Vamos

Blog o tym co na kortach i wokół nich. Autorem jest Marek Furjan, dziennikarz i komentator

Wpisy

  • środa, 23 września 2015
    • Wywiad z tenisistą (9): Mateusz Kowalczyk

      kowal

      Marek Furjan: Jesteś teraz w trudnym momencie kariery. Chciałbyś grać regularnie w turniejach ATP, ale z uwagi na pozycję rankingową nie zawsze możesz decydować się na takie starty. Czy taka sytuacja dodatkowo motywuje Cię do pracy?

      Mateusz Kowalczyk: - Jestem twardym zawodnikiem, ciężko mnie złamać. To nie jest pierwszy sezon, w którym znajduję się w takiej sytuacji. Ranking 70, 80 lub 100 mam już od kilku lat. Przeszkadzały mi kontuzje, byłem młody, podejmowałem złe decyzje. Teraz wiem czego chcę, wiem co sprawia, że idę do przodu. Tak naprawdę jestem w dobrej sytuacji, bo do końca roku nie bronię praktycznie żadnych punktów. Zostało mi dużo turniejów i moim celem jest zakończenie roku w TOP 70. Jeżeli tego dokonam to zacznę kolejny rok od imprez ATP i turnieju wielkoszlemowego. To dlatego końcówka tego roku jest dla mnie najważniejsza.

      Od jakiegoś czasu współpracujesz z Igorem Zelenayem. Patrzysz na tę współpracę długofalowo, czy jest to etap, na którym z różnych przyczyn nie możesz grać z wyżej notowanym partnerem?

      - Na razie skupiam się na tym okresie. Wielu zawodników mówi mi, że moja gra jest spokojnie na TOP 20-30, ale jestem w takiej sytuacji, że osoby z tak dobrym rankingiem szukają do pary zawodników z podobnych miejsc. Nie chcą jeździć na challengery i ryzykować, tylko grają te największe turnieje. Mogą mówić, że moja gra jest na wysokim poziomie, ale nie mam gdzie tego pokazać, bo ranking nie pozwala mi na udział w dużych turniejach. Muszę się przebijać przez challengery, ale konsekwentnie wykonuję swoją pracę. Jak doskonale wiesz, parę tygodni temu podjąłem współpracę z Błażejem Koniuszem, bo takiej osoby zawsze potrzebowałem. Nie ukrywam, że w Polsce nie ma zawodników z doświadczeniem. Błażej grał w Pucharze Davisa, turniejach ITF i challengerach, więc ma świadomość tego, jak to wszystko wygląda. Przede wszystkim zna mnie i wie czego mi potrzeba. Już teraz mogę powiedzieć, że robi naprawdę dobrą robotę i jestem zadowolony z tej współpracy.

      Błażej jest Twoim dobrym kolegą z kortu. Czy tak bliska osoba rzeczywiście może popchnąć Twoją karierę do przodu? A może na tym etapie nie liczą się już tak bardzo wskazówki dotyczące techniki, a dobra atmosfera w zespole?

      - Gdybym potrzebował dobrej atmosfery to brałbym na turnieje kolegów. A tu nie o to chodzi. Muszę cały czas doskonalić swoją grę, bo technika ucieka. Trzeba pracować codziennie nad danym elementem i mieć przy sobie motywatora, który mnie do tego zmusi. Uważam, że trener jest mi potrzebny i trafiłem bardzo dobrze. Na Śląsku nie ma osób, które grały kiedykolwiek w tenisa na wysokim poziomie. Jest tylko Błażej i cieszę się, że mogę korzystać z jego pomocy.

      Kto jeszcze urzęduje w tamtych rejonach Polski? Andriej Kapaś?

      - Andriej przeprowadził się teraz do Poznania. Jest jeszcze Grzesiek Panfil, ale gramy zupełnie inne turnieje i nawet nie mamy kiedy ze sobą potrenować. Można powiedzieć, że jestem osamotniony dlatego Błażej jest dla mnie najlepszym rozwiązaniem i mogę szczerze powiedzieć, że lepiej nie mógłbym trafić.

      Uciekłeś mi trochę z odpowiedzią na pytanie o Zelenaya. Jak trudno jest przez cały rok wytrzymać ze stałym partnerem deblowym? Gdy zajrzymy w ranking ATP, nie znajdziemy w czołówce wielu par, które grają ze sobą bez przerwy od kilku lat...

      - Jest ciężko, gdy pojawiają się porażki. Jeżeli wygrywamy, jest kolorowo. Dogadujemy się dobrze na korcie i poza nim. Jeżeli porażki się powtarzają to przychodzą chwile zwątpienia. Wtedy nie patrzy się na team, tylko skupia się na tym jak zagrał partner lub co źle zrobił. To błędne koło. Trzeba mieć do tego jakiś dystans i nie można się załamywać dwoma-trzema turniejami. W tym sporcie trzeba być optymistą. I to cholernie wielkim, bo tenis w polskich realiach nie jest łatwy. Nie będę ukrywał, że nie mam żadnej pomocy z PZT. Są pojedyncze osoby, które w jakiś sposób mi pomagają. Gdyby nie one, już dawno nie grałbym w tenisa, bo moi rodzice nie mają pieniędzy: tata jest elektrykiem, a mama nie pracuje. Nie mieliby jak mnie sponsorować.

      Pomagają osoby z Twojego regionu?

      - Pasjonaci, ludzie którzy mnie lubią i we mnie wierzą. To nie jest tak, że tylko ja mówię, że mam potencjał i mogę być wysoko. Są ludzie, którzy też to widzą m.in. po wynikach. W moim życiu było kilka niepotrzebnych epizodów, wariacji. Teraz wszystko się unormowało, mam rodzinę i idzie to w dobrym kierunku.

      Na co zwracasz większą uwagę przy doborze stałego partnera deblowego: sprawy czysto tenisowe czy charakter?

      - Charakter ma duże znaczenie, dlatego na korcie dobrze dogaduję się z Tomkiem Bednarkiem, ale ważniejsze są jednak umiejętności. Co da mi opowiedzenie przez partnera dobrego dowcipu, jeżeli po chwili nie trafi returnu? To jest sposób myślenia singlistów, którzy często dla dobrej zabawy grają z deblistami z tego samego państwa. Specjaliści od gry podwójnej wybierają tylko tych najlepszych.

      Do końca tego roku będziesz grał z Igorem Zelenayem?

      - Planowaliśmy grać razem, ale obaj chcemy pójść wyżej i grać w turniejach ATP. Szukamy więc zawodników, z którymi będziemy mogli się do nich dostać. Dogadałem się z Jirim Veselym, bo ma dobry ranking i świetnie się znamy. Z tego co wiem, Igor po Pucharze Davisa będzie grał z kimś w Sankt Petersburgu. Do końca tego roku będziemy próbowali takich rozwiązań. Myślę też o startach z Tomkiem [Bednarkiem], bo Igor woli korty twarde, a ja ziemne i trudno jest ułożyć kalendarz. To wszystko trzeba zgrać i dlatego dobrze jest mieć partnera z tego samego państwa, z którym mógłbyś trenować i podróżować po turniejach.

      Mówiłeś o wielu trudnych dla Ciebie sprawach. Co ze zdrowiem? Kilka lat temu Twój organizm był w opłakanym stanie.

      - To prawda. W wieku 18-19 lat myślałem, aby skończyć z grą w tenisa. Mój kręgosłup i bark były w fatalnym stanie, miałem rotację kręgów, skoliozę... Przez to pojawiły się przeciążenia na biodrach.

      Wynikało to z niewiedzy?

      - Wynikało to ze złego prowadzenia treningów, przemęczania mnie. W wieku dwunastu lat spędzałem na korcie osiem godzin dziennie. Byłem zajechany i organizm na tym cierpiał, bo był to okres w którym się rozwijałem. Na szczęście spotkałem w tym czasie odpowiednią osobę. Był to Jerzy Karp, tak zwany "Magik". Jest dla mnie magikiem i przesympatyczną osobą z ogromną wiedzą. To on mnie z tego wszystkiego wyprowadził. Zrobił ze mną cuda i gdyby nie on, nie grałbym teraz w tenisa.

      Gdybyśmy wzięli listę deblistów i na moment zapomnieli o Twoim rankingu... Kto jest Twoim wymarzonym partnerem spośród aktywnych zawodników?

      - Główną rolę w deblu odgrywa taktyka: gdzie się ustawić, kiedy przejść, co zrobić w danym momencie. Pod tym kątem oglądam spotkania deblowe. Jeżeli chodzi o partnera to chciałbym grać z Polakiem. Nie ukrywam, że nie raz pytałem się polskich deblistów o wspólną grę, ale niestety nigdy nie doszło to do skutku. Wiele bym dał, żeby Łukasz [Kubot] był moim partnerem. Dla mnie jego gra jest niesamowita, ma perfekcyjny return, dobrze się porusza na siatce, doskonale serwuje. On czuje tego debla.

      Michał Przysiężny mówił mi, że singlista potrzebuje około 300 tysięcy złotych/sezon, aby opłacić podróże, trenerów, odżywki i inne niezbędne rzeczy. Jeżeli nie jest to tajemnicą, jakie są nakłady finansowe deblisty Twojego kalibru?

      - Koszty mogą wynosić od 100 do 500 tysięcy zł. Zależy jakiego masz trenera, czy bierzesz go ze sobą na wszystkie turnieje itp. Gdybym ja miał 100 tysięcy na sezon to nie martwiłbym się o nic i codziennie budził się z uśmiechem na twarzy. To nie byłyby pieniądze na życie, tylko na wyjazdy, przeloty, treningi i trenera.

      Skoro oglądasz grę podwójną to powiedz, z oglądania której pary deblowej czerpiesz największą przyjemność. Patrzysz w rozkład gier, siadasz przed telewizorem lub komputerem i zacierasz ręce przed meczem...

      - Aż tak się nie emocjonuję. Wiele osób zachwyca się grą braci Bryan. Ja za tym stylem nie przepadam, zdecydowanie wolę debla, w którym są zmiany, loby, wymiany z głębi kortu...

      Czyli kłania się Wimbledon - Marcel Granollers i Marc Lopez. Woleje zagrywane przez nich wzdłuż siatki to poezja. Z wysokości trybun widziałem Wasz tegoroczny pojedynek z Hiszpanami. Z pewnością byłeś rozgoryczony wynikiem [6:3 6:4 6:7(6) 4:6 13:15], ale gdy przeanalizujesz ten mecz na chłodno, jest w Tobie więcej optymizmu, czy rozczarowania? Pojawiła się szansa, a znów musieliście wrócić "na swoje miejsce".

      - W pierwszych trzech setach byliśmy od rywali dużo lepsi, mieliśmy nawet dwie piłki meczowe. Zaśmieję się teraz, bo przed meczem powiedziałem, że chcę zagrać pięć setów (śmiech). Po meczu się popłakałem i musiałem posiedzieć godzinę w ciszy i samotności. Nie chciałem nawet przychodzić na konferencję, a jak już przyszedłem to plotłem na niej głupstwa. Jeżeli ochłoniesz po takim meczu i przeanalizujesz go w spokoju, dochodzisz do wniosku, że tam może być spokojnie Twoje miejsce. Nawet ta porażka bardzo mnie podbudowała. Pokazała mi, że idę w dobrym kierunku i to co robię jest warte dalszych poświęceń.

      Rozdzieranie koszulki i donośny okrzyk po wygranym spotkaniu powoli stają się Twoim znakiem firmowym. Jeżeli kończysz mecz widowiskowym zagraniem to widzowie wiedzą, że na korcie dojdzie do emocjonalnego wybuchu. Reakcja jest przepiękna.

      - Dla Ciebie przepiękna, a dla mojego taty idiotyczna (śmiech). Ja nie robię tego specjalnie. W meczu z parą Skupski/Skupski były ogromne emocje. Bardzo chciałem wygrać to spotkanie, walczyłem o każdą piłkę i wygraliśmy 10:8 w super tie-breaku. To wszystko przez to. Ja tego nie planuję i nie nacinam koszulek, żeby łatwiej się rozrywały (śmiech). To wyszło ze mnie, bo jestem człowiekiem emocjonalnym.

      Możemy powiedzieć, że jest to mała odpowiedź na kankana Łukasza Kubota?

      - Chyba nie, bo Łukasz robi to po każdym ważnym meczu, a ja tylko w Szczecinie. Mam sentyment do turnieju Pekao Szczecin Open, bo zawsze się tutaj dobrze czuję: są mili ludzie, wspaniała organizacja, jestem tu ciepło przyjmowany. Przez to, że chciałem się tutaj dobrze pokazać, te emocje były jeszcze większe.

      A gdybyś pokazał taką reakcję na kortach Wimbledonu? Wyszedłbyś na plus, czy spłacał karę finansową przez kolejne kilka miesięcy?

      - Jest to znak radości po meczu, więc raczej przymknęliby na to oko. Zobaczymy, może kiedyś będzie okazja, aby się przekonać (śmiech).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z tenisistą (9): Mateusz Kowalczyk”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      środa, 23 września 2015 02:46
  • czwartek, 20 sierpnia 2015
    • Wywiad z tenisistą (8): Jason Kubler

      jaskub

      Marek Furjan: W juniorskim Wimbledonie 2011 z wysokimi numerami rozstawieni byli Dominic Thiem i Jiri Vesely, ale żaden z nich nie doszedł do półfinału, jak Ty. Co czujesz, obserwując z bliska kolejne sukcesy na poziomie ATP w ich wykonaniu?

      Jason Kubler: Po pierwsze: cieszę się z ich dobrych wyników. Każdy młodzieniec, który dochodzi do tak wysokich pozycji rankingowych, zasługuje na dobre słowo. Ich droga daje mi również wiarę we własne możliwości. Wiesz, jeżeli oni mogą osiągać tak dobre wyniki, ja też mogę tego dokonać. Każdy tenisista przeżywa swoją własną podróż. Thiem i Vesely już teraz odnoszą sukcesy w turniejach ATP. Może moja podróż do tego miejsca będzie trwała nieco dłużej? Bardzo trudno o takie porównania, bo każdy robi niektóre rzeczy inaczej, a na korcie ma inny styl gry. Nie możesz myśleć: on jest aż tam, dlaczego nie padło na mnie? Musisz przeżywać swoją podróż i dążyć do doskonałości, a jeśli pewnego dnia spełnisz swoje marzenia, będzie to efekt ciężkiej pracy.

      Wasz rówieśnik, Filip Horansky, mówił mi w ubiegłym roku, że Thiem i Vesely przerastali rówieśników pod względem mentalnym. Zgadzasz się, że ich przejście do seniorskich rozgrywek było dzięki temu łatwiejsze i bardziej płynne?

      - Jest wielu dobrych juniorów, którzy po przejściu do seniorskiego tenisa zaczynają borykać się z wieloma problemami. Ja także to przeżyłem. Wygrywasz mecze wśród juniorów, a za moment zaczynasz rywalizować z dorosłymi mężczyznami. Przegrywasz w pierwszych rundach, nie kwalifikujesz się do kolejnych turniejów. Początek jest bardzo trudny. Jeżeli wspominana dwójka jest silna psychicznie, nie przejmuje się porażkami, a nawet dzięki nim się poprawia. Dla przeciętnego tenisisty, cały proces zmiany trwa rok, może dwa. To czas, po którym możesz powiedzieć nad czym musisz szczególnie pracować. W juniorach jest trochę inaczej: wygrywasz wiele spotkań, nie doświadczasz takiej presji. Przygotowanie mentalne to bardzo groźna broń na korcie. Zobacz na Rafę Nadala - on jest mocny psychicznie. Gdy Hewitt był trochę młodszy, również był wzorem w tej kwestii.

      W 2009 roku wygrałeś trzydzieści pięć meczów z rzędu. Pomimo świetnego bilansu spotkań w czasach juniorskich, na wielkoszlemowych turniejach grałeś poniżej oczekiwań.

      - Nie brałem udziału w wielu takich turniejach. Zagrałem może w pięciu. W ostatnim roku mojej juniorskiej gry dotarłem do półfinału Wimbledonu. W Australii osiągnąłem trzecią rundę. French Open... Co się tam wydarzyło? Już pamiętam! Grałem przed dużą publicznością i byłem zdenerwowany.

      Pamiętasz numer kortu?

      - To chyba była siódemka - kort z dużą ilością krzesełek dla widzów. Nie przypominam sobie, żebym w juniorskim Szlemie odniósł jakąkolwiek kompromitującą porażkę. Czasami przegrywałem wcześnie, ale nie było sytuacji, w której niespodziewanie przegrałem mecz. Zawsze podejmowałem walkę, a pojedynki były zacięte.

      Na swoim koncie masz też jeden występ w seniorskim turnieju wielkoszlemowym. W jaki sposób porażka 1:6 2:6 2:6 z Ljubiciciem wpłynęła na siedemnastoletniego wówczas zawodnika? Zmotywowała i zachęciła do pracy, czy na kilka tygodni podcięła skrzydła, bo pomyślałeś sobie: o Boże, on jest pięć razy lepszy ode mnie?

      - Wiesz co? On prawdopodobnie był o te pięć razy lepszy ode mnie (śmiech). Nie miałem wtedy nawet punktu w rankingu ATP, ale byłem w czołowej piątce juniorów na świecie. Byłem bardzo niedojrzały. Przed wspomnianym meczem w Australian Open zagrałem dwa mecze w eliminacjach do turniejów ATP. To było znakomite doświadczenie, bo po raz pierwszy grałem pod presją. Te mecze miały pokazać, czy się załamię porażkami, czy wpłyną one na mnie motywująco. Tydzień po porażce z Ljubiciciem, podczas challengera w Burnie, zagrałem trzy zacięte sety z Bernardem Tomiciem. To był dla mnie trudny okres, bo po rozegraniu meczu w Australian Open, za moment musiałem rywalizować w turniejach rangi Futures. W międzyczasie miałem też trochę problemów ze zdrowiem. Trzy miesiące po występie w Melbourne zdobyłem swój pierwszy punkt do rankingu ATP. Myślę, że mecz z Ljubiciciem był dla mnie cennym doświadczeniem. Być może wszystko wydarzyło się trochę za wcześnie, ale gdy wspominam to sobie po pięciu latach, widzę same pozytywy.

      Muszę zapytać o blizny, które widzę na Twoim kolanie. Wiele czytałem o Twoich problemach ze zdrowiem. Kiedy zacząłeś szczególnie dbać o kolana?

      - Mam za sobą cztery operacje kolan: trzy na lewe i jedną na prawe. Pierwszy zabieg odbył się, gdy miałem 14-15 lat. Rehabilitacja trwała 6-8 tygodni, ale gdy wróciłem na kort, wciąż czułem ból. Sześć miesięcy po pierwszej operacji, po raz drugi trafiłem pod nóż. Wydłużyliśmy okres rehabilitacji do dziesięciu tygodni i przez jakiś czas nic nie wskazywało na to, że problemy z kolanami wrócą. Gdy miałem siedemnaście, może osiemnaście lat, lekarze znów musieli zająć się moim kolanem. Wtedy przywiązałem się na dobre do kortów ziemnych. Bardzo cieszy mnie fakt, że niedawno zagrałem w eliminacjach Wimbledonu. Dawno nie grałem na nawierzchni innej niż mączka.

      Na innych kortach pojawiłeś się po raz pierwszy od trzech lat. Czy to znak, że Twoje ciało jest w lepszej kondycji?

      - Nie sądzę, że jest to znak lepszego samopoczucia. To wiadomość, że mogę grać z powodzeniem na trawie. Gdy wracaliśmy z moim sztabem do Australii, zawsze zastanawialiśmy się, czy dam radę zagrać, czy powinienem... Po tym występie wiem, że w najbliższych latach mogę w pełni przyłożyć się do występów na trawiastych kortach. Następnym krokiem będzie powrót na korty twarde. Jeżeli wnioski po takim występie będą równie pozytywne, będę na nich występował częściej. Z pewnością wystartuję w eliminacjach do US Open.

      Wyprzedzasz moje kolejne pytania. Pamiętasz swój ostatni występ na twardej nawierzchni?

      - Szczerze mówiąc, nie.

      Futures w Hiszpanii w 2010 roku. Upłynęło już trochę czasu od tamtego momentu.

      - (śmiech) Spróbujemy, zobaczymy. Po US Open będę mógł wybrać się zarówno na challengery na kortach ziemnych w Europie, jak i turnieje ATP w Azji. Będę miał wybór, a decyzję podejmę po starcie w Nowym Jorku.

      Czy możemy stwierdzić, że Twój problem z kolanami to obecnie kłopot bardziej mentalny niż fizyczny?

      - Trudno powiedzieć. Jest to problem mentalny, bo jak wychodzę na kort, to myślę, że powinienem unikać pewnych ruchów. Wychodzę na mecz z bagażem wiedzy o stanie moich kolan, którą przekazało mi wiele osób. Mogą mieć rację i przy mocniejszej pracy kontuzja może się odnowić. Wtedy stanie się to problem fizyczny. Mam 22 lata, wciąż jestem młody. Jeżeli po kolejnych występach nie będzie złych sygnałów, będę bardzo zadowolony.

      Przez jakiś czas trenowałeś w Barcelonie. Możesz opowiedzieć o tym okresie?

      - Z Australijską Federacją współpracował Felix Mantilla. Współpracowałem z nim przez rok, może półtora. Był jednym z moich dwóch trenerów w tamtym czasie. Byłem w grupie czterech-pięciu zawodników, którym w Barcelonie pomagał Mantilla.

      Od roku nie wypadłeś z drugiej setki rankingu ATP. Czy próba powrotu do gry na szybszych nawierzchniach oznacza świadomość, że nie będziesz mógł wskoczyć do TOP100 rywalizując wyłącznie na nawierzchni ziemnej?

      - Jeżeli jesteś wybitnym specjalistą od gry na cegle, możesz z łatwością być wśród dwudziestu najlepszych zawodników na świecie.

      Pod warunkiem, że masz na nazwisko Nadal lub Almagro...

      - To naprawdę jest możliwe! Jeżeli coś wydarzyłoby się na US Open, mógłbym wrócić do gry na mączce przez cały rok. Oczywiście nie zawsze byłyby to turnieje ATP, ale najwyższej rangi challengery połączone z większymi imprezami.

      W kwietniu miałeś okazję trenować w Keim Nishikorim. Jak doszło do tego spotkania?

      - Kilka tygodni marca i kwietnia spędziłem w Akademii Nicka Bollettieriego na Florydzie. Kei również tam trenował, mieszka chyba w bliskim sąsiedztwie. Pewnego dnia jego trener zapytał mojego, czy możemy razem poodbijać. Oczywiście byłem chętny. Takie spotkania pomagają, bo gdy widzimy się teraz na turniejach, możemy sobie powiedzieć "cześć". W jakimś stopniu się poznaliśmy, śledzę jego rezultaty. Myślę, że można zauważyć kilka podobieństw: warunki fizyczne, podobne bronie na korcie. Mogłem porównać wiele elementów, bo skoro on robił to tak, to też próbowałem wprowadzić to do swojego repertuaru. Fajnie było zobaczyć, że grając set na punkty, różnica nie była aż tak wielka.

      Po tym spotkaniu Nishikori chwalił Cię w rozmowach z mediami. Mówił, że wkrótce zobaczy Cię w TOP100 i był zachwycony rotacją, jaką nadajesz piłce z forhendu i bekhendu. Także uważasz, że to Twój największy atut?

      - Duża rotacja to element, który nie jest fundamentem mojej gry. Jestem dość szybki, dość solidny i nie mam wielu słabych stron. Umiejętność nadania piłce dodatkowej rotacji jest wartością dodaną.

      Czy Twoje cele i marzenia na kolejne miesiące wiążą się z tenisem i wynikami, czy zdrowiem i życiem prywatnym?

      - Moim głównym celem na ten rok, a nawet na całe życie, jest bycie szczęśliwym z tego co robię. Cokolwiek by to nie było! Jeżeli gram w tenisa i nie czerpię z tego przyjemności, robię tygodniową przerwę, odpoczywam i wracam do treningów. Nie chcę grać siedmiu turniejów z rzędu i jechać na szósty bez ochoty do gry. Jeżeli będą omijały mnie kontuzje, chciałbym dać z siebie wszystko i rywalizować na dobrym poziomie przez cały rok. Dużo czasu spędzam z dziewczyną, która w tym roku podróżuje ze mną z turnieju na turniej. Jeżeli jestem szczęśliwy poza kortem, na mecz wychodzę z nastawieniem dobiegania do każdej piłki.

      Urodziłeś się w Australii i reprezentujesz ten kraj, ale mam przeczucie, że masz azjatyckie korzenie...

      - Tak, moja mama pochodzi z Filipin. Nigdy tam nie byłem, chociaż to jedno z moich marzeń. Widziałem na zdjęciach piękne plaże i ośrodki wypoczynkowe. Chciałbym odwiedzić prowincję, w której dorastała moja mama. Zobaczyć to, co ona widziała gdy była młodsza. Opowiadała mi tyle śmiesznych historii! Może uda się odwiedzić tamte strony po tym sezonie. Będę miał 2-3 tygodnie na odpoczynek, ale z Australii jest daleko do każdego zakątka świata. Musisz lecieć do Singapuru, aby przesiąść się do samolotu zmierzającego na Filipiny. To dlatego od czterech miesięcy nie było mnie w domu. Gdy przylatujesz do Europy, chcesz zostać tu jak najdłużej. W przetrwaniu pomaga mi zwiedzanie miast w których gram.

      Rozegrałeś siedem oficjalnych meczów przeciwko polskim tenisistom (6 w seniorach i 1 w juniorach). Prawdopodobnie nie jesteś ulubionym tenisistą w naszym kraju, bo za każdym razem wygrywałeś. Co masz do powiedzenia polskim kibicom?

      - Nie wiedziałem o tym! Przepraszam!(śmiech)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z tenisistą (8): Jason Kubler”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 sierpnia 2015 16:42
  • czwartek, 23 lipca 2015
    • Wywiad z tenisistą (7): Taro Daniel

      tarodan2

      Marek Furjan: Po raz pierwszy obserwowałem Cię na żywo w ubiegłym roku podczas turnieju w Katarze. Brałeś udział w eliminacjach, odpadłeś w decydującej rundzie, ale zaimponowałeś mi tym, jak spędzałeś wolny czas. Widywałem Cię na kortach treningowych w roli obserwatora. Siedząc na lodówce na sąsiednim korcie, oglądałeś m.in. cały sparing Nadala z Ferrerem. Czy to objaw niesłychanej ambicji i dążenia do perfekcji?

      Taro Daniel: - Mój obecny trener - Jose Altur - współpracował wtedy z Davidem Ferrerem. Gdy brałem udział w turniejach wielkoszlemowych i większych zawodach ATP, miałem okazję być bardzo blisko niego. Trenowałem z nim, śledziłem jego przygotowania z bliska. Pewnie dlatego widziałeś mnie podczas tamtego treningu. Bardzo lubię obserwować zajęcia z udziałem najlepszych tenisistów na świecie, bo mogę wychwycić rzeczy, które oni stosują, a których nie robimy my. Z pewnością jestem ambitny, ale na pewno nie chorobliwie. (śmiech)

      Urodziłeś się w USA, reprezentujesz Japonię, a trenujesz w akademii w Hiszpanii. Jak tam trafiłeś? Byłeś członkiem Masaaki Morita Tennis Found Group jak Kei Nishikori?

      - To długa historia. Mój tata zawsze miał pracę, która wymagała podróżowania i przemieszczania się po całym świecie. Gdy miałem trzynaście lub czternaście lat, znalazł pracę w Europie. Mieszkanie na tym kontynencie było zawsze jego marzeniem. Tak trafiliśmy wraz z siostrą do Akademii TenisVal w Walencji, gdzie poznałem Jose Altura.

      To nietypowe, że Japończyk rozgrywa tak wiele turniejów na kortach ziemnych. Sumując występy w imprezach ATP i challengerach, mecz z Kapasiem był Twoim sześćdziesiątym dziewiątym w karierze na tej nawierzchni. Tatsuma Ito, Go Soeda i Yoshihito Nishioka, którzy podobnie jak Ty klasyfikowani są na początku drugiej setki rankingu ATP, mają takich meczów sześćdziesiąt jeden. Twoje zamiłowanie do mączki zostało niejako wymuszone wieloletnim pobytem w Hiszpanii?

      - Zawsze lubiłem korty ziemne, ale treningi w Hiszpanii z pewnością uczyniły mnie lepszym fachowcem od gry na tej nawierzchni. Jeżeli chcesz dobrze grać na cegle, powinieneś zacząć dość wcześnie trenować na takich kortach. Myślę, że rozpoczęcie treningów na mączce w wieku 14-15 lat, może uczynić cię wysokiej klasy specjalistą od gry na tej nawierzchni. Ja tak postąpiłem i do szesnastego roku życia trenowałem na kortach ziemnych dzień w dzień. Później zacząłem brać udział w międzynarodowych turniejach. Myślę, że w tym roku rzeczywiście lepiej prezentuję się na mączce niż na kortach twardych. Chciałbym, aby to pozostało moim atutem w najbliższych latach.

      Zadebiutowałeś w Pucharze Davisa, wygrałeś dwa mecze w turniejach ATP, rozegrałeś kilka spotkań z utytułowanymi rywalami, zbliżasz się do TOP 100. Jak oceniasz minione kilkanaście miesięcy?

      - Z pewnością jestem uradowany poprawą miejsc rankingowych i samej gry. Trudno jest poprawiać się każdego dnia, szczególnie, że wciąż dorastam. Ranking jest zawsze ważny i zawodnicy często o nim myślą, ale gdy skoncentrujesz się na właściwych rzeczach, owoce pracy będą czymś naturalnym.

      W TOP 100 jest w chwili obecnej tylko jeden Japończyk. Kilku z Was znajduje się na początku drugiej setki rankingu ATP. Jest dla Was miejsce w japońskich mediach, czy cała uwaga poświęcona jest Nishikoriemu?

      - Tenisowi poświęca się w mediach dość dużą uwagę. Zawsze mówi się o Nishikorim i reszcie, ale w Japonii wszyscy otrzymujemy ogromne wsparcie od kibiców i sponsorów. Jestem im za to bardzo wdzięczny. Sam Kei ma dużą świadomość naszego istnienia i jest to dla nas bardzo ważne.

      Czy Nishikori jest typem człowieka, który bezinteresownie dzieli się swoimi doświadczeniami?

      - Jego rady zawsze są pomocne, ale ja mam z nim relacje przyjacielskie. Nie jest dla mnie starszym kolegą, który mówi mi co powinienem robić. Nie rozmawiamy wiele o tym, jak powinienem grać przeciwko konkretnemu rywalowi. Jeżeli potrzebuję rady, zawsze go o nią poproszę. Na co dzień poruszamy jednak normalne tematy, często nie związane z tenisem.

      Wspomniałeś o kibicach. Słyszałem, że podczas Rakuten Open w Tokio fani zbierają autografy zawodników na wcześniej wydrukowanych zdjęciach. Nie ma znaczenia, czy to tenisista ze ścisłej czołówki, czy z trzeciej setki. Ludzie na trybunach mają dużą wiedzę?

      - W ostatnich trzech-czterech latach tenis w Japonii bardzo się rozwinął. Kibice wiedzą o zawodnikach bardzo dużo, ale na challengerze w Poznaniu także spotkałem osoby, które kolekcjonowały autografy w specjalnych albumach ze zdjęciami. Wywarli na mnie świetne wrażenie!

      Jeżeli miałbyś porównać popularność tenisa z pozostałymi sportami w Japonii, to które miejsce byś mu przypisał?

      - Gdzieś wysoko: może trzecie, a może czwarte. Sportem numer jeden jest baseball. Po nim jest miejsce dla piłki nożnej, golfa i tenisa.

      A sumo?

      - Sumo to sport, który nie przyciąga młodych ludzi. Ja nigdy nie oglądałem takich zawodów z trybun.

      Przejście z rozgrywek juniorskich do seniorskich często nie jest takie łatwe. Czy jest w zawodowym cyklu coś, co wyobrażałeś sobie inaczej?

      - Gdy byłem bardzo młody to myślałem, że szatnie na turniejach Wielkiego Szlema są pokryte złotem i przypominają komnaty z Disneylandu. Jest oczywiście zupełnie inaczej: szatnie są piękne i przestronne, ale nie mają w sobie nic nieprawdopodobnego. Inne rzeczy trudno mi w tej chwili wskazać. Z pewnością wszystko jest bardziej profesjonalne i lepiej zorganizowane niż przypuszczałem.

      Przypominasz sobie jakąś śmieszną lub dziwną prośbę, jaką złożył Ci kibic? Może jakiś autograf na klatce piersiowej lub oddanie skarpetek po meczu?

      - Podczas meczu w Pucharze Davisa w Japonii, na trybunach zobaczyłem ogromny transparent z moją twarzą. Był imponujący, zdecydowanie większy niż cała moja sylwetka. Po meczu złożyłem na transparencie swój podpis. To było dosyć dziwne i wyjątkowe doświadczenie.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z tenisistą (7): Taro Daniel”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 lipca 2015 11:26
  • piątek, 10 lipca 2015
    • Porównanie: Australian Open vs Wimbledon

      wimb3mar

      W poniedziałek wróciłem z Londynu. Każdy dzień spędzony na kortach Wimbledonu był dla mnie niesłychanie ciekawy. Zgodnie z tym, o czym informowałem Was na Facebooku, postaram się porównać trawiasty turniej wielkoszlemowy z tym, co zapamiętałem z dwóch pobytów w Melbourne. Pochylę się nad sprawami istotnymi dla kibica, dziennikarza i zawodników. Z trzech wielkoszlemowych imprez na których miałem okazję być, to właśnie Australian Open urzekło mnie najbardziej.

      STREFA KIBICA:

       

      • TRYBUNY/MIEJSCA DLA KIBICÓW

      Australian Open: Poza dwoma kortami (#12 i #14), każdy z kortów turniejowych dysponuje w miarę porządną trybuną. Niektóre mieszczą kilkadziesiąt, inne kilkaset, a największe kilka tysięcy osób. Teren kortów przygotowany jest na przyjęcie tabunów kibiców z całego świata. W ubiegłym roku, podczas dwóch tygodni zawodów, naliczono ich 643,280 tys. Ze znalezieniem miejsc siedzących zazwyczaj nie miałem problemów. Migracje kibiców są tak częste, że - w najgorszym wypadku - po kilkunastu minutach oczekiwania znajdziemy dla siebie wolne miejsce.

      Wimbledon: Turniej w Londynie odwiedza mniej kibiców (491,084 tys. w 2014 roku), ale zarówno w alejkach między kortami jak i na trybunach panuje zdecydowanie większy ścisk. Tłok przypomina bardziej to, co na przełomie maja i czerwca dzieje się na paryskich kortach Rolanda Garrosa, aniżeli dosyć relaksujący pobyt w Melbourne Park. Jeżeli chcemy mieć pewność, że kilkugodzinne spotkanie obejrzymy w pozycji siedzącej, musimy przyjść na kort zdecydowanie wcześniej. Pierwsza faza rozgrzewki jest zazwyczaj ostatnim momentem na znalezienie swojego miejsca. Wiele osób zajmuje je tuż po zakończeniu poprzedniego meczu. Korty #5, #6, #9 i #10, na których rozgrywa się mecze w pierwszym tygodniu turnieju, dysponują kilkunastoma trzyosobowymi ławeczkami. Po tym, jak swoje miejsca zajmą trenerzy i przyjaciele grających zawodników, dla kibiców zostaje 30-40 miejsc. Pozostali widzowie stoją za plecami siedzących, ale chętnych jest tak dużo, że podczas meczów cieszących się dużym zainteresowaniem, służby blokują dostęp do alejek (dopiero jak ktoś opuści przejście między kortami, kolejne osoby mogą wejść). Tak było choćby podczas meczu Jerzego Janowicza z Marselem Ilhanem.

      Wimbledon 2015

       

      • KORT CENTRALNY

      Australian Open: Tenisowy spektakl rozgrywany na korcie centralnym może w Melbourne obejrzeć około 15 tysięcy osób. Można okrążyć cały obiekt zanim wejdzie się na trybuny. Alejka, którą podążamy szukając swojego sektora, jest szeroka i można w niej kupić jedzenie i picie. Od stoiska z frytkami i kalmarami do wejścia na trybunę może nas dzielić dosłownie kilkanaście kroków.

      Wimbledon: Pojemność kortu centralnego podobna - ok. 15 tys. miejsc. Nie zgubimy się w labiryncie alejek prowadzących nas na określoną trybunę, ale przy braku szczęścia będziemy przepychać się małymi korytarzami mijając po drodze inne wejścia i kolejki chętnych. Stoiska z jedzeniem usytuowane głównie na zewnątrz obiektu, co wydłuża nieco czas potrzebny na powrót na trybunę.

      Rod Laver Arena

       

      • WSPÓLNE OGLĄDANIE MECZÓW

      Australian Open: Telebimy, na których oglądać można wydarzenia z najbardziej prestiżowych kortów, umieszczone są obok Garden Square. Kibice, którzy nie mają biletów na wspomniane korty, mogą usiąść przy białym stoliku i z cienia, jaki zapewniają niewielkie drzewka, zerkać na spotkania największych gwiazd. Ilość miejsc jest ograniczona, ale w razie czego można przycupnąć na trawniku lub chodniku.

      Wimbledon: Wzgórze Henmana daje duże możliwości. Ludzie siadają obok siebie, aby wykorzystać każdy centymetr kwadratowy pagórka znajdującego się w sąsiedztwie kortu #1. Jest atmosfera, salwy braw, niekończące się rozmowy i oglądanie tenisa na gigantycznym telebimie. To miejsce hipnotyzuje bardziej niż plac przy owalnym korcie #1 w Paryżu.

      Henman Hill

       

      • NOCLEG

      Australian Open: Wystarczy przejść na drugą stronę rzeki Yarra, wejść między wysokie budynki w pobliżu Chinatown i znalezienie miejsca noclegowego nie powinno stanowić dla nas problemu. Można spać w ekskluzywnym Grand Hyatt za ponad 300 dolarów australijskich za jedną noc, albo wybrać opcję niskobudżetową, czyli 33$/noc w pokoju dwuosobowym w jednym z pobliskich hosteli, gdzie barman-recepcjonista zaproponuje nam zapłacenie za 10 zamiast 14 noclegów. Dojście na korty z każdego z tych miejsc zajmie nam nie więcej niż 10 minut. Akredytacja dziennikarska daje przywilej podróżowania za darmo niektórymi środkami lokomocji w trakcie trwania turnieju, więc przedstawiciele mediów mogą rozpatrzeć również zaklepanie noclegu w dalszej odległości od kortów.

      Wimbledon: Wimbledon Village, bo tak nazywa się okolica rozciągająca się wokół kortów, to przede wszystkim domki. Niska zabudowa, ogródki i daleka odległość od centrum Londynu sprawiają, że większość zawodników szuka noclegu w pobliskich domach. Niektóre wynajmowane są na wyłączność, inne można dzielić z gospodarzami. Takie rozwiązanie gwarantuje oszczędność czasu. Podczas mojego pobytu, spacer z domu na korty zajmował mi około dwóch minut. Wielu kolegów, którzy zatrzymali się w hotelach oddalonych od tenisowego obiektu o kilka lub kilkanaście kilometrów, aby dotrzeć na czas, musiało rozpoczynać wyprawę nawet godzinę przed startem gier. O opłacie za przejazd metrem (za przejechanie 6 stacji i powrót zapłaciłem niecałe 10 funtów) nie warto nawet wspominać. Bez względu na opcję, którą wybierzemy, musimy liczyć się z kosztem oscylującym co najmniej w granicach 40-50 funtów/noc.

      Wimbledon Village

       

      • ATRAKCJE

      Australian Open: Heineken Beer Garden to miejsce dla osób, które po sportowych emocjach chcą spędzić czas w inny sposób. Muzyka na żywo, stoliki, piwo i jedzenie. Nieopodal, także na terenie tzw. Grand Slam Oval, można zmierzyć prędkość swojego serwisu lub wziąć udział w konkursie dotyczącym tenisowych sztuczek. A wszystko w pobliżu dwóch największych kortów: Rod Laver Arena i Hisense.

      Wimbledon: Nie wiem, czy czegoś nie przegapiłem. Na obiekcie All-England Club moją uwagę przyciągały wyłącznie wydarzenia tenisowe. Po tygodniowym pobycie nie umiem wskazać miejsca, do którego miałyby udać się osoby, które po dwóch godzinach oglądania są już tenisem zmęczone.

      Heineken

       

      STREFA ZAWODNIKA:

       

      • WYŻYWIENIE

      Australian Open: Każdy tenisista ma do wykorzystania 80$ dziennie. Może je przeznaczyć na dowolne potrawy/produkty w restauracji dla zawodników (i prawdopodobnie w każdym punkcie z jedzeniem na terenie obiektu). Zamiast przyjąć pieniądze, kasjer skanuje kod z plakietki zawodnika i informuje o kwocie, która pozostała do wykorzystania danego dnia.

      Wimbledon: Zasady bardzo podobne. Różnica dotyczy kwoty (75 funtów/dzień) i miejsca (wydaje mi się, że identyfikator umożliwia jedzenie wyłącznie w knajpie dla zawodników). Zarówno w Melbourne jak i Londynie saldo nie może zostać zamienione na gotówkę.

      Na Li

       

      • TRANSPORT

      Australian Open: Zawodnik zgłasza się do recepcji przy parkingu (nieopodal podziemi Rod Laver Areny), podaje nazwisko i przychodzi do niego jeden z kierowców. Przed budynkiem czeka flota kilkudziesięciu samochodów KIA. Kierowca z uśmiechem na ustach zawozi tenisistę w niemal każdy zakątek Melbourne: do hotelu w centrum, czy domku nad oceanem. Odległość - w obrębie miasta - nie ma znaczenia.

      Wimbledon: Kierowcy nie są już tak dobroduszni. Po wyruszeniu z kortów Wimbledonu Jaguarem lub Land Roverem, tenisista może zostać wywieziony najdalej na odległość 7 mil.

      Ciekawostka dotyczy turnieju French Open. Każdy zawodnik, który opuszcza turniej, ma do dyspozycji jeden środek transportu. Jeżeli tenisista i trener nie opuszczają Paryża na pokładzie tego samego samolotu (np. jeden leci rano, a drugi wieczorem), jedna z osób musi pomyśleć o przejeździe na własną rękę (metro, autobus, taksówka...).

      Jaguar Wimbledon

       

      • NOCLEG

      Australian Open: Uczestnicy wielkoszlemowych imprez otrzymują od organizatorów pieniądze na pokrycie kosztów noclegu. W Melbourne jest to kwota 300$/noc. Jeżeli śpisz w drogim hotelu i płacisz za noc np. 400$, do 300$ otrzymanych w ramach dofinansowania, ze swojej kieszeni dorzucasz 100$. Jeśli zawodnik wybierze nocleg w tanim hostelu lub pokój w domku nad wodą, każdą nadwyżkę zostawia dla siebie (jeżeli śpi za 120$/noc, 180$ zatrzymuje).

      Wimbledon: Sytuacja analogiczna, tyle, że różni się kwota. Na opłacenie każdego noclegu w Londynie tenisista otrzymuje 200 funtów.

      Melbourne

       

      • ZAKUPY W SKLEPIE TURNIEJOWYM

      Australian Open: Każdy zawodnik otrzymuje 20% zniżki na artykuły, które będzie chciał kupić.

      Wimbledon: Tenisista dostaje voucher o wartości 250 funtów. Ceny pamiątek są dosyć wysokie, więc z pewnością nie wystarczy na prezenty dla wszystkich znajomych.

      Wimbledon

       

      • NACIĄGANIE RAKIET

      Australian Open: Po każdym wygranym meczu, bezpłatnie naciągnąć można 5 rakiet. Za każdą kolejną trzeba płacić.

      Wimbledon: Nie ma nic za darmo. Naciągnięcie każdej rakiety kosztuje około 22 funtów. Podczas rekordowego dnia w ubiegłym roku, team turniejowych stringerów naciągnął aż 402 rakiety!

      Australian Open stringer

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Porównanie: Australian Open vs Wimbledon”
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      piątek, 10 lipca 2015 02:19
  • piątek, 03 lipca 2015
    • Ostatni trening Rafy

      rafaaor

      Dzień rozpocząłem od wizyty na kortach treningowych. Po najcieplejszym dniu w historii Wimbledonu i najwyższej temperaturze od 1976 roku, przyszedł w Londynie czas na małe opady. Z tego powodu organizatorzy opóźnili start czwartkowych gier o kilkadziesiąt minut. Deszcz nie był intensywny, ale każda kropla, która spadłaby na trawiasty kort, mogłaby wyrządzić zawodnikom krzywdę. Trenowała m.in. Agnieszka Radwańska, ale na jej zajęcia nie zdążyłem. Gdy znalazłem się na kortach Aorangi, treningi rozpoczynali: Rafael Nadal i Marc Lopez, Wiktoria Azarenka i Sascha Bajin, Milos Raonić i Ivan Ljubicić oraz Stan Wawrinka u boku Magnusa Normana. Towarzystwo doborowe. Kibice mogli oglądać zajęcia zza kortów na których grali Hiszpanie i Białorusinka. Gdy Rafa pojawił się na korcie, słychać było wrzaski, piski i inne okrzyki sugerujące ekstazę. Nadal sympatycznie się uśmiechnął i rozpoczął ostatnie przygotowania do meczu z Brownem. Przez cały trening Nadal i Lopez przebijali z głębi kortu. Forhendy Rafy obserwowane z odległości kilku metrów robią niesamowite wrażenie. Facet ma dynamit w ręku. Każdymi zajęciami zainteresowane są media. Zanim Nadal wyszedł na kort, jeden z trenerów oklejał mu lewą dłoń. Operator kamery towarzyszył panom stojąc w odległości kilkudziesięciu centymetrów od miejsca akcji. Nadal jest ostoją spokoju, bo kilku innych Mistrzów w takiej sytuacji mogłoby zainterweniować. Niewielu spodziewało się, że będzie to ostatni trening Nadala podczas tego Wimbledonu.

      "Nie był to zły dzień dla Białorusi" - zakomunikowała na Twitterze Olga Goworcowa. 27-letnia tenisistka pokonała Alize Cornet, a jej rodzimy duet deblowy Sierhij Betow/Aleksander Bury wyrzucił z imprezy debel miejscowy: Corrie/Edmund. Białorusini, których mogliśmy oglądać m.in. w turnieju Wrocław Open, zanotowali wygraną w wielkoszlemowym debiucie. Bez straty seta pokonali dwie pary w eliminacjach, a w pierwszym meczu w tak prestiżowej imprezie także nie napotkali na opór ze strony rywali. Betow jest bardzo dynamiczny i dobrze uzupełnia mniej sprawnego kolegę. Dwa dni wcześniej w strefie dla zawodników trwały mozolne poszukiwania. Sprawa dotyczyła koszulki dla mierzącego ponad 200 centymetrów Burego. Odzież w jakiej grał w eliminacjach nie spełniała wymogów turnieju głównego. W Roehampton nieodpowiednie miejsca na koszulce mógł mieć pozaklejane, ale przy Church Road trzeba prezentować się już sterylnie.

      Swoją dobrą grą zaskoczył mnie w czwartek Mariusz Fyrstenberg. Polak, który przez kilka tygodni zmagał się z urazem, wrócił do gry z Santiago Gonzalezem. Meksykanin przybrał trochę na wadze, bo też musiał spędzić trochę czasu w gabinecie lekarskim. Panowie świetnie serwowali i ładnie zamykali siatkę. Byli lepsi od Albota i Kukuszkina o klasę, czyli o jedno przełamanie w każdym z trzech setów. Gdy Gonzalez wróci do dobrej formy fizycznej (i stanie się dynamiczny, bo obecnie jest trochę "misiowaty"), para może wrócić na właściwy tor. W piątek przetestują ich Ivan Dodig i Marcelo Melo.

      Chorwat był jednym z kibiców Ajli Tomljanović podczas meczu z Agnieszką Radwańską. Używane przeze mnie w jednym z poprzednich wpisów słowo "meczycho" to opisu tego starcia zupełnie nie pasuje. Agnieszka grała w zasadzie bezbłędnie i z każdą przebitą piłką szanse na błąd chorwackiej Australijki rosły. Nie pomogła ani wizyta Dodiga, który będzie grał z Ajlą miksta, ani brawa od Nicka Kyrgiosa, który obserwuje każdy mecz koleżanki. Obaj panowie siedzieli w pobliżu Ratko Tomljanovicia - ojca i trenera Ajli. Podczas jednej z przerw były piłkarz ręczny został poproszony przez służby porządkowe o zdjęcie ręcznika z murku, który oddzielał go od kortu. Mam wrażenie, że na innych Szlemach tak małe przewinienie nie zostałoby zauważone.

      Czwartek przyniósł wiele ciekawych spotkań deblowych. Gdy Hewitt i Kokkinakis obejmowali prowadzenie w tie-breaku trzeciej partii (przy stanie 0:2 w setach), zbiegali w stronę ławeczki niczym Stepanek z Paesem. Cwałowali bokiem patrząc się sobie w oczy i wykrzykując do siebie słowa, które miały ich jeszcze bardziej nakręcić. Zanim na kort #16 wyszedł Marcin Matkowski, niespodziankę sprawił Nikoloz Basilashvili. 23-letni Gruzin miał w sobie dużą dawkę cierpliwości, bo starannie dobierał się do stojącego po drugiej stronie siatki Feliciano Lopeza. Hiszpan jest graczem stworzonym do rywalizacji na trawie, ale jego slajsy nie robiły na rywalu większego wrażenia. Nikoloz świetnie się poruszał i forhendowymi uderzeniami starannie przygotowywał większość ataków. Wygrana dała mu już największy sukces w karierze.

      Jeszcze lepsze widowisko stworzyli na tym obiekcie debliści. Gdy duety Matkowski/Zimonjić i Skupski/Skupski rozpoczynali piątego seta, kort otaczały tłumy. Pełne trybuny do pomieszczenia widzów nie wystarczyły, więc część z nich widowisko obserwowała z krzesełek umieszczonych przy innym korcie. Tłoczno było też w ekskluzywnej restauracji dla VIPów, która znajduje się na jednej ze ścian kortu centralnego. Z tego miejsca też można było śledzić zmagania deblistów.

      Mecz był bardzo dobry. Gdy w nocy przeczytałem na jednym z internetowych serwisów tytuł: "Marcin Matkowski wymęczył awans do II rundy", uśmiechnąłem się z politowaniem. Bracia Skupscy zagrali kosmiczny mecz. Leworęczny Ken przez pierwsze dwie godziny męczył Marcina Matkowskiego uciekającymi serwisami na zewnątrz. O sześć lat młodszy Neal analogicznym uderzeniem nękał z kolei Nenada. Brytyjczycy, którzy z powodzeniem grywali m.in. w challengerze Pekao Szczecin Open, byli nakręceni jak bracia Bryan. Cały czas truchtali i wzajemnie się motywowali. Pełno było ruchu zarówno pod siatką jak i na linii końcowej. Marcin i Nenad grali dobrze, ale jako pierwsi wpadli w małą tenisową zapaść. Wydostanie się z niej oznaczało konieczność wygrania dwóch ostatnich setów. Z pełną świadomością trzeba powiedzieć, że o wyniku zadecydowało dosłownie kilka piłek. W dwóch kluczowych momentach zainterweniował arbiter, który zmieniał decyzje swoich pomocników z linii. Dwukrotnie robił to na korzyść polsko-serbskiej pary, choć bez systemu Hawk-Eye, Brytyjczycy nie mogli zweryfikować jego decyzji.

      Nieopodal mnie siedziała starsza pani. Zainteresowała mnie jej czapka, więc po pierwszym secie zadałem jej kilka pytań. Czapka była robiona ręcznie, a jej powierzchnia pokryta była flagami różnych państw. Na każdej fladze jedno, dwa, a czasem trzy nazwiska tenisistów z danego kraju. W ekskluzywnym gronie znaleźli się m.in.: Andy Murray, Rafael Nadal, Novak Djoković, Roger Federer, Stan Wawrinka i Juan Martin del Potro. Wśród około dwudziestu nazwisk było także kilku przedstawicieli debla: Mark Knowles, Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski. "Lubię oglądać grę podwójną i wyszyłam nazwiska ulubionych zawodników. Co roku dobrze im życzę" - mówiła mi miła pani. Jej koleżanki zdecydowanie kibicowały rodakom, a ona delektowała się tenisem na wysokim poziomie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Ostatni trening Rafy”
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      piątek, 03 lipca 2015 12:29

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Zakładki

Kanał informacyjny

E-mail: tenisowyblogvamos@gmail.com




Opcje Bloxa