końca, bo chciałem przycupnąć na innych kortach. Z jednej strony szkoda, bo panowie rozegrali pięć setów. Będąc jednak szczerym: poziom gry w drugim secie nie rzucił mnie na kolana. Pomimo porażki, Lleyton był zachwycony zachowaniem grupy kibiców, która jeździ za nim na największe tenisowe imprezy. "Fanatics" rzeczywiście nie zawiedli, choć ich repertuar od czasu Pucharu Davisa i Australian Open nie uległ wielkiej zmianie.

      lleyjark

      Zaskoczył mnie poziom gry Juana Monaco. Argentyńczyk, którego tenisowe CV nie łączy się w mojej głowie z kortami trawiastymi, rozgrywał dziś mecz z pasją. Wielka intensywność i powtarzalność pozwoliły na okrutne zbicie Floriana Mayera. Niemiec nie ustawiał sobie rywala serwisem, jego oburęczne slajsy także nie robiły wielkiego wrażenia. Wynik i przebieg tego meczu traktuję w kategoriach niespodzianki.

      Zaskoczenia nie było w meczu Uli Radwańskiej. Edina Gallovits-Hall - Rumunka reprezentująca USA - zagrała słabiutki mecz. Zawodniczka próbuje wracać do czołówki grając z "zamrożonym rankingiem", ale daleko jej do optymalnej formy. Gdy pękła przy stanie 2:3 w pierwszym secie, to nie zaskoczyła już Uli niczym. Polka zagrała bardzo poprawnie, chociaż realną oceną jej formy będzie starcie z Samanthą Stosur.

      Po kilku kolejnych przystawkach w postaci spotkań: Ostapenko - Suarez Navarro, Verdasco - Klizan, Johnson - Lacko, Kudla - Cuevas, Herbert - Chung i trzech meczach deblowych, długi dzień zakończyć miało spotkanie Jerzego Janowicza. Mając w pamięci mecz z Nishikorim w Halle, wierzyłem w pewne zwycięstwo Polaka. Wyrównane spotkanie zakończyło się jednak jedną z największych niespodzianek pierwszego dnia turnieju. Marsel Ilhan - urodzony w Uzbekistanie reprezentant Turcji - imponował spokojem. Serwował bardzo skutecznie, ale nie mocno. Podczas wymian grał bardzo swobodnie i kilka razy popisał się pięknymi "strzałami" wykonanymi w pełnym biegu. Zagrywał bardzo głębokie piłki, niewiele psuł. Wyglądał na człowieka, który duży spokój zawdzięcza regularnej grze w drugich tygodniach imprez wielkoszlemowych. Nic bardziej mylnego - Ilhan w dotychczasowej karierze wygrał na prestiżowych imprezach tylko kilka spotkań. Nie ma się co czarować - zawodnik pokroju Jurka takie spotkania powinien wygrywać. W tie-breaku trzeciego seta Ilhan spanikował przy 4:2 (najpierw nie wykorzystał smecza, a kilka chwil później popełnił błąd przy siatce) i Janowicz zdobył kontaktową partię. Czwarty set uciekł mu błyskawicznie, choć była szansa na odrobienie strat.

      Przy jednej sytuacji nie popisał się zespół sędziowski (na czele z Manuelem Messiną). Przy stanie 30:15 Ilhan serwował na nieparzyste karo. Po niecelnym podaniu liniowy wydał cichutką komendę, sygnalizując błąd. Messina i Ilhan nie usłyszeli, więc arbitra poinformował o zdarzeniu sam Janowicz. Sędzia zarządził powtórkę punktu, choć na tablicy wyników przedwcześnie pojawił się rezultat 40:15. Turek znów zaserwował na stronę przewagi, zdobył punkt i gema. Panowie usiedli na ławeczkach, a całej sytuacji zrozumieć nie mogłem ani ja, ani siedzący przede mną Kim Tiilikainen. Jerzy miał swoje szanse także w ostatnim gemie spotkania. Potrzebne było przełamanie, a w dziesięciu rozegranych punktach Turek zaledwie trzykrotnie trafił pierwszym podaniem. Return był dziś słabym elementem gry Polaka i nie udało się rywala skarcić.

      centr

      Cały pobyt postaram się podsumować dopiero po powrocie do Polski. Odniosę się do Paryża i Melbourne i spróbuję wypisać plusy i minusy każdego z tych turniejów. To, co rzuciło mi się o oczy dziś, to ilość miejsc siedzących. Przy mniejszych kortach (np. tym, po którym biegali Janowicz i Ilhan) ustawiono dosłownie kilka (10-15) trzyosobowych ławeczek. Jeżeli nie zdołasz zaklepać sobie miejsca odpowiednio wcześniej, a interesujący mecz nie zmusza widzów do pójścia na inny kort, musisz oglądać spotkanie na stojąco. Korty z nieco większymi trybunkami osłonięte są drewnianą bandą, która także uniemożliwia oglądanie, a nawet poszukiwanie wolnych miejsc. Dziś usiadłem 2-3 razy. Nie boję się aktywności, a nawet ją ubóstwiam, ale kilkugodzinne oglądanie meczu na stojaka do najprzyjemniejszych nie należy. Nie pomagają też przeciskające się osoby, które co kilka minut wybijają obserwatora z rytmu.

      tablica

      O spędzaniu czasu na stojąco wie coś Shelby Rogers. Amerykanka przegrała dziś wszystkie dwanaście gemów w jednostronnym pojedynku z Andreą Petković. Już dzień przed meczem wiedziałem, że o wyrównaną grę będzie ciężko. Dwa tygodnie temu, w Birmingham, Rogers odniosła poważną kontuzję. Jej noga opleciona jest potężnym stabilizatorem, a osoby obserwujące jej ostatnie treningi łapały się za głowę. Ponoć utykała i w zasadzie grała "na jednej nodze". Mecz z Petković trwał niespełna 40 minut, ale przelew na 29 tysięcy funtów konto Amerykanki zasili. Rogers nie była tak bezczelna jak Hercog (w 2014 roku w Melbourne poddała mecz po rozegraniu sześciu punktów), ale jej przykład ponownie przywołuje pytanie dotyczące wprowadzenia wynagrodzenia dla zawodników, którzy z powodu kontuzji muszą odpuścić wielkoszlemowy start. Ja jestem za.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Tenis na stojaka”
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 czerwca 2015 02:41
  • poniedziałek, 29 czerwca 2015
    • Wimbledon zaraża

      wimbawaits

      Już w poniedziałek zrobię przedostatni krok do "zdobycia" Karierowego Wielkiego Szlema. Po dwóch wizytach w Paryżu i Melbourne, nadszedł czas debiutu na wimbledońskich trawnikach. Turniej będzie dla mnie wyjątkowy również dlatego, że zobaczę wszystko od nieco innej strony. Więcej szczegółów poznacie czytając kolejne wpisy.

      Humoru nie popsuło mi ani ponad sześćdziesięciominutowe spóźnienie samolotu na trasie Warszawa-Londyn, ani trwająca blisko godzinę podróż metrem z Heathrow niemal pod samą bramę Wimbledonu. Wystrój przy wyjściu ze stacji wyraźnie sugeruje, że w okolicy za moment rozpocznie się coś specjalnego. Wszędzie zieleń i fiolet, a w miejsce literek "o" często powstawiane są piłki tenisowe. Po wrzuceniu rzeczy do swojego lokum udałem się na krótki spacer. Nieopodal kortów znajduje się miejsce, w którym fanom tenisa może zakręcić się w głowie. Kilka knajpek, sklepików - niby nic wielkiego. Konsumując niewielkiego burgera w knajpie "Dog & Fox" przy High Street, można jednak obserwować spacerujących zawodników, sędziów i organizatorów. Tak jakby prestiżowy turniej odbywał się nie w ośmiomilionowym mieście, lecz w kameralnej miejscowości.

      wimbinfo

      Przy jednym ze stolików Dominic Thiem zagaduje Guntera Bresnika, wolnego miejsca szuka krążąca nieopodal Carla Suarez Navarro. Pomimo gwaru i niewielkiej przestrzeni, zawodnicy wyraźnie czują się tu bezpiecznie. Nieprzypadkowo furorę wśród graczy robią położone w pobliżu domki. Na okres kilku lub kilkunastu dni każdy znajdzie coś dla siebie.

      Minęło dopiero kilka godzin, a niespecjalnie pożądany przeze mnie Wimbledon zaraził mnie już swą magiczną atmosferą. A na kortach będzie tylko ciekawiej.

      rafastanrog

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 czerwca 2015 01:08
  • niedziela, 21 czerwca 2015
    • (Nie)tenisowe pogróżki

      betproblem

      Szeroka oferta firm bukmacherskich sprawia, że można zakładać się już nie tylko o wynik konkretnych wydarzeń sportowych. Jeżeli wimbledońskie spotkania nie zostaną ani razu przerwane przez deszcz, zainteresowani takim zakładem pomnożą swoją stawkę przez jedenaście. Jeśli z kolei firmom kateringowym stacjonującym przy Church Road zabraknie podczas tegorocznego turnieju truskawek lub szampana, osoba, która założy się o to z bukmacherem odbierze stawkę pomnożoną przez 34. Prawdopodobnie znajdą się też śmiałkowie, którzy stwierdzą, że na kort centralny spadnie w tym roku chociaż jeden płatek śniegu. Jeżeli okażą się wizjonerami, zainkasują wygraną równą 251-krotności stawki.

      Zastanawiacie się pewnie, dlaczego o tym piszę. Kilka dni temu znalazłem w internecie wypowiedź Daniela Munoza-De La Navy. Hiszpański challengerowiec, który w wieku 33 lat jest bliski debiutu w pierwszej setce rankingu ATP, w kilku nasączonych emocjami zdaniach opowiedział o przykrych i oburzających wpisach, jakimi nieudolni fani bukmacherki nękają zawodowych tenisistów. Z pełną odpowiedzialnością można uznać to za głos tenisowej społeczności, bo z podobnymi problemami musi radzić sobie kilkuset zawodników. "Bardzo często otrzymuję groźby. To wstyd, że coś takiego dzieje się na portalach społecznościowych. Hazardziści ubliżają mi bez względu na to czy wygram, czy przegram. Prowadzę swój profil na Facebooku i otrzymuję wiele wiadomości od ludzi, którzy straszą mnie śmiercią. »Zabiję cię«, »Mam nadzieję, że umrzesz na raka«, »Będziesz sparaliżowany« - to tylko kilka przykładów. Odczytuję takie wiadomości w ciągu każdego tygodnia. To jasne, że autorami są ludzie, którzy przegrali zakład. Może stawiali na moje zwycięstwo, może przeciwko mnie. Myślą, że mają prawo mnie obrażać i wypisywać takie głupoty" - powiedział tenisista, który od 16 lat rywalizuje w zawodowych turniejach. Kilka tygodni temu Hiszpan zgłaszał sprawę supervisorowi turnieju oraz instytucjom, które obiecały przeprowadzić śledztwo w tej sprawie. Wciąż nie dostał żadnej odpowiedzi i powątpiewa w to, że wołania o pomoc rzeczywiście przyniosą ulgę.

      Podobną historię usłyszałem od innego, bardziej utytułowanego tenisisty. Nazwiska zawodnika nie zdradzę, bo rozmowa była przypadkowa i prywatna. Na wszelki wypadek napiszę, że rozmówca nie jest Polakiem. Opowieść tenisisty, który poznał smak wygrania wielkoszlemowego turnieju, była niezwykle smutna. Wiadomości o treści bliźniaczej do tych, o których wspominał Munoz-De La Nava, trafiały do internetowej skrzynki mojego rozmówcy regularnie. Za każdym razem zastanawiał się, co takiego zrobił, że ktoś życzy mu śmierci i kalectwa. Jest dorosłym człowiekiem, więc pomimo braku odpowiedzi na wiele nurtujących go pytań, był w stanie nie przywiązywać się przesadnie do pogróżek. Pewnego dnia syn tenisisty bawił się jego telefonem. Przeczytał wiadomość: "Mam nadzieję, że twoje dziecko umrze na raka". Kilkuletnie dziecko zawołało ojca i pełnym obaw głosem zapytało: "Tato, czy ja naprawdę jestem chory?". To był moment, w którym zawodnik zupełnie odciął się od internetowego kontaktu z kibicami. Nie spotkacie go na Facebooku, ani na Twitterze. Winnych wskazywać nie trzeba.

      Nie każdy jest na tyle silny psychicznie, aby podobną sytuację wytrzymać. Kanadyjska tenisistka Rebecca Marino zawiesiła swoją karierę w lutym 2013 roku. Miała wtedy nieco ponad 22 lata, a dwa lata wcześniej wskoczyła na trzydzieste ósme miejsce listy WTA. Wygrywała pojedyncze mecze na turniejach wielkoszlemowych, dwukrotnie odbierała nagrodę dla Najlepszej Tenisistki Kanady (2010 i 2011). Pomimo wielu sukcesów, zawodniczka przez sześć lat walczyła z depresją. Wiadomości i komentarze, które po meczach znajdowała na swoim profilu sprawiały, że jej zaburzenia przybierały na sile. Kariery tenisowej nie wznowiła do dziś.

      Ci z Was, którzy korzystają z Twittera, mogą potwierdzić, że zawodnicy coraz częściej piętnują swoich prześladowców. Najczęściej zabawną ripostą, podaniem dalej obraźliwego wpisu lub zwykłym zdjęciem.

      mannarinofb

      Dostępności zdarzeń tenisowych w ofertach bukmacherów zlikwidować się już nie da. Z resztą, wszystko jest dla ludzi i jak ktoś będzie chciał zakład zawrzeć to prawdopodobnie zawsze znajdzie miejsce, w którym będzie mógł to zrobić. Trudno wyobrazić sobie, aby firmy bukmacherskie, które niejednokrotnie wspierają rozgrywki tenisowe umieszczając swoje logo wśród dumnych sponsorów turniejów, brały odpowiedzialność za karygodne zachowanie rozchwianych emocjonalnie klientów. To zrozumiałe. Dla pojedynczych osób, które w opisany sposób przyczyniają się do psychicznego cierpienia zawodowych sportowców, nie należy mieć jednak żadnego szacunku i jak najszybciej wyeliminować je z wirtualnego świata internetu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „(Nie)tenisowe pogróżki”
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 czerwca 2015 23:41

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Zakładki

Kanał informacyjny

E-mail: tenisowyblogvamos@gmail.com




Opcje Bloxa