Vamos

Blog o tym co na kortach i wokół nich. Autorem jest Marek Furjan, dziennikarz i komentator

Wpisy

  • środa, 25 listopada 2015
    • Wywiad z tenisistą (13): Elias Ymer

      eliasymer2

      Marek Furjan: Porozmawiajmy trochę o Twoich korzeniach. Nie tak łatwo jest znaleźć szczegółowe informacje na temat Twojego pochodzenia.

      Elias Ymer: - Mama i tata pochodzą z Etiopii. Z powodu wojny uciekli z Etiopii i spotkali się w Szwecji. To było szczęście! Tata był profesjonalnym biegaczem długodystansowym. Osiągał dobre wyniki, biegał na 10 tysięcy metrów. Chciał zarazić miłością do biegania mnie i mojego brata, ale pomimo prób, nie przepadaliśmy za tym. Tata lubił również tenis – oglądał w telewizji Borisa Beckera i Michaela Changa i dlatego zaczęliśmy grać. Wciąż mieszkamy w Sztokholmie z rodzicami.

      Masz dwóch młodszych braci – Mikaela i Rafaela – którzy także grają w tenisa. Który z Was wyróżnia się z całej trójki w jakimś elemencie?

      - Rafael ma dopiero dziesięć lat, więc powiem tylko o mnie i Mikaelu. Ma bardzo dobre ręce, świetnie się broni, gra z ogromnym czuciem. Ja gram bardziej agresywnie. To, w czym jesteśmy podobni, to niezłe poruszanie się po korcie i waleczność. Obaj musimy poprawić swoją grę przy siatce – grę wolejem i kończenie akcji.

      A poza kortem?

      - Mikael jest bardziej wyluzowany, natomiast ja jestem trochę poważniejszy. Chociaż z drugiej strony, gdy trenujemy, jest bardzo skoncentrowany. Właściwie jesteśmy bardzo podobni.

      Twoim trenerem jest Galo Blanco, ćwierćfinalista French Open z 1997 roku. Jak doszło do tej współpracy?

      - Spotkaliśmy się w Barcelonie, gdzie trenowałem przez tydzień. Słyszałem o Galo wiele pochlebnych opinii i chciałem spróbować. Pracujemy razem od kwietnia.

      Powiedz mi o swoim debiucie w turnieju głównym ATP. Båstad, 2013 rok i mecz z Grigorem Dimitrovem. Prawdopodobnie był to dla Ciebie wyjątkowy dzień.

      - To był bardzo nerwowy dzień i chyba najbardziej nerwowy mecz w moim życiu. Grałem niesamowicie i byłem bliski wygranej. Może gdybym bardziej wierzył w to, że mogę go wtedy pokonać, to ja wygrałbym tamto spotkanie. Oczywiście Grigor nie grał swojego najlepszego tenisa, ale dla mnie – wówczas debiutującego w ATP siedemnastolatka – zacięty mecz z Dimitrovem był czymś niesłychanym.

      W 2009 roku byłem w Båstad na turniejach WTA i ATP. Jest to magiczne i ekskluzywne miejsce…

      - To tenisowe miasto. Wiele turniejów juniorskich rozgrywanych jest właśnie tam. „Båstad weeks” [dwa tygodnie związane z turniejami WTA i ATP] to wydarzenie, o którym wie w Szwecji każdy.

      Szwecja – kraj z tenisowymi tradycjami – ma obecnie trzech zawodników w TOP 500 i kilku niezłych deblistów. Dlaczego tak się dzieje?

      - To bardzo dobre pytanie, ale odpowiadam na nie za każdym razem gdy udzielam wywiadu. Nie mam pojęcia. Na tym polegają wzloty i upadki – czasami jakiś kraj odnosi wielkie sukcesy, a za moment jest zdecydowanie gorzej. Nie wiadomo dlaczego tak się dzieje.

      Czyli nie jest tak, że nagle Szwedzi przestali grać w tenisa.

      - Nie, nie. Może dzieje się tak dlatego, że wiele osób idzie w kierunku piłki nożnej? Ibrahimović jest w Szwecji ikoną. Może gdyby Zlatan grał w tenisa…

      Mieliście Robina Söderlinga.

      - Tak, ale to nie ten sam poziom co Ibrahimović czy Björn Borg. To nie mega, mega międzynarodowa gwiazda. Zlatan jest znany i podziwiany na całym świecie. Ludzie próbują go naśladować. Söderling był wielki, ale nie tak rozpoznawalny w skali międzynarodowej.

      W Bratysławie oglądałem mecz Twojego brata Mikaela. Ty siedziałeś przy korcie, przygotowywałeś mu napoje i sprawiałeś wrażenie bardzo przejętego wynikiem spotkania. Gdy spotykacie się na turniejach, jesteś dla niego jak ojciec?

      - Przede wszystkim była to wielka frajda, bo graliśmy w tym samym turnieju dopiero po raz pierwszy w tym sezonie. Spędziliśmy w Bratysławie świetny tydzień: jedliśmy wspólnie obiady, trenowaliśmy, dobrze się bawiliśmy i mieszkaliśmy w jednym pokoju. Gdy przegrał i wyjechał, zrobiło mi się smutno. Dziś przegrałem ja, więc humor jest jeszcze gorszy.

      Ten rok był dla Ciebie bardzo dobry. Wydaje mi się, że jesteś drugim zawodnikiem w historii, który z powodzeniem przeszedł eliminacje do czterech turniejów wielkoszlemowych w ciągu jednego sezonu. Czy to oznacza, że Twój styl pasuje na każdą nawierzchnię?

      - Trudno powiedzieć. To, że zagrałem w każdym z tych turniejów to wielka sprawa. Przed rokiem byłem w rankingu ATP na miejscu 240, a dziś mogę grać w Szlemach.

      Wciąż czekasz na pierwszą wygraną w turnieju głównym. Gdzie było najbliżej?

      - W Melbourne, gdzie przegrałem w pięciu setach z Go Soedą.

      Obserwowałem kiedyś z bliska trening Gaela Monfilsa. Rozstawił głośniki, puścił muzykę, tańczył, grał w golfa. Powiedzmy, że było to 15% treningu tenisisty i 85% dobrej, szczerej zabawy. Taki styl jest bliski również Tobie?

      - To zależy. Podczas turniejów nie możesz trenować bardzo ciężko. Wiem, że gdy Gael trenuje w domu, w przerwie między turniejami, pracuje bardzo ciężko i jest niesamowicie skoncentrowany. Na turnieju musimy się trochę zrelaksować, aby czuć się dobrze po dobrze wykonanej pracy w domu. Musisz znaleźć swój rytm. Podczas turniejów możesz zauważyć wielu zawodników, którzy podczas treningu chcą tylko poczuć piłkę.

      W internecie można znaleźć filmik, na którym Gael Monfils i Nick Kyrgios sprawdzają swoje umiejętności koszykarskie. Na parkiecie obaj prezentują się jak niezłej klasy amatorzy. Ty i Mikael także macie dryg do innych dyscyplin?

      - My gramy w piłkę nożną.

      Na jakich pozycjach?

      - Ja byłbym dobrym pomocnikiem.

      Rozgrywającym, czy skrzydłowym?

      - Zdecydowanie rozgrywającym. Brat mógłby grać jako napastnik.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      środa, 25 listopada 2015 00:48
  • czwartek, 19 listopada 2015
    • Wywiad z tenisistą (12): Marius Copil

      copil52

      Marek Furjan: Nie miałeś zbyt bogatej kariery juniorskiej. Nie wygrywałeś prestiżowych turniejów i nie byłeś klasyfikowany wysoko w rankingu.

      Marius Copil: - To prawda, chociaż nie brałem udziału w wielu juniorskich turniejach. Moja rodzina nie pozwoliła mi na to, bo chciała, abym jak najszybciej rozpoczął karierę zawodową. Jako szesnastolatek wygrałem Futuresa na terenie Rumunii i to dało im podstawy do myślenia, że szybko podskoczę w rankingu. Rodzina pomyślała wtedy, że droga przez turnieje juniorskie nie jest tą odpowiednią. To był mały błąd, bo nie mam teraz za sobą tylu rozegranych spotkań co tenisiści, którzy rywalizowali na poziomie juniorskim.

      Z perspektywy czasu można powiedzieć, że Twoje wejście do zawodowych rozgrywek było nieco utrudnione.

      - Racja. Gdy miałem szesnaście lat byłem w okolicach pięćsetnego miejsca na świecie. Zostałem w tych rejonach przez kolejne dwa lata. Później był rok spędzony w okolicach miejsca trzysetnego, a od dwóch-trzech lat kręcę się w okolicach 150-170 ATP i trudno jest mi wykonać kolejny krok. Rozgrywam wiele zaciętych spotkań, które ostatecznie przegrywam. Może właśnie dlatego, że nie mam zbyt wiele doświadczenia.

      Porozmawiajmy o tenisie w Rumunii. Jaki wpływ na jego rozwój miały sukcesy Simony Halep i deblistów?

      - Nic się zmieniło. Warunki do trenowania są takie same, federacja nam nie pomaga. Sami dbamy o swoje kariery. Simona gra świetnie, jest numerem dwa na świecie i dzięki jej wynikom do góry idą także pozostałe zawodniczki w kraju. Begu jest trzydziesta, pięć-sześć zawodniczek jest w TOP 100 WTA. Osiągają dobre wyniki, także w deblu. Kobiecy tenis w Rumunii ma się naprawdę dobrze. W męskim mamy dwóch przedstawicieli w deblowym Mastersie [Horia Tecau i Florin Mergea], co bardzo cieszy. W singlu jest nam trudno…

      Macie dwóch zawodników w TOP 200.

      - Tak, to ja i Ungur. Za nami jest Victor Hanescu, ale nie wiem jak długo on jeszcze będzie grał. Za nim nie ma nikogo. To smutne, bo niżej sklasyfikowani także nie otrzymują pomocy od rodzimej federacji, nie mogą grać w wielu turniejach, bo często nie mają pieniędzy na podróże. Jest naprawdę trudno, gdy nie otrzymujesz pomocy.

      Pomimo tych problemów walczyliście w tym roku o awans do Grupy Światowej rozgrywek o Puchar Davisa. Po wyrównanym meczu z wyścigu wyeliminowała Was Słowacja. Czy porażka w grze podwójnej [Mergea/Tecau – Martin/Zelenay] była największą sensacją tamtego weekendu?

      - Moje przewidywania wyglądały następująco: 1-1 po pierwszym dniu…

      I tak było.

      - Tak rzeczywiście się stało. Nigdy byśmy nie pomyśleli, że debliści – zwycięzca i półfinalista Wimbledonu - przegrają w trzech szybkich setach. Ich zwycięstwo mogłoby odmienić losy całego meczu. W trzecim dniu spodziewałem się wyrównanego spotkania z… Jak on się nazywa? Leworęczny Słowak…

      Martin Klizan.

      - O, tak! Z Klizanem. Wiedziałem, że gra dobrze i to on jest faworytem w meczu ze mną. Miałem nadzieję, że w przypadku mojej porażki i wyniku 2-2, Adrian [Ungur] zamknie spotkanie zwycięstwem. Trzydniowy pojedynek był zacięty, ale porażka w deblu była czymś, czego się nie spodziewaliśmy.

      Wygrałeś w tym roku swój pierwszy turniej ATP 250. Właśnie w deblu, ze wspomnianym Ungurem.

      - Obaj jesteśmy singlistami, ale od następnego sezonu będę chciał łączyć singlowe występy z grą deblową. To pomoże mi przy serwisie, returnie, grze wolejowej i reakcjach na korcie. Chciałem grać z Ungurem częściej w tym roku, ale nasze plany turniejowe trochę się różniły i trudno było nam występować razem.

      Wasze atuty uwypuklają się na zupełnie innych nawierzchniach.

      - Tak, ale możemy dobrze grać na tych samych kortach. To nie jest problem. Adrian został w tym roku ojcem, więc miał też wiele obowiązków nie związanych z tenisem. Jako duet dobrze się uzupełniamy i myślę, że tworzymy fajny zespół.

      Poza kortem też jesteście bliskimi przyjaciółmi?

      - Tak, rozmawiamy ze sobą prawie codziennie. Uważam go za bardzo miłego gościa.

      Trudno dowiedzieć się kto w zasadzie jest Twoim trenerem. Strona ITF wspomina o Szwedzie Peterze Carlssonie, ATP o Adrianie Szabo, a w artykułach przewija się nazwisko Andreia Pavela.

      - Z Pavelem pracowałem przez kilka miesięcy gdy miałem siedemnaście, czy osiemnaście lat. Później przeprowadził się do USA i nasza współpraca dobiegła końca. Z Carlssonem nie pracuję już od dwóch czy trzech lat.

      Nie zmieniłeś informacji na stronie ITF.

      - Nawet nie wiem jak to zrobić (śmiech). Nie wchodzę tam, więc jest to dla mnie niespodzianka. Obecnie nie współpracuję z żadnym trenerem i wciąż nie wiem kiedy i z kim rozpocznę przygotowania do nowego sezonu.

      Dysponujesz potężnym serwisem, ale Twoje wyniki wciąż są dalekie od tych, jakie notują inni specjaliści od podania – Ivo Karlović, czy John Isner. Nad jakim elementem musisz pracować najbardziej, aby wskoczyć na ich poziom: sferą mentalną, czy tenisową?

      - Muszę skupić się przede wszystkim na dwóch rzeczach. Pierwszą jest moja głowa – powinienem być bardziej regularny, bo po dobrym początku roku przez kilka miesięcy nie osiągam satysfakcjonujących wyników. Później mam dobry okres i znów słabe kilka miesięcy. Druga rzecz to moja gra. Przy moim wzroście i podaniu gram zbyt defensywnie. Chcę być bardziej agresywny, częściej grać przy siatce, wywierać presję na przeciwniku. Ostatnio sporo nad tym pracuję, bo do tej pory tylko czekałem na błąd rywala. To dlatego przez tak długi czas nie odnosiłem spektakularnych wyników. Postaram się popracować nad tymi elementami podczas przygotowań i rozpocząć kolejny rok dominując w każdym kolejnym spotkaniu. Zobaczymy jak wpłynie to na moje rezultaty.

      Sprawiasz wrażenie ambitnego człowieka. O jakim losowaniu marzysz przy okazji występu w wielkoszlemowym turnieju? Chcesz trafić na kogoś z TOP5, aby udowodnić na jego tle swoją wartość, czy ściskasz kciuki, aby los przydzielił Ci kogoś sklasyfikowanego możliwie najniżej?

      - Jeżeli mam być szczery, gdy przechodzisz eliminacje to myślisz o możliwie najłatwiejszym przeciwniku. Nie chcesz trafić od razu na Djokovicia czy Nadala, bo każdy kolejny etap turnieju to więcej punktów i więcej pieniędzy do wygrania. Lepiej grać z nimi później, gdy masz już za sobą jakieś zwycięstwo. Wtedy traktujesz to jako nagrodę.

      W jednej z rozmów z rumuńską prasą powiedziałeś: „Szarapowa nie podoba mi się jako kobieta. Jest za wysoka i nie ma żadnych krągłości”.

      - (śmiech). Myślę, że będzie na mnie bardzo wkurzona.

      Jesteś bardzo odważny.

      - Jestem szczery. Jest świetną tenisistką i gratuluję jej całej sportowej kariery, ale każdy ma inny gust. Jest wielu mężczyzn, którym się podoba, ale nie każdy musi należeć do tej grupy. Już od młodzieńczych lat powtarzam: mam nadzieję, że nigdy nie będę miał dziewczyny, która gra w tenisa.

      To jeden z Twoich celów?

      - Tak (śmiech). I mam nadzieję, że go zrealizuję.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 listopada 2015 01:38
  • niedziela, 15 listopada 2015
    • Wywiad z tenisistą (11): Mariusz Fyrstenberg

      frytamemp1

      Marek Furjan: Trzy lata temu byłeś szóstym deblistą świata, przed rokiem sklasyfikowany byłeś w okolicach dwudziestego miejsca w rankingu ATP. Teraz spotykamy się na Peugeot Slovak Open – challengerze rozgrywanym w Bratysławie. Co to dla Ciebie oznacza? To zawód, czy źródło nowej motywacji?

      Mariusz Fyrstenberg: - Ostatnie dwa lata mieliśmy z Marcinem nie najlepsze. Rozdzieliliśmy się, a on bardzo dobrze zagrał ostatnie turnieje w tamtym sezonie. W Paryżu, gdzie osiągnął finał, trochę się uratował, a później dobrze „poszedł” z Zimonjiciem. Ja też zacząłem dobrze grać na początku roku – z Santiago Gonzalezem osiągnęliśmy finał w Acapulco i wygraliśmy turniej w Memphis. Później pierwsza kontuzja wykluczyła mnie z gry na trzy miesiące, następna na miesiąc. Straciłem pewność siebie i cały rok był bardzo średni. Challengery są trudne pod względem mentalnym. Oprócz jednego, w Stanach, w którym zagrałem dla przyjemności, nie brałem udziału w takich turniejach od około dziesięciu lat. Cóż, trudno, takie jest życie. Muszę zbierać punkty i poprawić swój ranking, żeby znów zacząć grać w najlepszych turniejach. Przede wszystkim nie mogę mieć kontuzji, które spotkały mnie w tym roku trzykrotnie.

      Jakie to były kontuzje?

      - Naderwanie mocne lewej łydki, następnie małe prawej łydki. Na Wimbledonie znów naderwałem prawą łydkę.

      To są urazy, które będą się odnawiały?

      - Nie, da się to wyleczyć. To bardzo skomplikowane – był problem z plecami i to powodowało, że łydki były spięte. Na korcie na Wimbledonie spędziłem siedem i pół godziny, a w tym dniu było bardzo zimno i nie podołałem.

      W ubiegłym tygodniu grałeś w turnieju w Eckental. Finaliści tej imprezy – bracia Skupscy – dostali do podziału 1250 euro. Jak żyć z grania debla w challengerach?

      - Challengery są schodkiem do najwyższych turniejów, ale nigdy nie były imprezami, w których da się zarobić. Ci, którzy ugrywają coś w challengerach, wychodzą na zero. Turnieje challengerowe są bardziej dla punktów niż dla pieniędzy, bo z challengerów nie da się wyżyć – to racja. Moim zdaniem singliści challengerowi też mają ciężko.

      Czyli jest to poziom, z którego jak najszybciej trzeba uciec.

      - Trzeba dobrze zagrać w kilku takich imprezach, a później zacząć już powoli grać te największe turnieje. To o to chodzi.

      Czytałem niedawno wypowiedź Andy’ego Murraya, który po raz pierwszy w życiu musiał osobiście zgłosić się do turnieju deblowego. „Chaos”, „zamęt” – takie określenia padały z jego ust po tym doświadczeniu. Zegar odlicza czas, osoba przyjmująca zapisy zasypywana jest smsami i mailami. Możesz opowiedzieć jak wygląda taka „ceremonia”?

      - Jeżeli jest się blisko linii oddzielającej pary, które się dostaną, od tych, które nie mogą zagrać to rzeczywiście wszystko może się zdarzyć. Te pary, które się nie dostały zaczynają kombinować z innymi partnerami. Jeden z nich kogoś znajdzie i wypycha następną parę, a wypchnięta dwójka zaczyna szukać następnych partnerów…

      Ta lista jest wydrukowana?

      - Nie, jest co chwilę aktualizowana na monitorze. O pełnej godzinie następuje koniec zapisów i jak ktoś wyśle smsa na pięć sekund przed końcem to też ma prawo się wpisać. To są naprawdę ciężkie momenty. Wszyscy mówimy, że to trzeba zmienić. Listę można przygotować znacznie wcześniej i kto się zapisze, ten się zapisze. A tak: wszyscy wchodzą, jest bardzo wiele ludzi, nie wiadomo co się dzieje, kto z kim się zapisał, jaki jest cut-off. Dla ostatnich par zawsze jest ciężko.

      Czyli nie musisz się tam stawić fizycznie, tylko przedstawiciel danej pary może siedzieć w hotelu i zadzwonić?

      - Tak, można zadzwonić. To jest właśnie problem. Nie wiadomo kto zadzwoni i w jakim momencie. Jesteś ostatnią parą w turnieju i nagle trzy minuty przed zamknięciem zgłoszeń ktoś dzwoni i się zapisuje.

      Taka licytacja.

      - Tak, tak, tak. Licytacja, w której ostatni wpada i już nie masz czasu żeby coś zrobić. Singliści też tak robią. Tsonga z Monfilsem zapisali się w Miami na pięć minut przed końcem i wypchnęli z turnieju jakąś parę. To jest bardzo niekomfortowe. Szczególnie dla ludzi, którzy podróżują po całym świecie, są na miejscu i okazuje się, że na trzy sekundy przed końcem zostają na lodzie. Jest to słabe.

      W tym roku zdobyłeś swój siedemnasty tytuł ATP. Za wygraną w Memphis – mieście Elvisa Presleya – dostałeś gitarę. Powiesiłeś ją w jakimś specjalnym miejscu?

      - Jest w moim domu na stojaku. Ta nagroda ma dla mnie bardzo dużą wartość sentymentalną. Zresztą byłem na wycieczce po domu Presleya. Co druga restauracja w okolicy nosi nazwę „U Presleya”. Świetne nagrody – nikt nie ma takiego pucharu…

      To było zamiast pucharu? Myślałem, że to taki dodatek.

      - Dostaliśmy jeszcze jakiś puchar, ale zdecydowanie wolę tę wyjątkową gitarę. Jeszcze jest na niej grawerka. Rewelacja.

      Daniel Nestor czeka na tysięczne zwycięstwo w turnieju ATP. Do tej pory wygrał 999 meczów, a Ty, chociaż grasz na dobrym poziomie od wielu lat, 371. Czy wynik Kanadyjczyka jest rezultatem z innej tenisowej galaktyki? Nestor zaczął grać zawodowo w 1991 roku.

      - Czyli 24 lata temu…(śmiech). Kurczę, to naprawdę kozak! To nie tylko czas, to trzeba też wygrywać. On miał naprawdę świetne lata, do tego jest tak inteligentnym gościem i ma w ręku takie czucie, że wiek nie sprawia mu problemu. Z drugiej strony, zawodnicy się wzmacniają i grają o wiele dłużej. Ostatnio widziałem taką statystykę, że jeszcze piętnaście lat temu zawodnik z TOP 100 miał 24 lata, a teraz jest to około 30.

      W singlu?

      - Tak, ale przekłada się to też na debla. Siłownia, odnowa, coraz lepsi fizjoterapeuci, większa wiedza o ludzkim ciele. Taki Nestor będzie te rekordy pobijał, ale myślę, że będą jeszcze następni i to nie będzie już tak dziwne. Jak sobie pomyślę o moim tacie, który miał czterdzieści lat i wyobrażam sobie, że on gra w Wielkich Szlemach, to jest to dla mnie niemożliwe. Tylko pogratulować, bo to pokazuje, że Nestor to tenisowy geniusz.

      Wyobraź sobie, że wybieramy dwóch deblistów – braci Bryan – i dwóch singlistów z czołówki – np. Federera i Nadala. Która para w dziesięciu meczach odniosłaby Twoim zdaniem więcej zwycięstw? Często słyszę opinie, które w moim odczuciu krzywdzą deblistów.

      - Ale oni przecież grają 7-8 meczów w sezonie i nie raz grali z Bryanami. Może nie razem, bo to rzeczywiście byłoby ciekawe. Wciąż myślę, że Bob i Mike na dziesięć takich meczów wygraliby sześć lub nawet siedem. Im wolniejsza byłaby nawierzchnia tym większą przewagę mieliby singliści, bo byłoby więcej czasu i wolej nie odgrywałby takiej roli na wolnych kortach. Nie mówię, Nadal z Federerem byliby bankowo w pierwszej piątce par na świecie, gdyby rozgrywali nawet dwadzieścia turniejów w sezonie.

      Nie zagrałeś w trzech ostatnich meczach Pucharu Davisa. Radek Szymanik zmienił nieco koncepcję i wśród deblowej dwójki chce mieć jednego rezerwowego singlistę. Co sobie pomyślałeś, gdy otrzymałeś informację, że z duetu Fyrstenberg/Matkowski to Ty tracisz miejsce w kadrze?

      - Nie miałem nic przeciwko. Przy pierwszym z trzech meczów byłem kontuzjowany, więc nie było żadnych szans na grę. Wiadomo, że każdy chce grać w Pucharze Davisa, ale wszyscy jesteśmy w super kontakcie, codziennie, czy co dwa dni do siebie dzwonimy i piszemy. Łukasz był poza kadrą przez tyle lat i mimo, że wygrał Australian Open to nie było go w drużynie. Teraz się to zmieniło i nadeszła moja kolej.

      Łukasz Kubot miał ofertę od Leandera Paesa i pewnie szereg innych, o których nie wiem. Do Marcina Matkowskiego zgłosił się sam Nenad Zimonjić. Ty grasz z Santiago Gonzalezem. To Twój wymarzony partner, czy najlepszy z tych, z którymi w tym momencie możesz grać?

      - To zależy od rankingu. Marcin dzięki występowi w Paryżu [2014 rok] wszedł w okolice dwudziestego miejsca. Ja nic nie ugrałem, byłem 45. Aby grać w najlepszych turniejach, para musi mieć łączny ranking 60. Ze mną praktycznie żaden zawodnik by się nie dostał, musiałbym grać z kimś z TOP 10, a każdy z nich jest z kimś poumawiany. To nie jest takie proste. Teraz mam ranking 60, więc wątpię żebym złapał się nawet z Bryanem. To o to chodzi. Nie dziwię się, że tak się stało, bo sam jestem sobie winien. Kiedy powinienem wygrywać, nie wygrywałem. To wszystko.

      Czyli jest podobnie jak w przypadku challengerów: trzeba budować swój ranking, swoją markę.

      - Dokładnie. Będzie ranking, będą dobrzy partnerzy. To na tym polega! Pamiętam jak byliśmy w dwudziestce, a Mahesh Bhupathi spadł na trzydzieste któreś miejsce w rankingu. Też szukał, to tu, to tam, ale nikt z nas nie chciał z nim grać. Rewelacyjny zawodnik, ale nie ma co ryzykować.

      Kubot i Matkowski ogłosili, że w 2016 roku stworzą parę deblową. Myślisz, że jest to kombinacja, która może wypalić? Dogadają się na korcie i poza nim?

      - Myślę, że tak. Obaj są świetnymi deblistami, więc czemu nie? Brakuje im jeszcze zgrania, bo grali ze sobą chyba trzy razy. To niewiele, ale mamy do czynienia z dwoma topowymi zawodnikami, więc nie widzę przeszkód.

      Kilka dni temu Marcelo Melo został liderem deblowego rankingu ATP. Czy kilkanaście miesięcy temu przeszłoby Ci przez głowę, że Brazylijczyk będzie liderem rozgrywek?

      - Nie, w ogóle. Dla mnie jest to fenomen. Pamiętam jak graliśmy razem turniej w Stuttgarcie i nic nie zapowiadało, że tak się stanie. Nie ma żadnej broni, ale ma rewelacyjne ręce na woleju. Co z tego, że ktoś dobrze zareturnuje jego słabszy serwis, jak on świetnie zagra woleja. To jest typ Paesa – wybrania się wolejem. Ma świetne ręce i zawsze zagra Ci return. Widać, że to wystarczy.

      Czyli jest to ta „czutka”, o której czasami mówią tenisiści.

      - Tak, tak. Teraz wygrał chyba cztery turnieje z rzędu [Tokio, Szanghaj, Wiedeń, Paryż]. Super! Ale ja bym nie przypuszczał. Mogę wymienić dziesięciu innych zawodników, którzy moim zdaniem powinni być przed nim.

      Czytałem, że jesteś znakomitym menedżerem w Fantasy Premier League. Podobno traktujesz to bardzo poważnie: oglądasz mecze i robisz wnikliwe analizy.

      - (śmiech). Zaraziłem się od innych tenisistów, szczególnie wyspiarzy. Andy Murray, Jamie Murray, Colin Fleming – oni są absolutnie świrnięci na tym punkcie i mi też się to udzieliło. Żartuję między nimi, że gdybym tyle czasu poświęcił nauce języka chińskiego to przez jeden rok nauczyłbym się mówić po chińsku. To moje wielkie hobby. Mogę obejrzeć trzy mecze dziennie, ku szczęśliwości mojej żony, i się z tego cieszę (śmiech).

      I masz jakąś wizję.

      - Tak, chociaż wolę pójść na mecz, bo inaczej nie widzi się wszystkiego. To jest już choroba. Twitter, sprawdzanie kto się źle czuje, kto wziął pigułki przeciwbólowe i tak dalej. Jak na to czasami patrzę to wydaje mi się, że trzeba być rąbniętym.

      Założyliście z tenisistami swoją ligę, w której możecie ze sobą rywalizować?

      - Tak, mamy dwie ligi po dziesięciu zawodników. Gramy sobie już od lat.

      Jest wyznaczona jakaś nagroda? Symboliczny szampan?

      - Tak, ale nie trzeba nawet o nic grać. Przeklinamy siebie, spotykamy się w szatni i gadamy: „co ty, jesteś nienormalny?”. Jest tyle emocji i dołowania przegranych, że nawet czasami siebie unikamy (śmiech). Gdybyśmy grali o coś to i tak by to nic nie znaczyło. Najważniejsze, że mamy o czym rozmawiać w szatni. Zawsze skupiamy się w jednym sektorze i dajemy sobie…

      W jednej edycji zająłeś czołowe miejsce na świecie.

      - Rok temu miałem takie szczęście, że spośród czterech milionów uczestników byłem szósty. Nie pytaj mnie co za to dostałem, bo nie dostałem nic.

      Jeden z polskich zawodników zapisywał się dla żartu do turniejów deblowych z Samprasem i Agassim, ale przed ogłoszeniem oficjalnej listy wycofywał zgłoszenie. Gdybyś Ty mógł wybrać sobie wymarzonego partnera, to kto by nim był?

      - Zdecydowanie Todd Woodbridge. Absolutnie kompletny zawodnik deblowy, bez słabych stron, mentalnie superpartner – to też jest bardzo ważne. Powtarzam to, co mówią inni debliści, bo sam przeciwko niemu nie grałem, choć widziałem kilka spotkań z jego udziałem. Nie było tak, żeby zepsuł return, czy żeby reagował negatywnie w kierunku swojego partnera. Najlepszy partner na świecie, genialny zawodnik. Daniel Nestor też powiedział ostatnio, że gdyby miał wybrać, to wziąłby Woodbridge’a.

      A spośród aktywnych tenisistów?

      - Zagrałbym z Nestorem. Graliśmy raz – w Brisbane – i myślę, że taktycznie jest na zupełnie innym poziomie niż jesteśmy my. Sprawia, że trudny mecz nagle staje się łatwy. Widzi taktyczne ubytki rywali i rzeczy, których nie widzi nikt inny.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 listopada 2015 22:27
  • niedziela, 01 listopada 2015
    • Nie ma chwały bez cierpienia

      aradw

      Plan na kilka ostatnich tygodni był jasny: dogonić oddalający się pociąg z napisem Singapur 2015. Aby tego dokonać, Agnieszka Radwańska musiała zdecydować się na morderczy kalendarz startów. Żadna inna zawodniczka ze ścisłej czołówki nie rywalizowała w ostatnich tygodniach z taką intensywnością. Od rozpoczęcia turnieju w Tokio do rozegrania ostatniej piłki w imprezie w Tiencinie minęło zaledwie dwadzieścia osiem dni. W tym czasie Polka rozegrała aż szesnaście meczów o stawkę, bo o bilet do Singapuru biła się niemal do ostatnich chwil. Po odniesieniu czternastego zwycięstwa w ciągu czterech tygodni i zagwarantowaniu sobie udziału w Turnieju Mistrzyń, mogła z uczuciem wielkiej ulgi wycofać się z wcześniej planowanego startu w Moskwie.

      Ci, którzy jeszcze nie doceniają morderczego, lecz skutecznego finiszu Polki, powinni przypomnieć sobie początek tego sezonu. Na odniesienie czternastu zwycięstw Agnieszka pracowała przez cztery miesiące - od styczniowego startu w Sydney aż do maja, gdy ślizgała się po czerwonej mączce w Madrycie. W sumie: dziewięć turniejów.

      Pomimo zrezygnowania ze startu w stolicy Rosji, organizm smukłej Polki musiał być bardzo wyeksploatowany. Gdy dzielący się obowiązkami Krzysztof Guzowski i Jason Israelsohn doprowadzali organizm tenisistki do stanu używalności, przyszłe rywalki odpoczywały lub startowały ze zmiennym szczęściem. Biorąc pod uwagę czas od zakończenia US Open do rozpoczęcia Mistrzostw WTA, Szarapowa, Halep, Kvitova, Pennetta i Safarova rozegrały łącznie o jedno(!) spotkanie więcej od Radwańskiej. Trudno było oczekiwać, że Agnieszka wydusi ze zmęczonego organizmu siły na kolejnych pięć meczów.

      A jednak wydusiła, chociaż każdy występ sprawiał jej coraz więcej bólu. Polka wygrała Turniej Mistrzyń (brała w nim udział po raz siódmy; w ostatnich trzynastu latach równie regularne były tylko Serena Williams, Maria Szarapowa i Jelena Dementiewa) i osiągnęła - jak sama przyznała - największy sukces w zawodowej karierze. Radwańska rozegrała w tym sezonie aż siedemdziesiąt sześć spotkań. Spośród tych, które widziałem, chciałem wyróżnić dwa ostatnie. To, co zobaczyłem w pojedynkach z Muguruzą i Kvitovą przeszło moje oczekiwania. Już po meczu z Hiszpanką moja szczęka leżała przez długi czas na podłodze. Agnieszka była dynamiczna, agresywna i rozgrywała wiele punktów na swoich zasadach. Możliwie rzadko dopuszczała do sytuacji krytycznych, w których podeszwy jej obuwia szorowały w okolicy napisu "Singapour". Po tym pojedynku przyznałem, że był to najlepszy mecz Radwańskiej jaki kiedykolwiek widziałem. Zdania nie zmieniam.

      Finał niejako potwierdził teorię, że gdy są dobre wyniki i dzika wola zwycięstwa, adrenalina jest w stanie uśmierzyć prawie każdy ból. Agnieszka w ostatnich dniach zmagała się z urazem uda, ale wsłuchana w słowa trenera Wiktorowskiego (podczas półfinału z Muguruzą: "Nie ma chwały bez cierpienia") postanowiła żyć z urazem w symbiozie. Zapomniała o wszystkich rzeczach, które miały prawo krępować jej tego dnia ruchy. Z transu nie wyszła do końca spotkania i być może dlatego pracujący podczas finałowego starcia fotoreporterzy nie wyślą do swoich agencji wyjątkowych zdjęć. Przed rokiem uśmiechnięta Serena Williams wyrzuciła w górę ramiona i puściła oczko do kamery. Dwa lata temu Amerykanka padła po finale z Na Li na kolana. Na pierwszy uśmiech Polki musieliśmy czekać do ceremonii wręczenia nagród. Zgaduję, że jej powściągliwa reakcja miała związek z katorżniczą pracą, jaką wykonała w ostatnim czasie. Być może w momencie rozluźnienia po ostatniej piłce sezonu uświadomiła sobie, jak cholernie wiele rzuciła na szalę, aby w ogóle umożliwić sobie podjęcie walki w Singapurze.

      Jak zdążyliście już zauważyć, nie zacząłem tego wpisu od słów: "miałem przeczucie, że tak się stanie". Nie miałem pojęcia, że przy takim natężeniu startów, sukces w Turnieju Mistrzyń jest dla człowieka możliwy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Nie ma chwały bez cierpienia”
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 listopada 2015 22:22
  • wtorek, 29 września 2015
    • Wywiad z tenisistą (10): Nicolas Almagro

      nicoalmagro

      Marek Furjan: Filippo Volandri - Twój rywal z drugiej rundy Pekao Szczecin Open - naciąga rakietę na dwanaście kilogramów. Co by się stało, gdybyś Ty użył takiej rakiety podczas swojego treningu?

      Nicolas Almagro: - Pewnie zabiłbym przelatującego ptaka lub kogoś, kto stałby obok (śmiech). Musisz mieć dużą kontrolę nad piłką, a jest to trudne do osiągnięcia przy tak mocnej grze jak moja. Nigdy nie próbowałem takiego eksperymentu, bo moje rakiety są wciągane na 26/25kg, ale być może w przyszłości przetestuję taki sprzęt.

      Przez ponad siedem miesięcy (od French Open'14 do Sydney'15) nie grałeś zawodowo w tenisa. Czy ten okres był najtrudniejszym, jaki przytrafił Ci się w dotychczasowej karierze?

      - Wydaje mi się, że nie mogę nazwać go najtrudniejszym, chociaż momentami było okropnie. Tenis to nasze życie, a ja nie mogłem grać i żyć rywalizacją na korcie. Ta część mojej kariery była straszna, ale byłem blisko rodziny, przyjaciół i dziewczyny - przyszłej żony. Wciąż powtarzali, że muszę być silny, aby wrócić na kort i zarażali mnie wiarą w to, że się to uda. To było bardzo ważne dla mojej psychiki - skoro bliscy powtarzali, że mogę wrócić do zawodowej gry, sam też w to wierzyłem. Ten trudny czas miał także swoje plusy. Całe lato spędziłem ze swoją dziewczyną na łódce, byliśmy też z przyjaciółmi na Ibizie.

      Nie oglądałeś całymi dniami tenisa...

      - Nie. W tamtym miesiącu nie obejrzałem nawet jednego meczu. Miałem za to czas, by zrobić wiele rzeczy, które podczas gry w zawodowym Tourze są do zrobienia niemożliwe.

      Pauzowałeś z powodu kontuzji nogi?

      - Musiałem przejść operację, bo dokuczało mi zapalenie rozcięgna podeszwowego [plantar fasciitis]. Lekarz dał mi wybór: poddać się operacji albo zawiesić treningi i wypróbować inną metodę. Wybrałem zabieg, bo myślałem, że szybciej wrócę do pełnej sprawności. Myliłem się, ale nic złego się nie stało. Jestem wdzięczny lekarzowi za pracę, jaką włożył. Był dla mnie niesamowity. Teraz staram się wrócić do dobrej gry i to jest dla mnie najważniejsze.

      Kilka lat temu byłeś zawodnikiem pierwszej dziesiątki ATP. Powrót do challengerów po ponad dziewięciu latach to dla Ciebie interesujące doświadczenie?

      - Mówiąc szczerze, nie chciałem tu wracać. Rozmawiałem o tym z moim menedżerem. Mówiłem: daj spokój, wolę grać w eliminacjach turniejów ATP. Zdecydowaliśmy się jednak na starty w challengerach, bo za zwycięstwo w Genui w ubiegłym tygodniu dostałem 125 punktów. To tyle, ile dopisują do Twojego dorobku po dojściu do finału imprezy ATP 250. Czasami musisz zrobić jeden krok w tył zanim wykonasz skok. Ja chcę skoczyć, ale mam świadomość, że aby tego dokonać muszę w tej chwili dotknąć kolanami ziemi.

      Jeżeli przygotowywałbym listę najwybitniejszych specjalistów od gry na kortach ziemnych w XXI wieku, na którym miejscu miałbym wpisać Twoje nazwisko? Od razu wspomnę, że lokata numer jeden zarezerwowana jest dla Twojego przyjaciela.

      - Trudno mi powiedzieć, to Ty powinieneś zdecydować (śmiech).

      Wiem, że jesteś wystarczająco pewny siebie, aby wskazać na miejsce drugie.

      - (śmiech) Nie, posłuchaj. Pewnie jestem wysoko. Nadal jest numerem jeden, Ferrer dwójką, a ja za nimi. Zgadza się?

      Mówisz o liczbie wygranych meczów na mączce, tak?

      - Dokładnie.

      Nie wiem jak wygląda ta klasyfikacja. Pamiętam tylko, że wygrałeś 258 takich spotkań na poziomie ATP.

      - Fantastyczna liczba, prawda? Niestety nie tak dobra, by być blisko szczytu.

      Wciąż współpracujesz z Samuelem Lopezem?

      - Nie. Rozstaliśmy się po turnieju w Madrycie. Pracowaliśmy wspólnie przez trzy i pół roku. Wolałem trenować blisko domu, a Samuel musiał codziennie do mnie przyjeżdżać. To nie było dla niego łatwe. Teraz pracuje w Equelite - Akademii Juana Carlosa Ferrero. Jestem na etapie poszukiwania trenera, który pomoże mi wrócić do światowej czołówki. Obecnie trenuję z bratem i kilkoma przyjaciółmi.

      Z pewnością pamiętasz finał Pucharu Davisa z 2012 roku. Przegrałeś w decydującym meczu z Radkiem Stepankiem i od tamtej pory nie pojawiasz się na zgrupowaniach reprezentacji. To Twoja decyzja, czy przegrywasz rywalizację pod względem sportowym?

      - Myślę, że to był mój ostatni występ w Pucharze Davisa i prawdopodobnie już nigdy w kadrze nie zagram. To wyłącznie moja decyzja, chociaż nigdy nie wiadomo, co wydarzy się w przyszłości. Trudno jest wywalczyć sobie miejsce w zespole, gdy jest się rodakiem Nadala, Ferrera, Feliciano [Lopeza], czy Verdasco. Są też znakomici debliści: Marc Lopez, Marcel Granollers i David Marrero. Aby być wśród czterech wybranych musisz grać naprawdę dobrze. Moja gra i ranking nie są teraz zadowalające i wolę skoncentrować się na swojej karierze.

      Jak daleko jesteś od swojej optymalnej dyspozycji? To kwestia trzech miesięcy, czy roku solidnych treningów i startów?

      - Jestem jakieś siedemdziesiąt miejsc od swojej najlepszej formy (śmiech). Nie jestem w tak dobrej formie fizycznej i nie mam takiej pewności siebie jak wtedy, gdy byłem w dziesiątce.

      Złapałeś kilka dodatkowych kilogramów?

      - Tak, przybyły mi 2-3 kilogramy i zapuściłem trochę włosów (śmiech). Takie jest życie. Jestem teraz zdecydowanie bardziej dojrzałym człowiekiem i zobaczymy co przyniesie przyszłość i najpiękniejszy czas w moim życiu. Jestem coraz starszy, ale chcę jeszcze bardziej walczyć o kolejne sukcesy.

      Podczas swojej kariery wygrałeś dwanaście singlowych imprez ATP, dotarłeś do dziewiątego miejsca w rankingu i siedemnastokrotnie pokonałeś zawodników z TOP 10. Czujesz się spełniony jako tenisista?

      - Wciąż jestem głodny zwycięstw. Jestem teraz w takim momencie, w którym chcę sprawdzić swoje możliwości. Gram, aby przekonać się, czy mogę wrócić do czołówki. Przed samym sobą chcę zademonstrować pełne skupienie na grze i treningach, a gdy uda mi się wrócić do czołowej dwudziestki, a nawet piętnastki, być może powiem sobie: OK, jesteś spełniony - wygrywałeś turnieje, grałeś w Pucharze Davisa, reprezentowałeś kraj na Igrzyskach Olimpijskich. Być może to będzie czas, w którym zakończę swoją karierę. Wcześniej, przed powrotem na wspomniane pozycje, z pewnością się nie poddam.

      I wtedy skoncentrujesz się na grze w golfa. Czytałem, że w ostatnich miesiącach spędziłeś trochę czasu na polu golfowym.

      - Kupiłem niedawno pole golfowe w moim mieście. Raczej nie będę chciał grać profesjonalnie, tylko dla zabawy z przyjaciółmi.

      Łatwo jest znaleźć potencjalnych rywali na korcie tenisowym? Golf to popularne hobby wśród profesjonalnych tenisistów?

      - Juan Carlos Ferrero i Santiago Ventura mają podobne zainteresowania. Mardy Fish też, ale on rywalizuje już jako profesjonalista.

      Rozumiem, że zadbałeś też o zakup własnego sprzętu. Ile kijów do golfa masz w swojej kolekcji?

      - Mam dosłownie wszystko. Jakieś 13-14 kijów. Jeżeli masz duże pole, potrzebujesz też dobrego sprzętu (śmiech).

      A caddy [noszący kije do golfa]?

      - Człowieku, nie jestem aż tak dobry (śmiech). Może kiedyś, gdy włożę w tę zabawę dużo pracy, nadejdzie moment, w którym poproszę kolegę z mojego miasta i powiem: od dziś jesteś moim caddy, daję Ci 10 euro i zapraszam na pole (śmiech).

      nicalm

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z tenisistą (10): Nicolas Almagro”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 września 2015 21:26

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Zakładki

Kanał informacyjny

E-mail: tenisowyblogvamos@gmail.com




Opcje Bloxa