Vamos

Blog o tym co na kortach i wokół nich. Autorem jest Marek Furjan, dziennikarz i komentator

Wpisy

  • piątek, 30 grudnia 2016
    • Wywiad z tenisistą (18): Jerzy Janowicz

       jj15

      Marek Furjan: Do nowego sezonu przygotowywałeś się m.in. na Teneryfie. To był obóz na wzór tego w Monte Carlo, na który miałeś udać się w ubiegłym roku?

      Jerzy Janowicz: Nie do końca. Tutaj była podejmowana próba współpracy z Günterem Bresnikiem – trenerem Dominika Thiema. Był to obóz pod kątem naszej ewentualnej współpracy.

      Przez słowa „była podejmowana” należy rozumieć, że coś się nie powiodło?

      – Nie. Współpraca na nowy sezon raczej będzie nawiązana. Nie znamy jeszcze szczegółów, bo Bresnik będzie podróżował głównie z Thiemem. W Australii musimy znaleźć dłuższą chwilę, usiąść na pogawędkę i domówić szczegóły.

      Do tego zespołu należał jeszcze półfinalista Roland Garros 2014 – Ernests Gulbis.

      – Nie współpracuje z Bresnikiem już od French Open.

      Na Teneryfie trenowali też z wami inni zawodnicy.

      – Tak. Philipp Kohlschreiber (32 ATP) też przyjechał ze swoim trenerem. On dobrze żyje zarówno ze mną, jak i z Thiemem. Był jeszcze siedemnastoletni junior Denis Shapovalov (250 ATP), Riccardo Bellotti (228 ATP), który jest w podobnym wieku co ja oraz młodszy brat Dominika Thiema – również siedemnastolatek. Ekipa była duża.

      W ostatnich latach miewałeś problemy z dobrym przygotowaniem się do sezonu, głównie za sprawą problemów ze zdrowiem. Sam podkreślasz, że jest to dla Ciebie bardzo ważny okres. Czy można powiedzieć, że tym razem wszystko – od zdrowia po treningi – dopisuje i przygotowania przebiegają zgodnie z planem?

      – Raczej tak. Nauczyłem się żyć z dnia na dzień. Nie planuję za bardzo niczego z wyprzedzeniem, żeby się nie zawieść. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Dziś też już połowa dnia za mną, więc jeszcze druga połowa do przeżycia. Powolutku.

      Czy po takich przygotowaniach, które trwają już ponad miesiąc, jesteś w stanie ocenić swoją formę? Czy aby cokolwiek powiedzieć trzeba jednak rozegrać kilka spotkań w warunkach turniejowych?

      – Można powiedzieć coś wcześniej, chociaż wiadomo, że optymalna dyspozycja przyjdzie, gdy rozegra się kilka pojedynków. Można trenować kilka godzin dziennie, robić różnego rodzaju treningi, ale forma meczowa to coś zupełnie innego. Trzeba się ograć, ale przez półtora miesiąca, a nawet trochę więcej, można ocenić swój stan fizyczny i jeszcze podszlifować formę przed rozegraniem pierwszego meczu w sezonie. Wiadomo: im więcej spotkań, tym lepiej.

      Wrócę na moment do ubiegłego sezonu i momentu wylosowania Novaka Djokovicia w pierwszej rundzie US Open. Pamiętasz swoją reakcję?

      – Z tego co pamiętam, informację przekazał mi Radek Szymanik. Specjalnej, czy dziwnej reakcji nie było. Na pytanie „Z kim gram?”, on odparł: „Chcesz wiedzieć?”. „Tak”. „Z Djokoviciem”, „A, ok”. I tyle. Jakoś nigdy nie robiło to na mnie specjalnego wrażenia. Losowanie jak losowanie – za wygranie z Djokoviciem dają tyle samo punktów i pieniędzy jak za wygranie z zawodnikiem startującym z „dziką kartą”.

      Wygrałeś w tamtym meczu jednego seta i do pewnego momentu mecz był bardzo wyrównany. Gdybyś przed tym meczem miał rozegranych chociaż kilkanaście spotkań więcej, mógłbyś zagrozić mu jeszcze bardziej?

      – Zdecydowanie tak. Zabrakło głównie ogrania. Jeżeli przez ponad pół roku nie możesz nic robić, nawet trzymać rakiety w ręku, to długo dochodzisz do siebie. Przynajmniej ja tak mam, że po takiej przerwie – a ta była najdłuższą w mojej karierze – wracałem dość długo. Szkoda, że taki mecz nie wydarzył się po występie w Genui, bo tam wróciłem już na właściwe tory.

      To był udany tydzień, bo pokonałeś pięciu przeciwników i wygrałeś prestiżową imprezę challengerową. Zwycięstwo dodało Ci motywacji i wiary, że wciąż możesz grać na wysokim poziomie?

      – Wygranie takiego turnieju cieszy i pcha do przodu. Nie ma co ukrywać: tęskniłem za rywalizacją, potem, zmęczeniem, zwycięstwami a także porażkami. To był największy challenger, w dodatku z konkretną obsadą, W ciągu roku są tylko trzy turnieje tej rangi, w których występuje tylu solidnych zawodników. Turniej rozgrywany był na kortach ziemnych, które teoretycznie nie są moimi ulubionymi, chociaż gram na nich prawie najlepiej.

      Przed US Open zakończyłeś współpracę z Kimem Tiilikainenem, który pomagał Ci przez siedem lat. Czytałem niedawno wypowiedź Twojego taty, który mówił, że „na 90% wiadomo kto go zastąpi”. Czy miał na myśli wspomnianego już Güntera Bresnika?

      – Bresnik był bardzo prawdopodobną opcją. Mówiąc szczerze: już troszeczkę wcześniej widziałem jego zainteresowanie moją osobą. To jest jeden z najwybitniejszych trenerów pracujących obecnie w Tourze i na pewno można się od niego dużo nauczyć. Współpraca z takim trenerem nie będzie łatwa, ale owocna. Była też druga opcja, brana pod uwagę w zdecydowanie mniejszym stopniu, ale wybór został dokonany.

      Wiele czytałem o Bresniku, obserwowałem go podczas turniejów, i wydaje mi się, że to zupełnie inny typ człowieka niż Twój poprzedni trener. Tiilikainen sprawia wrażenie człowieka spokojnego, a Bresnik kogoś, kto rządzi twardą ręką.

      – Ja bym nie porównywał tych dwóch osób. Bresnik jako trener ma zdecydowanie większe doświadczenie, pracuje z czołowymi zawodnikami od ponad dwudziestu lat. Kim nie miał tyle doświadczenia. Nie chcę się zagłębiać w szczegóły, bo to moja prywatna sprawa, ale inaczej pracowało mi się z Kimem, a zupełnie inaczej będzie mi się pracowało z Günterem. Nawet jeżeli mają inne charaktery, chociaż obaj są spokojnymi osobami, różnią się podejściem. Mam nadzieję, że zaowocuje to sukcesami, chociaż mój powrót będzie chcąc nie chcąc trudny. Rozgrywając raptem kilka turniejów w roku udało mi się wygrać jedną z większych imprez i zostać w trzysetce rankingu. To świadczy o tym, że jest szansa na powrót. Powiedziałbym nawet, że szybciej niż później.

      Zamykając wątek trenerski: nic nie jest sfinalizowane, ale najprawdopodobniej w styczniu poczynicie takie kroki.

      – W styczniu najprawdopodobniej będę współpracował z Günterem Bresnikiem.

      Często wspominasz, że liczne kontuzje mają związek z Twoim wzrostem. Jesteś na nie bardziej narażony niż niscy zawodnicy. Słyszałem opinie, że nie do końca wywiązujesz się z zadań, które otrzymujesz w ramach rehabilitacji. Ile w tym prawdy?

      – Powiem tak: w Polsce nie ma człowieka, który oglądałby jakikolwiek z moich treningów. Są to jedynie trenerzy i dzieci, które trenują obok mnie. Nie było nigdy żadnego człowieka, który siedziałby nade mną i oglądał jak przebiega mój trening, a tym bardziej rehabilitacja, którą śledzi wyłącznie mój lekarz prowadzący i dwóch rehabilitantów. Jakiekolwiek komentarze na temat mojej rehabilitacji są więc żenująco śmieszne.

      Sezon rozpoczniesz od występu w Auckland (turniej rozpoczyna się 9 stycznia). Odpuszczenie pierwszego tygodnia rozgrywek ma nieco wydłużyć przygotowania?

      – Znów mam zamrożony ranking, więc przed turniejem w Auckland nie mogę nigdzie wystąpić. Od strony praktycznej wygląda to tak, że zamrażając ranking po raz pierwszy nie mogę występować przez co najmniej pół roku. Jako, że już raz poprosiłem o zamrożenie rankingu, a po rozegraniu kilku turniejów zrobiłem to ponownie, nie mogę grać przez trzy miesiące, ale za to mogę przez trzy miesiące dłużej korzystać z rankingu zamrożonego. Mogę się nim posłużyć jeszcze pięciokrotnie. Na 99% zagram w głównych turniejach Australian Open, French Open i Wimbledonu oraz dwóch turniejach ATP. Przez to, że zamroziłem ranking ponownie i wydłużył mi się okres do użycia lepszego rankingu, będę mógł zagrać właśnie w Paryżu i Londynie.

      Niektórzy zawodnicy mówią, że wietrzne Auckland to miejsce dobre dla żeglarzy, a nie tenisistów.

      – Warunki do rozgrywania turnieju są bardzo fajne, to świetnie zorganizowana impreza. Rzeczywiście jest bardzo wietrznie, ale co zrobić. Byłem pewny, że do tego turnieju załapię się ze swoim zwykłym rankingiem, stąd moja decyzja.

      Gdy rozmawialiśmy rok temu mówiłeś, że Twoim celem jest awans do czołowej dziesiątki rankingu w ciągu trzech najbliższych lat. Jak Cię znam to zdania nie zmieniłeś, tylko należy zapomnieć o 2016 roku i rozpocząć odliczanie raz jeszcze.

      - Tak, ten rok można raczej wyciąć z kalendarza. Nie był dla mnie za bardzo tenisowy, bo zagrałem ledwie w kilku turniejach i niespecjalnie mogłem się wykazać. Trzeba do tego podejść spokojnie: duża zmiana z nowym trenerem, może także z miejscem treningów – zobaczymy co ustalimy, bo czysto logistycznie współpraca jest utrudniona, jako że Bresnik siedzi głównie w Wiedniu. W Australii usiądziemy i porozmawiamy. Na razie prawdopodobnie w moim boksie będzie siedział trener Bresnik.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z tenisistą (18): Jerzy Janowicz”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      piątek, 30 grudnia 2016 19:44
  • poniedziałek, 26 września 2016
    • Wywiad z tenisistą (17): Purav Raja

      purav1

      Marek Furjan: Próbowałem zebrać jakiekolwiek informacje na Twój temat. Zdanie, które od innych tenisistów słyszałem najczęściej to: "Milioner, który gra w tenisa dla zabawy". To prawda?

      Purav Raja: - Wczoraj przeczytałem bardzo dobre stwierdzenie. Brzmi tak: "Sukces zawsze wygląda łatwo dla ludzi, których nie było w pobliżu, gdy był osiągany". Te osoby nie znają szczegółów z mojego życia, ale przedstawiany obraz różni się od tego, który jest prawdziwy - od pracy, którą włożyłem i od tego, jak wygląda moje życie. Tak, jestem szczęściarzem. Pochodzę z dobrej rodziny, nie muszę grać w tenisa tydzień w tydzień, aby zarabiać pieniądze. Ale przy tym wszystkim poświęcam tej dyscyplinie tyle samo czasu co każdy inny zawodnik. Nie mogę tylko siedzieć na tyłku i nie robić nic do końca życia, ale mam to szczęście, że nie muszę martwić się o tygodniowe wydatki, jak robi to wielu tenisistów. Jeżeli chcesz zostać światowej klasy sportowcem, nie ma znaczenia czy masz pieniądze, czy nie. Musisz wykonać pracę, spędzić wiele godzin na korcie. Gdy odgrywam piłkę forhendem, albo rozgrywam decydujący punkt w gemie, nikogo nie obchodzi czy mam dużo pieniędzy, czy też nie. (śmiech) To dobra wiadomość dla mnie - mogę być bardziej zrelaksowany, bo mam świadomość, że pochodzę z porządnej rodziny, mam ładny dom, samochód...

      Kilku hinduskich tenisistów jest też dobrymi biznesmenami. Bhupathi, Paes...

      - Myślę, że wszystko zaczęło się od tenisa. Czasami zapominamy, że oni najpierw stali się światowej sławy tenisistami. Masz rację - oni bardzo dobrze dbają o interesy. Mahesh osiągnął kolejny sukces tworząc IPTL [International Premier Tennis League], ale wszystko nie poszłoby tak płynnie, gdyby nie osiągnęli sukcesów jako zawodowi tenisiści. Każdy w Indiach ich lubi i szanuje, ale za to, że świetnie uderzają w tenisową piłkę i są doskonali na korcie.

      A co powiesz o Waszej federacji? Młodzi zawodnicy mogą liczyć na pomoc z jej strony?

      - W Indiach wszyscy zawodnicy muszą być - przywołując Twoje stwierdzenie - "milionerami". To bardzo drogi sport i nikt, kto w Indiach nie ma pieniędzy, nie mógłby go uprawiać. Mam tyle samo talentu co, powiedzmy, dwadzieścia tysięcy innych osób. Ale mam to szczęście, że mogę go pokazywać na scenie międzynarodowej. Ludzie w naszym kraju nie mają takiego wsparcia. To co mogę powiedzieć to fakt, że federacja nie pomagała mi finansowo. Nie pomagała też żadnej znanej mi osobie, która osiągnęła wysoki poziom. Nie wiem dokładnie jak to wygląda, ale ja nigdy nie wziąłem od nich ani grosza.

      Wiem, że dużo czasu spędzasz też w Londynie.

      - Tak, mój brat tam mieszka i pracuje. Odwiedzam go, gdy jestem w Europie. Gdy mam więcej czasu, wracam do Indii, bo tam jest mój dom.

      Masz w Londynie jakąś bazę treningową?

      - Tak, trenowaliśmy tam niedawno przez kilka tygodni. Nasz [stałym partnerem deblowym Purava jest Divij Sharan] trener jest Anglikiem. W Indiach umawiam się regularnie z Bhupathim, Bopanną. Razem przygotowujemy się do sezonu. Wcześniej robię sobie dwa, albo trzy tygodnie przerwy. (śmiech)

      Większość hinduskich tenisistów specjalizuje się w grze podwójnej, osiągają spektakularne sukcesy. Umiesz odpowiedzieć dlaczego dobrze wiedzie się Wam akurat w tej konkurencji?

      - Jest kilka powodów. Po pierwsze: korty, na których się wychowujemy są bardzo szybkie. Każdy z nas ma dobre ręce, umie grać przy siatce, bo zawsze rywalizowaliśmy na bardzo szybkich kortach. Nigdy nie graliśmy na wolnych nawierzchniach, gdzie piłka wraca na twoją stronę kilka razy w jednej wymianie. Efektem tego wszystkiego jest osiągnięcie umiejętności przydatnych w grze podwójnej, gdzie wymiany są krótsze. Po drugie: ta konkurencja jest mniej wymagająca fizycznie. Jako indywidualności nie jesteśmy najsprawniejszymi ludźmi na świecie. Oczywiście są wyjątki: Somdev [Devvarman], Sanam [Singh] i kilku innych, którzy są bardzo sprawni. Mam na myśli to, że jako grupa, znamy ścieżkę do dobrej gry deblowej. Nie mamy pojęcia jak znaleźć się w TOP 20 singlistów, bo nikt tego nie osiągnął. Podobnie jest w Polsce - teraz macie Janowicza, a wcześniej Kubot osiągał doskonałe wyniki. Tak jest na całym świecie. Jeżeli masz lidera, możesz za nim podążać, bo widzisz jakie decyzje podejmuje. Masz Djokovicia, to pojawiają się za nim Troicki, Lajović, masz Nadala, to zaraz jest Ferrer i dziesięciu innych. My Hindusi nie znamy singlowej ścieżki. Szukamy jej, ale nie jest o to łatwo.

      Ty też jej szukałeś, bo próbowałeś swoich sił jako singlista.

      - Tak, grałem singla, ale szybko zrozumiałem, że to bardzo trudna sprawa. Gram w tenisa aby zarabiać pieniądze i startować w turniejach wielkoszlemowych. Jeżeli byłbym trzysetnym singlistą, brakowałoby mi motywacji. Nie chcę być średniakiem. Chcę być najlepszy w tym co robię.

      Patrzę na listę hinduskich deblistów i widzę sportowców po trzydziestce. Twój wiek - kończysz w tym roku 31 lat - pozwala jeszcze na wiele lat występów w deblu, ale czy macie w kraju jakieś "młode strzelby", o których dowiemy się w najbliższym czasie?

      - Myślę, że tak. Ramkumar Ramanathan, Sumit Nagal i kilku innych. Nie jest tak źle jak myślisz. Powiem szczerze, że czekam na przełom. Jednego, którego blask zaświeci jeszcze mocniej. Mamy system i wielu ludzi, którzy przy nim pracują. Rozkwit takiego talentu wymaga pracy zespołowej.

      Większość z nich trenuje w Indiach?

      - Trenują wszędzie. Sumit [Nagal] w Niemczech, Ramkumar [Ramanathan] w Hiszpanii. Próbujemy wysyłać do różnych państw jak największą liczbę zawodników, aby zbierali niezbędne doświadczenie. I znów pojawia się problem: brak środków, wady systemu. Staramy się wspierać ich jak tylko możemy, ale nie jestem na tyle blisko tego procesu, aby opowiadać o szczegółach. Wiem tylko, że wszyscy się starają, aby wykonywać swoją pracę jak najlepiej.

      Paes, Bopanna, Bhupathi - wielkie gwiazdy sportu, ale przeciętnemu człowiekowi trudno się do nich zbliżyć. Znasz ich wszystkich osobiście. Możesz opisać każdego w kilku słowach?

      - Są różni. Każdy jest inny.

      To tak jak wśród polskich zawodników.

      - Dokładnie tak. Zacznę od Leandera [Paesa]. Jest charyzmatyczny, zabawny i z pewnością jest showmanem. Bopanna: bezpośredni, konkretny i bardzo odważny. On nigdy się nie cofa. Mahesh [Bhupathi] jest bardzo mądry, małomówny, inteligentny. Najlepiej z tej trójki znam Bopannę i Bhupathiego, ale mam ogromny szacunek do gry Paesa.

      Rywalizujecie ze sobą poza kortem? Wiem, że wśród tenisistów są grupy, które lubią mierzyć się w jakiejś konkurencji. Dla przykładu: Troicki ściga się z Djokoviciem na nartach i tam może wygrywać.

      - My gramy w krykieta, ale głównym celem jest wzajemna pomoc. Musimy rywalizować na kortach z całym światem, więc próbujemy pomagać sobie, aby stać się lepszymi zawodnikami. Nie oznacza to oczywiście, że jak gramy przeciwko sobie to nie rywalizujemy. Jest tylu ludzi, którym musimy się przeciwstawić, że trzeba tworzyć grupę. Zawsze cieszę się, gdy Rohan i Mahesh wygrywają mecze, bo ja nie próbuję z nimi rywalizować. Mam przeciwko sobie niemal cały świat, potrzebuję kogoś po swojej stronie. (śmiech)

      W Bombaju mieszka siedemnaście milionów ludzi. Gdybym zrobił wśród nich ankietę i zapytał o Purava Raję, ile osób mogłoby Cię rozpoznać?

      - Może siedem.

      Milionów?!

      - Nie, siedem osób. (śmiech) Powiedziałbym nawet, że zero. Sania Mirza zbudowała sobie świetną markę, a Paes, Bhupathi, Bopanna i Devvarman też, ale nie na taką skalę. Jeżeli chodzi o popularność, nie jesteśmy w tej samej lidze co Sania. Mnie mogą znać ludzie, którzy sami grają w tenisa, ale nikt więcej. W naszym kraju rządzi krykiet. To, że jestem sześćdziesiąty, czy siedemdziesiąty na świecie, nie czyni mnie osobą rozpoznawalną.

      Czas na standardowe pytanie do deblisty. Czy wśród aktywnych zawodników jest partner, z którym chciałbyś koniecznie rozegrać chociaż jeden turniej?

      - Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie znam tak dobrze zawodników z czołówki, jestem w tym towarzystwie nowy. Potrzebuję kogoś, kto gra na stronie forhendowej, dobrze serwuje. Ja odwdzięczam się dobrym returnem. Nie mogę podać w tym momencie żadnego nazwiska z "deblowego rynku", ale w następnym sezonie odpowiem Ci na to pytanie.

      Masz dobre ręce, ale czy nie potrzebujesz kogoś, kto wykona na korcie bardzo dużo pracy?

      - Wszystko zależy od tego, jaki rodzaj energii chcielibyśmy wnieść "do stołu". Debel jest w dzisiejszych czasach bardzo trudną konkurencją. To nie jest tak, że partner będzie skakał, biegał do każdej piłki, a ja nie będę musiał tego robić. Nie jest tak, że jeśli ja będę dobrze returnował, to on już nie musi. Gra stała się kompleksowa i została wyniesiona na bardzo wysoki poziom. Jestem zaskoczony, że nasza konkurencja nie jest bardziej popularna. Każdy musi na korcie robić wszystko. Przy doborze partnera szukam określonych atutów, ale nie mogę powiedzieć, że musi skakać i biegać. On musi być w stanie pokazać się na korcie. Jeżeli nie będzie w stanie odegrać dziesięciu forhendów, nie będziemy wygrywali.

       To Twój pierwszy występ w Pekao Szczecin Open. Czym kierujesz się wybierając turnieje, o których niewiele wiesz? Rozmawiasz na ten temat z innymi zawodnikami, czy tylko sprawdzasz nawierzchnię, pulę nagród i punkty, które są do zdobycia?

      - Wielokrotnie nie ma żadnego wyboru - trudno dostać się do challengera, bo często jest mocna obsada. Mamy to szczęście, że osiągaliśmy w tym roku dobre wyniki i zajmujemy pozycję, która daje nam prawo do takich startów. Wielu zawodników namawiało nas na przyjazd. Mówili nam, że Szczecin to bardzo fajny turniej, z wieloma punktami do zdobycia. Pierwsza rzecz na którą zwracamy uwagę to uprzejmość i dbanie o zawodników. Nie chcemy wybrać się gdzieś, gdzie między hotelem, kortami i lotniskiem nie będą kursowały samochody. Podróżujemy przez cały rok! Nie chcemy spędzać kolejnych dwóch dni w tygodniu na dotarcie na miejsce, aby tylko zagrać w challengerze. W przypadku ATP 250 musimy akceptować wszystko, bo punkty tam zdobyte w znacznym stopniu są w stanie poprawić nasz ranking. Spośród challengerów wybieramy wyłącznie te najprzyjemniejsze.

      Oprócz dwóch turniejów ATP wygraliście też kilka challengerów. Kort trawiasty to Twoja ulubiona nawierzchnia?

      - Zdecydowanie. Takie korty pasują do naszego stylu gry - płaskie uderzenia, dużo gry przy siatce.

      W Indiach są obiekty, gdzie można trenować na takiej nawierzchni?

      - Nie. Ale specyfika kortu jest podobna. Szybki, można uderzać piłkę dość wcześnie, co nam bardzo sprzyja. Jeżeli spychamy przeciwników za linię końcową, możemy zrobić użytek ze swoich rąk przy siatce. Jeżeli oni przejmują inicjatywę i strzelają w nas, sytuacja nie jest dobra. (śmiech)

      W ubiegłym roku byłeś kapitanem zwycięskiej drużyny w lidze IPTL. Stan Wawrinka, Andy Murray, Nick Kyrgios, Karolina Pliskova - było się kim opiekować.

      - To było świetne przeżycie. Udało mi się ich wszystkich lepiej poznać, bardzo się szanujemy. Wygraliśmy całe rozgrywki, ale największą przyjemność sprawiło mi obserwowanie ich z bliska. Nie tylko na korcie, bo to świetni tenisiści, ale wielu z nich jest też bardzo dobrymi ludźmi. To dla mnie bardzo ważne. Tenis to to, co widzisz na korcie. Poza nim wielu z nas jest miłymi ludźmi.

      Słyszałem, że Ty też masz dobre serce. Pomagasz niepełnosprawnym dzieciom w Bombaju, przekazujesz też datki na sierociniec...

      - Staram się, ale wiem, że mogę robić zdecydowanie więcej. Nauczyłem się tego w domu rodzinnym, ale wiem, że mogę dotrzeć do większej liczby osób.

      Jak wygląda taka pomoc? Udajesz się do tych ludzi osobiście, czy wspierasz fundację finansowo?

      - Mamy coś na wzór fundacji, którą opiekuje się moja mama. Przekazujemy pieniądze różnym potrzebującym ludziom. Z żoną staramy się też docierać do ludzi osobiście - zanosić im jedzenie, zabawki, ubrania. To sprawia mi ogromną przyjemność, dlatego staram się bardzo w to angażować.

      Świetnie, gratuluję. Mam jeszcze dwa pytania, ale jedno z nich nie jest przyjemnie.

      - Śmiało próbuj. Możesz zapytać o cokolwiek chcesz.

      Miałeś kiedyś sytuację, gdy ktoś nie uwierzył, że jesteś zawodowym sportowcem? Wiesz co mam na myśli - rozmawialiśmy już o tym wcześniej. W Polsce często spotykam się z rozmowami na temat sylwetki Marcina Matkowskiego. Moim zdaniem są to rozważania krzywdzące świetnego zawodnika, bo na końcu zawsze ważny jest wynik. Ale znam ludzi, którzy po porażkach zawsze wtrącają kilka zdań na temat jego sylwetki.

      - Nie sądzę, aby mieli rację. Myślę, że krzywdzą go takimi opiniami. Ja nie chodzę w tenisowym stroju po ulicy, ubieram się bardziej elegancko i czasami ludzie pytają: "naprawdę grasz w tenisa?". To dla mnie normalne. Pamiętajmy o tym, że na końcu zawsze liczy się wynik. Jeżeli jestem wystarczająco szybki na korcie, a poza kortem jestem przyzwoitym gościem, nie dbam o to co o mnie myślą. Jeżeli jestem na tyle szybki, aby wykonać pracę, z której będzie zadowolony mój partner, mój wygląd nie powinien mieć znaczenia. Tak jak powiedziałem: możesz być milionerem lub kimś innym, ale gdy wychodzisz na kort, musisz wykonać pewną pracę. Gdybym był za wolny, albo gdyby Matka był zbyt wolny, nie wygrywalibyśmy meczów. Tak na marginesie: on jest całkiem szybki. Gdy grasz przeciwko niemu jest w stanie uderzać piłkę z taką siłą, że to przeciwnik nie nadąża. (śmiech) A dodatkowo dochodzi do każdej piłki.

      Zgadzam się. Poza tym, skoro Nenad Zimonjić pyta go o wspólną grę, nie może mieć zbyt wielu wad.

      - No właśnie, musi być jakiś powód takich ofert, prawda? Wszyscy staramy się zarabiać na korcie pieniądze, więc musi być powód dla którego ktoś chce z tobą grać.

      Jakie są Twoje cele i marzenia związane z tenisem?

      - Marzeniem jest wygranie turnieju wielkoszlemowego, a celem wejście do czołowej pięćdziesiątki rankingu. Grałem do tej pory cztery razy w imprezach wilekoszlemowych. W Paryżu było bardzo trudno, bo Ivo Karlović był zmęczony po bardzo długim meczu w singlu, a szczerze mówiąc przeciwnicy byli od nas lepsi. W trzech startach w Wimbledonie miałem swoje szanse. Raz prowadziliśmy 2:0 w setach, ale przegraliśmy w pięciu z Monroe i Stadlerem. Innym razem przegraliśmy z Nielsenem i Marrayem. Ja i Fabrice Martin graliśmy bardzo dobrze, ale złapały go skurcze gdy serwował aby wygrać czwartą partię. A innym razem przegraliśmy z Matką i Cabalem. (śmiech) Wrócę jeszcze do poprzedniego tematu - wszystko sprowadza się do tego jak dobry jesteś na korcie. Każdy z nas ma swoje wady, zalety, każdy ma inną budowę ciała, jeden jest bardziej sprawny, drugi mniej. Powiedz mi jedno: kiedy po raz ostatni Matkowskiego złapały na korcie skurcze?

      Nie przypominam sobie takiej sytuacji.

      - No właśnie. I to jest to, co powinno nas interesować.

      Rozumiem, ale wiesz jak reagują ludzie. Krzywdzące opinie nie są wydawane tylko w środowisku tenisowym. Tak niestety wygląda nasze życie.

      - Zgadzam się, to jest normalne. Po każdej porażce szuka się wytłumaczenia lub uzasadnienia. Nie znam Matki tak dobrze, mówię mu tylko "cześć", ale wiem co osiągnął na korcie. Zgaduję, że w ostatnich siedmiu latach za każdym razem kończył sezon w TOP 20. I za to go szanuję. To nie jest łatwe, coś o tym wiem. (śmiech)

      Wydaje mi się, że ja też coś o tym wiem - staram się to wszystko oglądać z bliska, podróżować w celu obejrzenia kilku turniejów. Uwielbiam oglądać grę podwójną, a nawet mieszaną. I wcale nie wygląda to na łatwe zajęcie.

      - Wszyscy bardzo ciężko trenujemy i wiem, że gdy wychodzimy na kort, nie ma właściwie uderzeń, które można nazwać fuksem. Wszystkie są przećwiczone wielokrotnie, zanim zastosujemy je w meczu. Najlepsza rzecz, jakiej nauczyłem się przy okazji uprawiania tego sportu, to to, że możesz zawierać przyjaźnie. Mam w Tourze wielu dobrych kolegów, mam nadzieję, że oni mówią o mnie podobnie. (śmiech) To jest pierwsza rzecz, jaką wyciągnąłem z tego sportu. Coś, co jest ważniejsze od rankingu, zwycięstw, punktów. Są tu ludzie, którym bezgranicznie ufam, którzy sprawiają, że żyję.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z tenisistą (17): Purav Raja”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 września 2016 18:40
  • czwartek, 21 lipca 2016
    • Tysiąc rakiet Safina

      rakieta

      Chyba każdy z nas widział w swoim życiu mecz tenisowy, po którym jeden z zawodników opuszczał kort będąc "lżejszym" o jedną lub kilka rakiet. Odnoszę wrażenie, że ich łamanie nie jest już tak popularne jak 10-15 lat temu, ale zawodnicy i tak w miarę regularnie dają upust emocjom wyżywając się właśnie na swoim sprzęcie.

      Kilka dni temu, zupełnie przypadkowo, znalazłem w internecie informację o rekordzie Marata Safina. Rosjanin złamał w swojej karierze aż 1055 rakiet, a wynik potwierdza firma Head, która dostarczała mu przez lata sprzęt do gry. Tenisista otrzymał od firmy niecodzienną pamiątkę - nie statuetkę, lecz deskę snowboardową z liczbą 1055.

      Marat dał się zapamiętać jako charakterna, bardzo barwna postać (i przede wszystkim genialny tenisista). Z ogromną uwagą śledziłem jego spotkania, a podczas ostatniego w karierze sezonu, w którym odwiedzał swoje ulubione imprezy tenisowe, miałem okazję spotkać go i posłuchać w szwedzkim kurorcie Båstad.

      Od kilku dni próbuję wyobrazić sobie jak wyglądałby stos tysiąca pięćdziesięciu pięciu rakiet. Liczę, porównuję, szukam różnych odpowiedników. Oto efekty tych jakże głębokich przemyśleń:

      • Wyobraźcie sobie, że Agnieszka Radwańska - od wielu lat czołowa tenisistka świata - do rozegrania pełnego sezonu potrzebuje 20-25 rakiet tenisowych. Polka oczywiście rakiet nie łamie (ewentualnie łamią się same jak podczas meczu z Date-Krumm w Australian Open 2011), wykazuje się względną dbałością. Jednak te liczby oznaczają, że aby użyć tylu rakiet ile złamał Safin, kariera Agnieszki musiałaby trwać około 45-50 lat!

      • Marat Safin rozegrał podczas swojej kariery 689 pojedynków singlowych i 216 gier podwójnych. Oznacza to, że złamanych rakiet ma na koncie więcej niż rozegranych meczów w gronie zawodowców.

      • Liczba złamanych rakiet przez Safina zbliżona jest do liczby asów zaserwowanych przez Kevina Andersona w ubiegłym sezonie. Afrykaner w siedemdziesięciu meczach zanotował 1074 takie podania.

      • Kilka lat temu w Melbourne uciąłem sobie sympatyczną pogawędkę ze starszym panem o azjatyckich korzeniach. Okazało się, że był to stringer (osoba naciągająca rakiety) m.in. Ivo Karlovicia. Powiedział mi, że Chorwat bierze na każdy mecz zaledwie 3 rakiety. Nie rzuca nimi, naciąg pęka mu sporadycznie, więc nie ma potrzeby brać pięciu lub siedmiu. Gdyby więc Karlović na każdy mecz brał trzy nowe rakiety, potrzebowałby niespełna 352 spotkań, aby użyć tylu rakiet, ile złamał Safin. W przypadku Chorwata oznacza to jakieś 8 lat gry na wysokim poziomie (w latach 2008-15 rozegrał 354 mecze singlowe).

      • Liczba złamanych rakiet przez Safina jest większa od liczby asów zaserwowanych w grze pojedynczej przez Łukasza Kubota (zgodnie z danymi z ATP Match Stats: 997).

      Mógłbym spisać tu jeszcze kilka równie dziwnych porównań, ale w tym momencie postawię kropkę. Niech za podsumowanie tego luźnego tekstu posłużą dwa słowa: Marat Safin.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 lipca 2016 00:21
  • poniedziałek, 27 czerwca 2016
    • Marcus Willis - trener, który zagra w Wimbledonie

      willis

      W ostatniej chwili wślizgnął się do prekwalifikacji Wimbledonu. Kilka dobrych meczów spowodowało, że wywalczył sobie dziką kartę do wimbledońskich eliminacji. W nich pokonał trzech rywali sklasyfikowanych o kilkaset miejsc wyżej: Sugitę (ATP 99), Rubliowa (ATP 203) i Miedwiediewa (ATP 228) i niespodziewanie wdarł się do głównej drabinki. O kim mowa? O rewelacyjnym Marcusie Willisie, numerze 772 na liście ATP.

      Historia awansu 25-letniego Marcusa Willisa do tegorocznego Wimbledonu zasługuje co najmniej na kilkudziesięciominutowy film dokumentalny. Leworęczny Brytyjczyk przez dziesięć lat kariery nie osiągnął szczególnych sukcesów - wygrał osiem turniejów Futures (cztery w Wielkiej Brytanii, dwa w Hiszpanii i po jednym w Kuwejcie i Egipcie), a w ubiegłym roku miał przyjemność zmierzyć się podczas jednego z challengerów z Marcosem Baghdatisem. Skoro już o challengerach mowa: wyobraźcie sobie, że Willis wygrał w nich zaledwie pięć spotkań w karierze. Wynik mizerny, nawet jak na kogoś kto w najlepszym momencie tenisowej kariery wdrapał się na trzysta dwudzieste drugie miejsce rankingu ATP.

      Możemy nie wiedzieć o Willisie wiele, ale już na pierwszy rzut oka widać, że tenis jest dla niego całym życiem. Dotychczasowa kariera upływała pod hasłem walki. Walki o pieniądze pozwalające na kolejne starty, ale także walki ze zdrowiem. Problemy z kolanami przeplatały się z innymi, równie poważnymi kontuzjami. Pod koniec ubiegłego sezonu zerwał ścięgno, a gdy udało się wrócić i zainaugurować nowy rok występem w Tunezji, uraz się odnowił. Od tamtego startu minęło już blisko pół roku, a sezon miał być spisany na straty. W rankingu Willis wylądował jeszcze niżej - na miejscu 772.

      Można było zapomnieć o istnieniu takiego zawodnika jak Marcus Willis. Wpisując w serwisie Youtube jego imię i nazwisko wyświetlało się zdecydowanie więcej występów Brytyjczyka na korcie do touchtennisa (odmiana tenisa - inne rakiety, piłki, zdecydowanie mniejszy kort), niż na tenisowym. Marcus nie miał zamiaru się poddać, ale musiał zarabiać pieniądze. Chciał polecieć do Stanów Zjednoczonych i pracować jako trener w Filadelfii. Starał się już nawet o otrzymanie wizy. Od ostatecznej decyzji o wylocie odwiodła do dziewczyna - Jennifer. Willis usłyszał od niej, że "jest idiotą" i ma nie zmieniać swoich wcześniejszych planów. Został więc trenerem w Warwick Boat Club, a kilka weekendów spędził w Niemczech i Francji dorabiając w tamtejszych ligach. Przez długi czas był niepokonany i znów uwierzył, że może wrócić na zawodowe korty i zdobywać punkty do rankingu.

      Od kilkudziesięciu godzin dwudziesty trzeci tenisista Wielkiej Brytanii jest na ustach całego tenisowego świata. W poniedziałek Willis zagra na korcie siedemnastym z Ricardasem Berankisem. Za występ w Wimbledonie otrzyma już co najmniej 30 tysięcy funtów. "Pieniądze? Fantastycznie, spłacę kilka kart kredytowych" - opowiadał z uśmiechem w jednym z wywiadów. Po chwili dodał: "To jednak dodatek. Gram w Wimbledonie, a to moje marzenie".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 czerwca 2016 00:20
  • poniedziałek, 09 maja 2016
    • Super tie-breaki: ile i na jakich nawierzchniach?

      doubles
      Super tie-break, czyli set rozstrzygający o zwycięstwie w meczu deblowym. Nazywany przez niektórych "przedłużonym tie-breakiem" (do 10 wygranych punktów, z zasadą co najmniej 2 punktów przewagi) stosowany jest od 2006 roku w rozgrywkach ATP. Dwa lata później przyjął się także w kobiecym Tourze. W parze z nim idzie zasada "no-ad", która głosi, że przy stanie równowagi rozgrywany jest decydujący punkt, a stronę, na którą zagrywa serwujący wybiera duet odbierających.

      Wprowadzenie przed kilkoma laty tych wszystkich zasad miało na celu skrócenie gier deblowych oraz dodanie do nich szczypty nieprzewidywalności. Nie ma chyba osoby, która stwierdzi, że rozgrywanie decydującej partii do dziesięciu wygranych punktów nie powoduje, że teoretycznie słabsza para ma większe szanse na sprawienie niespodzianki.

      Oglądając w tym sezonie dziesiątki spotkań na poziomie WTA, ATP i Challenger Tour odniosłem wrażenie, że co drugi mecz deblowy kończy się w trzech setach. Postanowiłem to wszystko policzyć w obrębie rozgrywek (WTA i ATP), nawierzchni (ziemia, twarde korty odkryte i twarde korty pod dachem) i poszczególnych turniejów (wszystkich nie publikuję, żebyście nie umarli z nudów). Jak się okazało, super tie-breaki występują rzadziej niż mi się wydawało...

      We wszystkich obliczeniach wziąłem pod uwagę turnieje WTA i ATP, które odbyły się od początku sezonu 2016 do turnieju w Madrycie włącznie (24 imprezy WTA i 28 ATP).

      ATP:

      • Clay: 78 super tie-breaków/203 rozegrane mecze = 38,4% meczów kończonych trzecim setem
      • Indoor Hard: 32/73 = 43,8%
      • Outdoor Hard: 74/174 = 42,5%

      Najwięcej % STB w jednym turnieju: Indian Wells - 18/30 = 60%
      Najmniej % STB w jednym turnieju: Doha - 3/15 = 20%

      Zacięte super tie-breaki (10:8 lub dłuższe):

      • Clay: 30/78 = 38,4%
      • Indoor Hard: 10/32 = 31,2%
      • Outdoor Hard: 26/74 = 35,1%

      WTA:

      • Clay: 48 super tie-breaków/121 rozegranych meczów = 39,6% meczów kończonych trzecim setem
      • Indoor Hard: 12/28 = 42,8%
      • Outdoor Hard: 78/240 = 32,5%

      Najwięcej % STB w jednym turnieju: Rio de Janeiro - 8/14 = 57,1% (jedyny turniej WTA w 2016 roku, gdzie więcej spotkań deblowych kończyło się w trzech niż w dwóch setach)
      Najmniej % STB w jednym turnieju: Stambuł - 1/12 = 8,3%

      Zacięte super tie-breaki (10:8 lub dłuższe):

      • Clay: 15/48 = 31,2%
      • Indoor Hard: 6/12 = 50%
      • Outdoor Hard: 22/78 = 28,2%

      Co ciekawe, w 2016 roku nie odbył się jeszcze ani jeden turniej WTA lub ATP, w którym nie rozegrano chociaż jednego super tie-breaka. W jednym turnieju męskim (Montpellier) i trzech kobiecych (Brisbane, Hobart, Stuttgart) nie rozegrano zaciętego [10:8 lub dłuższego] super tie-breaka.

      Patrząc na te wszystkie liczby należy zgodzić się z Łukaszem Kubotem, który po wielu meczach powtarza: "O wyniku zadecydowały jedna, może dwie piłki".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 maja 2016 20:05

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Zakładki

Kanał informacyjny

E-mail: tenisowyblogvamos@gmail.com




Opcje Bloxa