Vamos

Blog o tym co na kortach i wokół nich. Autorem jest Marek Furjan, dziennikarz i komentator

Wpisy

  • poniedziałek, 26 września 2016
    • Wywiad z tenisistą (17): Purav Raja

      purav1

      Marek Furjan: Próbowałem zebrać jakiekolwiek informacje na Twój temat. Zdanie, które od innych tenisistów słyszałem najczęściej to: "Milioner, który gra w tenisa dla zabawy". To prawda?

      Purav Raja: - Wczoraj przeczytałem bardzo dobre stwierdzenie. Brzmi tak: "Sukces zawsze wygląda łatwo dla ludzi, których nie było w pobliżu, gdy był osiągany". Te osoby nie znają szczegółów z mojego życia, ale przedstawiany obraz różni się od tego, który jest prawdziwy - od pracy, którą włożyłem i od tego, jak wygląda moje życie. Tak, jestem szczęściarzem. Pochodzę z dobrej rodziny, nie muszę grać w tenisa tydzień w tydzień, aby zarabiać pieniądze. Ale przy tym wszystkim poświęcam tej dyscyplinie tyle samo czasu co każdy inny zawodnik. Nie mogę tylko siedzieć na tyłku i nie robić nic do końca życia, ale mam to szczęście, że nie muszę martwić się o tygodniowe wydatki, jak robi to wielu tenisistów. Jeżeli chcesz zostać światowej klasy sportowcem, nie ma znaczenia czy masz pieniądze, czy nie. Musisz wykonać pracę, spędzić wiele godzin na korcie. Gdy odgrywam piłkę forhendem, albo rozgrywam decydujący punkt w gemie, nikogo nie obchodzi czy mam dużo pieniędzy, czy też nie. (śmiech) To dobra wiadomość dla mnie - mogę być bardziej zrelaksowany, bo mam świadomość, że pochodzę z porządnej rodziny, mam ładny dom, samochód...

      Kilku hinduskich tenisistów jest też dobrymi biznesmenami. Bhupathi, Paes...

      - Myślę, że wszystko zaczęło się od tenisa. Czasami zapominamy, że oni najpierw stali się światowej sławy tenisistami. Masz rację - oni bardzo dobrze dbają o interesy. Mahesh osiągnął kolejny sukces tworząc IPTL [International Premier Tennis League], ale wszystko nie poszłoby tak płynnie, gdyby nie osiągnęli sukcesów jako zawodowi tenisiści. Każdy w Indiach ich lubi i szanuje, ale za to, że świetnie uderzają w tenisową piłkę i są doskonali na korcie.

      A co powiesz o Waszej federacji? Młodzi zawodnicy mogą liczyć na pomoc z jej strony?

      - W Indiach wszyscy zawodnicy muszą być - przywołując Twoje stwierdzenie - "milionerami". To bardzo drogi sport i nikt, kto w Indiach nie ma pieniędzy, nie mógłby go uprawiać. Mam tyle samo talentu co, powiedzmy, dwadzieścia tysięcy innych osób. Ale mam to szczęście, że mogę go pokazywać na scenie międzynarodowej. Ludzie w naszym kraju nie mają takiego wsparcia. To co mogę powiedzieć to fakt, że federacja nie pomagała mi finansowo. Nie pomagała też żadnej znanej mi osobie, która osiągnęła wysoki poziom. Nie wiem dokładnie jak to wygląda, ale ja nigdy nie wziąłem od nich ani grosza.

      Wiem, że dużo czasu spędzasz też w Londynie.

      - Tak, mój brat tam mieszka i pracuje. Odwiedzam go, gdy jestem w Europie. Gdy mam więcej czasu, wracam do Indii, bo tam jest mój dom.

      Masz w Londynie jakąś bazę treningową?

      - Tak, trenowaliśmy tam niedawno przez kilka tygodni. Nasz [stałym partnerem deblowym Purava jest Divij Sharan] trener jest Anglikiem. W Indiach umawiam się regularnie z Bhupathim, Bopanną. Razem przygotowujemy się do sezonu. Wcześniej robię sobie dwa, albo trzy tygodnie przerwy. (śmiech)

      Większość hinduskich tenisistów specjalizuje się w grze podwójnej, osiągają spektakularne sukcesy. Umiesz odpowiedzieć dlaczego dobrze wiedzie się Wam akurat w tej konkurencji?

      - Jest kilka powodów. Po pierwsze: korty, na których się wychowujemy są bardzo szybkie. Każdy z nas ma dobre ręce, umie grać przy siatce, bo zawsze rywalizowaliśmy na bardzo szybkich kortach. Nigdy nie graliśmy na wolnych nawierzchniach, gdzie piłka wraca na twoją stronę kilka razy w jednej wymianie. Efektem tego wszystkiego jest osiągnięcie umiejętności przydatnych w grze podwójnej, gdzie wymiany są krótsze. Po drugie: ta konkurencja jest mniej wymagająca fizycznie. Jako indywidualności nie jesteśmy najsprawniejszymi ludźmi na świecie. Oczywiście są wyjątki: Somdev [Devvarman], Sanam [Singh] i kilku innych, którzy są bardzo sprawni. Mam na myśli to, że jako grupa, znamy ścieżkę do dobrej gry deblowej. Nie mamy pojęcia jak znaleźć się w TOP 20 singlistów, bo nikt tego nie osiągnął. Podobnie jest w Polsce - teraz macie Janowicza, a wcześniej Kubot osiągał doskonałe wyniki. Tak jest na całym świecie. Jeżeli masz lidera, możesz za nim podążać, bo widzisz jakie decyzje podejmuje. Masz Djokovicia, to pojawiają się za nim Troicki, Lajović, masz Nadala, to zaraz jest Ferrer i dziesięciu innych. My Hindusi nie znamy singlowej ścieżki. Szukamy jej, ale nie jest o to łatwo.

      Ty też jej szukałeś, bo próbowałeś swoich sił jako singlista.

      - Tak, grałem singla, ale szybko zrozumiałem, że to bardzo trudna sprawa. Gram w tenisa aby zarabiać pieniądze i startować w turniejach wielkoszlemowych. Jeżeli byłbym trzysetnym singlistą, brakowałoby mi motywacji. Nie chcę być średniakiem. Chcę być najlepszy w tym co robię.

      Patrzę na listę hinduskich deblistów i widzę sportowców po trzydziestce. Twój wiek - kończysz w tym roku 31 lat - pozwala jeszcze na wiele lat występów w deblu, ale czy macie w kraju jakieś "młode strzelby", o których dowiemy się w najbliższym czasie?

      - Myślę, że tak. Ramkumar Ramanathan, Sumit Nagal i kilku innych. Nie jest tak źle jak myślisz. Powiem szczerze, że czekam na przełom. Jednego, którego blask zaświeci jeszcze mocniej. Mamy system i wielu ludzi, którzy przy nim pracują. Rozkwit takiego talentu wymaga pracy zespołowej.

      Większość z nich trenuje w Indiach?

      - Trenują wszędzie. Sumit [Nagal] w Niemczech, Ramkumar [Ramanathan] w Hiszpanii. Próbujemy wysyłać do różnych państw jak największą liczbę zawodników, aby zbierali niezbędne doświadczenie. I znów pojawia się problem: brak środków, wady systemu. Staramy się wspierać ich jak tylko możemy, ale nie jestem na tyle blisko tego procesu, aby opowiadać o szczegółach. Wiem tylko, że wszyscy się starają, aby wykonywać swoją pracę jak najlepiej.

      Paes, Bopanna, Bhupathi - wielkie gwiazdy sportu, ale przeciętnemu człowiekowi trudno się do nich zbliżyć. Znasz ich wszystkich osobiście. Możesz opisać każdego w kilku słowach?

      - Są różni. Każdy jest inny.

      To tak jak wśród polskich zawodników.

      - Dokładnie tak. Zacznę od Leandera [Paesa]. Jest charyzmatyczny, zabawny i z pewnością jest showmanem. Bopanna: bezpośredni, konkretny i bardzo odważny. On nigdy się nie cofa. Mahesh [Bhupathi] jest bardzo mądry, małomówny, inteligentny. Najlepiej z tej trójki znam Bopannę i Bhupathiego, ale mam ogromny szacunek do gry Paesa.

      Rywalizujecie ze sobą poza kortem? Wiem, że wśród tenisistów są grupy, które lubią mierzyć się w jakiejś konkurencji. Dla przykładu: Troicki ściga się z Djokoviciem na nartach i tam może wygrywać.

      - My gramy w krykieta, ale głównym celem jest wzajemna pomoc. Musimy rywalizować na kortach z całym światem, więc próbujemy pomagać sobie, aby stać się lepszymi zawodnikami. Nie oznacza to oczywiście, że jak gramy przeciwko sobie to nie rywalizujemy. Jest tylu ludzi, którym musimy się przeciwstawić, że trzeba tworzyć grupę. Zawsze cieszę się, gdy Rohan i Mahesh wygrywają mecze, bo ja nie próbuję z nimi rywalizować. Mam przeciwko sobie niemal cały świat, potrzebuję kogoś po swojej stronie. (śmiech)

      W Bombaju mieszka siedemnaście milionów ludzi. Gdybym zrobił wśród nich ankietę i zapytał o Purava Raję, ile osób mogłoby Cię rozpoznać?

      - Może siedem.

      Milionów?!

      - Nie, siedem osób. (śmiech) Powiedziałbym nawet, że zero. Sania Mirza zbudowała sobie świetną markę, a Paes, Bhupathi, Bopanna i Devvarman też, ale nie na taką skalę. Jeżeli chodzi o popularność, nie jesteśmy w tej samej lidze co Sania. Mnie mogą znać ludzie, którzy sami grają w tenisa, ale nikt więcej. W naszym kraju rządzi krykiet. To, że jestem sześćdziesiąty, czy siedemdziesiąty na świecie, nie czyni mnie osobą rozpoznawalną.

      Czas na standardowe pytanie do deblisty. Czy wśród aktywnych zawodników jest partner, z którym chciałbyś koniecznie rozegrać chociaż jeden turniej?

      - Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie znam tak dobrze zawodników z czołówki, jestem w tym towarzystwie nowy. Potrzebuję kogoś, kto gra na stronie forhendowej, dobrze serwuje. Ja odwdzięczam się dobrym returnem. Nie mogę podać w tym momencie żadnego nazwiska z "deblowego rynku", ale w następnym sezonie odpowiem Ci na to pytanie.

      Masz dobre ręce, ale czy nie potrzebujesz kogoś, kto wykona na korcie bardzo dużo pracy?

      - Wszystko zależy od tego, jaki rodzaj energii chcielibyśmy wnieść "do stołu". Debel jest w dzisiejszych czasach bardzo trudną konkurencją. To nie jest tak, że partner będzie skakał, biegał do każdej piłki, a ja nie będę musiał tego robić. Nie jest tak, że jeśli ja będę dobrze returnował, to on już nie musi. Gra stała się kompleksowa i została wyniesiona na bardzo wysoki poziom. Jestem zaskoczony, że nasza konkurencja nie jest bardziej popularna. Każdy musi na korcie robić wszystko. Przy doborze partnera szukam określonych atutów, ale nie mogę powiedzieć, że musi skakać i biegać. On musi być w stanie pokazać się na korcie. Jeżeli nie będzie w stanie odegrać dziesięciu forhendów, nie będziemy wygrywali.

       To Twój pierwszy występ w Pekao Szczecin Open. Czym kierujesz się wybierając turnieje, o których niewiele wiesz? Rozmawiasz na ten temat z innymi zawodnikami, czy tylko sprawdzasz nawierzchnię, pulę nagród i punkty, które są do zdobycia?

      - Wielokrotnie nie ma żadnego wyboru - trudno dostać się do challengera, bo często jest mocna obsada. Mamy to szczęście, że osiągaliśmy w tym roku dobre wyniki i zajmujemy pozycję, która daje nam prawo do takich startów. Wielu zawodników namawiało nas na przyjazd. Mówili nam, że Szczecin to bardzo fajny turniej, z wieloma punktami do zdobycia. Pierwsza rzecz na którą zwracamy uwagę to uprzejmość i dbanie o zawodników. Nie chcemy wybrać się gdzieś, gdzie między hotelem, kortami i lotniskiem nie będą kursowały samochody. Podróżujemy przez cały rok! Nie chcemy spędzać kolejnych dwóch dni w tygodniu na dotarcie na miejsce, aby tylko zagrać w challengerze. W przypadku ATP 250 musimy akceptować wszystko, bo punkty tam zdobyte w znacznym stopniu są w stanie poprawić nasz ranking. Spośród challengerów wybieramy wyłącznie te najprzyjemniejsze.

      Oprócz dwóch turniejów ATP wygraliście też kilka challengerów. Kort trawiasty to Twoja ulubiona nawierzchnia?

      - Zdecydowanie. Takie korty pasują do naszego stylu gry - płaskie uderzenia, dużo gry przy siatce.

      W Indiach są obiekty, gdzie można trenować na takiej nawierzchni?

      - Nie. Ale specyfika kortu jest podobna. Szybki, można uderzać piłkę dość wcześnie, co nam bardzo sprzyja. Jeżeli spychamy przeciwników za linię końcową, możemy zrobić użytek ze swoich rąk przy siatce. Jeżeli oni przejmują inicjatywę i strzelają w nas, sytuacja nie jest dobra. (śmiech)

      W ubiegłym roku byłeś kapitanem zwycięskiej drużyny w lidze IPTL. Stan Wawrinka, Andy Murray, Nick Kyrgios, Karolina Pliskova - było się kim opiekować.

      - To było świetne przeżycie. Udało mi się ich wszystkich lepiej poznać, bardzo się szanujemy. Wygraliśmy całe rozgrywki, ale największą przyjemność sprawiło mi obserwowanie ich z bliska. Nie tylko na korcie, bo to świetni tenisiści, ale wielu z nich jest też bardzo dobrymi ludźmi. To dla mnie bardzo ważne. Tenis to to, co widzisz na korcie. Poza nim wielu z nas jest miłymi ludźmi.

      Słyszałem, że Ty też masz dobre serce. Pomagasz niepełnosprawnym dzieciom w Bombaju, przekazujesz też datki na sierociniec...

      - Staram się, ale wiem, że mogę robić zdecydowanie więcej. Nauczyłem się tego w domu rodzinnym, ale wiem, że mogę dotrzeć do większej liczby osób.

      Jak wygląda taka pomoc? Udajesz się do tych ludzi osobiście, czy wspierasz fundację finansowo?

      - Mamy coś na wzór fundacji, którą opiekuje się moja mama. Przekazujemy pieniądze różnym potrzebującym ludziom. Z żoną staramy się też docierać do ludzi osobiście - zanosić im jedzenie, zabawki, ubrania. To sprawia mi ogromną przyjemność, dlatego staram się bardzo w to angażować.

      Świetnie, gratuluję. Mam jeszcze dwa pytania, ale jedno z nich nie jest przyjemnie.

      - Śmiało próbuj. Możesz zapytać o cokolwiek chcesz.

      Miałeś kiedyś sytuację, gdy ktoś nie uwierzył, że jesteś zawodowym sportowcem? Wiesz co mam na myśli - rozmawialiśmy już o tym wcześniej. W Polsce często spotykam się z rozmowami na temat sylwetki Marcina Matkowskiego. Moim zdaniem są to rozważania krzywdzące świetnego zawodnika, bo na końcu zawsze ważny jest wynik. Ale znam ludzi, którzy po porażkach zawsze wtrącają kilka zdań na temat jego sylwetki.

      - Nie sądzę, aby mieli rację. Myślę, że krzywdzą go takimi opiniami. Ja nie chodzę w tenisowym stroju po ulicy, ubieram się bardziej elegancko i czasami ludzie pytają: "naprawdę grasz w tenisa?". To dla mnie normalne. Pamiętajmy o tym, że na końcu zawsze liczy się wynik. Jeżeli jestem wystarczająco szybki na korcie, a poza kortem jestem przyzwoitym gościem, nie dbam o to co o mnie myślą. Jeżeli jestem na tyle szybki, aby wykonać pracę, z której będzie zadowolony mój partner, mój wygląd nie powinien mieć znaczenia. Tak jak powiedziałem: możesz być milionerem lub kimś innym, ale gdy wychodzisz na kort, musisz wykonać pewną pracę. Gdybym był za wolny, albo gdyby Matka był zbyt wolny, nie wygrywalibyśmy meczów. Tak na marginesie: on jest całkiem szybki. Gdy grasz przeciwko niemu jest w stanie uderzać piłkę z taką siłą, że to przeciwnik nie nadąża. (śmiech) A dodatkowo dochodzi do każdej piłki.

      Zgadzam się. Poza tym, skoro Nenad Zimonjić pyta go o wspólną grę, nie może mieć zbyt wielu wad.

      - No właśnie, musi być jakiś powód takich ofert, prawda? Wszyscy staramy się zarabiać na korcie pieniądze, więc musi być powód dla którego ktoś chce z tobą grać.

      Jakie są Twoje cele i marzenia związane z tenisem?

      - Marzeniem jest wygranie turnieju wielkoszlemowego, a celem wejście do czołowej pięćdziesiątki rankingu. Grałem do tej pory cztery razy w imprezach wilekoszlemowych. W Paryżu było bardzo trudno, bo Ivo Karlović był zmęczony po bardzo długim meczu w singlu, a szczerze mówiąc przeciwnicy byli od nas lepsi. W trzech startach w Wimbledonie miałem swoje szanse. Raz prowadziliśmy 2:0 w setach, ale przegraliśmy w pięciu z Monroe i Stadlerem. Innym razem przegraliśmy z Nielsenem i Marrayem. Ja i Fabrice Martin graliśmy bardzo dobrze, ale złapały go skurcze gdy serwował aby wygrać czwartą partię. A innym razem przegraliśmy z Matką i Cabalem. (śmiech) Wrócę jeszcze do poprzedniego tematu - wszystko sprowadza się do tego jak dobry jesteś na korcie. Każdy z nas ma swoje wady, zalety, każdy ma inną budowę ciała, jeden jest bardziej sprawny, drugi mniej. Powiedz mi jedno: kiedy po raz ostatni Matkowskiego złapały na korcie skurcze?

      Nie przypominam sobie takiej sytuacji.

      - No właśnie. I to jest to, co powinno nas interesować.

      Rozumiem, ale wiesz jak reagują ludzie. Krzywdzące opinie nie są wydawane tylko w środowisku tenisowym. Tak niestety wygląda nasze życie.

      - Zgadzam się, to jest normalne. Po każdej porażce szuka się wytłumaczenia lub uzasadnienia. Nie znam Matki tak dobrze, mówię mu tylko "cześć", ale wiem co osiągnął na korcie. Zgaduję, że w ostatnich siedmiu latach za każdym razem kończył sezon w TOP 20. I za to go szanuję. To nie jest łatwe, coś o tym wiem. (śmiech)

      Wydaje mi się, że ja też coś o tym wiem - staram się to wszystko oglądać z bliska, podróżować w celu obejrzenia kilku turniejów. Uwielbiam oglądać grę podwójną, a nawet mieszaną. I wcale nie wygląda to na łatwe zajęcie.

      - Wszyscy bardzo ciężko trenujemy i wiem, że gdy wychodzimy na kort, nie ma właściwie uderzeń, które można nazwać fuksem. Wszystkie są przećwiczone wielokrotnie, zanim zastosujemy je w meczu. Najlepsza rzecz, jakiej nauczyłem się przy okazji uprawiania tego sportu, to to, że możesz zawierać przyjaźnie. Mam w Tourze wielu dobrych kolegów, mam nadzieję, że oni mówią o mnie podobnie. (śmiech) To jest pierwsza rzecz, jaką wyciągnąłem z tego sportu. Coś, co jest ważniejsze od rankingu, zwycięstw, punktów. Są tu ludzie, którym bezgranicznie ufam, którzy sprawiają, że żyję.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z tenisistą (17): Purav Raja”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 września 2016 18:40
  • czwartek, 21 lipca 2016
    • Tysiąc rakiet Safina

      rakieta

      Chyba każdy z nas widział w swoim życiu mecz tenisowy, po którym jeden z zawodników opuszczał kort będąc "lżejszym" o jedną lub kilka rakiet. Odnoszę wrażenie, że ich łamanie nie jest już tak popularne jak 10-15 lat temu, ale zawodnicy i tak w miarę regularnie dają upust emocjom wyżywając się właśnie na swoim sprzęcie.

      Kilka dni temu, zupełnie przypadkowo, znalazłem w internecie informację o rekordzie Marata Safina. Rosjanin złamał w swojej karierze aż 1055 rakiet, a wynik potwierdza firma Head, która dostarczała mu przez lata sprzęt do gry. Tenisista otrzymał od firmy niecodzienną pamiątkę - nie statuetkę, lecz deskę snowboardową z liczbą 1055.

      Marat dał się zapamiętać jako charakterna, bardzo barwna postać (i przede wszystkim genialny tenisista). Z ogromną uwagą śledziłem jego spotkania, a podczas ostatniego w karierze sezonu, w którym odwiedzał swoje ulubione imprezy tenisowe, miałem okazję spotkać go i posłuchać w szwedzkim kurorcie Båstad.

      Od kilku dni próbuję wyobrazić sobie jak wyglądałby stos tysiąca pięćdziesięciu pięciu rakiet. Liczę, porównuję, szukam różnych odpowiedników. Oto efekty tych jakże głębokich przemyśleń:

      • Wyobraźcie sobie, że Agnieszka Radwańska - od wielu lat czołowa tenisistka świata - do rozegrania pełnego sezonu potrzebuje 20-25 rakiet tenisowych. Polka oczywiście rakiet nie łamie (ewentualnie łamią się same jak podczas meczu z Date-Krumm w Australian Open 2011), wykazuje się względną dbałością. Jednak te liczby oznaczają, że aby użyć tylu rakiet ile złamał Safin, kariera Agnieszki musiałaby trwać około 45-50 lat!

      • Marat Safin rozegrał podczas swojej kariery 689 pojedynków singlowych i 216 gier podwójnych. Oznacza to, że złamanych rakiet ma na koncie więcej niż rozegranych meczów w gronie zawodowców.

      • Liczba złamanych rakiet przez Safina zbliżona jest do liczby asów zaserwowanych przez Kevina Andersona w ubiegłym sezonie. Afrykaner w siedemdziesięciu meczach zanotował 1074 takie podania.

      • Kilka lat temu w Melbourne uciąłem sobie sympatyczną pogawędkę ze starszym panem o azjatyckich korzeniach. Okazało się, że był to stringer (osoba naciągająca rakiety) m.in. Ivo Karlovicia. Powiedział mi, że Chorwat bierze na każdy mecz zaledwie 3 rakiety. Nie rzuca nimi, naciąg pęka mu sporadycznie, więc nie ma potrzeby brać pięciu lub siedmiu. Gdyby więc Karlović na każdy mecz brał trzy nowe rakiety, potrzebowałby niespełna 352 spotkań, aby użyć tylu rakiet, ile złamał Safin. W przypadku Chorwata oznacza to jakieś 8 lat gry na wysokim poziomie (w latach 2008-15 rozegrał 354 mecze singlowe).

      • Liczba złamanych rakiet przez Safina jest większa od liczby asów zaserwowanych w grze pojedynczej przez Łukasza Kubota (zgodnie z danymi z ATP Match Stats: 997).

      Mógłbym spisać tu jeszcze kilka równie dziwnych porównań, ale w tym momencie postawię kropkę. Niech za podsumowanie tego luźnego tekstu posłużą dwa słowa: Marat Safin.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 lipca 2016 00:21
  • poniedziałek, 27 czerwca 2016
    • Marcus Willis - trener, który zagra w Wimbledonie

      willis

      W ostatniej chwili wślizgnął się do prekwalifikacji Wimbledonu. Kilka dobrych meczów spowodowało, że wywalczył sobie dziką kartę do wimbledońskich eliminacji. W nich pokonał trzech rywali sklasyfikowanych o kilkaset miejsc wyżej: Sugitę (ATP 99), Rubliowa (ATP 203) i Miedwiediewa (ATP 228) i niespodziewanie wdarł się do głównej drabinki. O kim mowa? O rewelacyjnym Marcusie Willisie, numerze 772 na liście ATP.

      Historia awansu 25-letniego Marcusa Willisa do tegorocznego Wimbledonu zasługuje co najmniej na kilkudziesięciominutowy film dokumentalny. Leworęczny Brytyjczyk przez dziesięć lat kariery nie osiągnął szczególnych sukcesów - wygrał osiem turniejów Futures (cztery w Wielkiej Brytanii, dwa w Hiszpanii i po jednym w Kuwejcie i Egipcie), a w ubiegłym roku miał przyjemność zmierzyć się podczas jednego z challengerów z Marcosem Baghdatisem. Skoro już o challengerach mowa: wyobraźcie sobie, że Willis wygrał w nich zaledwie pięć spotkań w karierze. Wynik mizerny, nawet jak na kogoś kto w najlepszym momencie tenisowej kariery wdrapał się na trzysta dwudzieste drugie miejsce rankingu ATP.

      Możemy nie wiedzieć o Willisie wiele, ale już na pierwszy rzut oka widać, że tenis jest dla niego całym życiem. Dotychczasowa kariera upływała pod hasłem walki. Walki o pieniądze pozwalające na kolejne starty, ale także walki ze zdrowiem. Problemy z kolanami przeplatały się z innymi, równie poważnymi kontuzjami. Pod koniec ubiegłego sezonu zerwał ścięgno, a gdy udało się wrócić i zainaugurować nowy rok występem w Tunezji, uraz się odnowił. Od tamtego startu minęło już blisko pół roku, a sezon miał być spisany na straty. W rankingu Willis wylądował jeszcze niżej - na miejscu 772.

      Można było zapomnieć o istnieniu takiego zawodnika jak Marcus Willis. Wpisując w serwisie Youtube jego imię i nazwisko wyświetlało się zdecydowanie więcej występów Brytyjczyka na korcie do touchtennisa (odmiana tenisa - inne rakiety, piłki, zdecydowanie mniejszy kort), niż na tenisowym. Marcus nie miał zamiaru się poddać, ale musiał zarabiać pieniądze. Chciał polecieć do Stanów Zjednoczonych i pracować jako trener w Filadelfii. Starał się już nawet o otrzymanie wizy. Od ostatecznej decyzji o wylocie odwiodła do dziewczyna - Jennifer. Willis usłyszał od niej, że "jest idiotą" i ma nie zmieniać swoich wcześniejszych planów. Został więc trenerem w Warwick Boat Club, a kilka weekendów spędził w Niemczech i Francji dorabiając w tamtejszych ligach. Przez długi czas był niepokonany i znów uwierzył, że może wrócić na zawodowe korty i zdobywać punkty do rankingu.

      Od kilkudziesięciu godzin dwudziesty trzeci tenisista Wielkiej Brytanii jest na ustach całego tenisowego świata. W poniedziałek Willis zagra na korcie siedemnastym z Ricardasem Berankisem. Za występ w Wimbledonie otrzyma już co najmniej 30 tysięcy funtów. "Pieniądze? Fantastycznie, spłacę kilka kart kredytowych" - opowiadał z uśmiechem w jednym z wywiadów. Po chwili dodał: "To jednak dodatek. Gram w Wimbledonie, a to moje marzenie".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 czerwca 2016 00:20
  • poniedziałek, 09 maja 2016
    • Super tie-breaki: ile i na jakich nawierzchniach?

      doubles
      Super tie-break, czyli set rozstrzygający o zwycięstwie w meczu deblowym. Nazywany przez niektórych "przedłużonym tie-breakiem" (do 10 wygranych punktów, z zasadą co najmniej 2 punktów przewagi) stosowany jest od 2006 roku w rozgrywkach ATP. Dwa lata później przyjął się także w kobiecym Tourze. W parze z nim idzie zasada "no-ad", która głosi, że przy stanie równowagi rozgrywany jest decydujący punkt, a stronę, na którą zagrywa serwujący wybiera duet odbierających.

      Wprowadzenie przed kilkoma laty tych wszystkich zasad miało na celu skrócenie gier deblowych oraz dodanie do nich szczypty nieprzewidywalności. Nie ma chyba osoby, która stwierdzi, że rozgrywanie decydującej partii do dziesięciu wygranych punktów nie powoduje, że teoretycznie słabsza para ma większe szanse na sprawienie niespodzianki.

      Oglądając w tym sezonie dziesiątki spotkań na poziomie WTA, ATP i Challenger Tour odniosłem wrażenie, że co drugi mecz deblowy kończy się w trzech setach. Postanowiłem to wszystko policzyć w obrębie rozgrywek (WTA i ATP), nawierzchni (ziemia, twarde korty odkryte i twarde korty pod dachem) i poszczególnych turniejów (wszystkich nie publikuję, żebyście nie umarli z nudów). Jak się okazało, super tie-breaki występują rzadziej niż mi się wydawało...

      We wszystkich obliczeniach wziąłem pod uwagę turnieje WTA i ATP, które odbyły się od początku sezonu 2016 do turnieju w Madrycie włącznie (24 imprezy WTA i 28 ATP).

      ATP:

      • Clay: 78 super tie-breaków/203 rozegrane mecze = 38,4% meczów kończonych trzecim setem
      • Indoor Hard: 32/73 = 43,8%
      • Outdoor Hard: 74/174 = 42,5%

      Najwięcej % STB w jednym turnieju: Indian Wells - 18/30 = 60%
      Najmniej % STB w jednym turnieju: Doha - 3/15 = 20%

      Zacięte super tie-breaki (10:8 lub dłuższe):

      • Clay: 30/78 = 38,4%
      • Indoor Hard: 10/32 = 31,2%
      • Outdoor Hard: 26/74 = 35,1%

      WTA:

      • Clay: 48 super tie-breaków/121 rozegranych meczów = 39,6% meczów kończonych trzecim setem
      • Indoor Hard: 12/28 = 42,8%
      • Outdoor Hard: 78/240 = 32,5%

      Najwięcej % STB w jednym turnieju: Rio de Janeiro - 8/14 = 57,1% (jedyny turniej WTA w 2016 roku, gdzie więcej spotkań deblowych kończyło się w trzech niż w dwóch setach)
      Najmniej % STB w jednym turnieju: Stambuł - 1/12 = 8,3%

      Zacięte super tie-breaki (10:8 lub dłuższe):

      • Clay: 15/48 = 31,2%
      • Indoor Hard: 6/12 = 50%
      • Outdoor Hard: 22/78 = 28,2%

      Co ciekawe, w 2016 roku nie odbył się jeszcze ani jeden turniej WTA lub ATP, w którym nie rozegrano chociaż jednego super tie-breaka. W jednym turnieju męskim (Montpellier) i trzech kobiecych (Brisbane, Hobart, Stuttgart) nie rozegrano zaciętego [10:8 lub dłuższego] super tie-breaka.

      Patrząc na te wszystkie liczby należy zgodzić się z Łukaszem Kubotem, który po wielu meczach powtarza: "O wyniku zadecydowały jedna, może dwie piłki".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 maja 2016 20:05
  • środa, 24 lutego 2016
    • Wywiad z tenisistką (16): Andrea Hlavackova

      andyhla

      Marek Furjan: Jesteś trzykrotną mistrzynią turniejów wielkoszlemowych w grach podwójnych. Czy będąc młodą dziewczynką myślałaś, że możesz aż tyle osiągnąć w tenisie?

      Andrea Hlavackova: - Zupełnie nie. Jestem jedną z tych zawodniczek, które nie stawiały sobie takich celów. Gra w tenisa zawsze sprawiała mi radość, nie miałam żadnych wizji, lecz koncentrowałam się na danej chwili. Cokolwiek robiłam, byłam szczęśliwa. Jeżeli brałam udział w turnieju ITF z pulą nagród 10.000$ i go wygrywałam, byłam przeszczęśliwa. Nie stawiałam sobie odległych celów, lecz wykorzystywałam każdą chwilę. Nagle znalazłyśmy się w wielkoszlemowym finale i go wygrałyśmy. To była dla mnie ogromna niespodzianka. Nigdy nie myślałam też o zdobyciu medalu olimpijskiego, bo nie wierzyłam, że mogę kiedykolwiek zagrać na igrzyskach.

      Poruszyłaś temat igrzysk olimpijskich. Na liście zgłoszeń do olimpijskiego turnieju w Londynie najwyżej notowaną czeską deblistką była Kveta Peschke?.

      - Tak, to prawda. Oddała nam swoje miejsce.

      Której z Was? Tobie, czy Lucie Hradeckiej?

      - Nie pamiętam. Rok wcześniej wygrałyśmy French Open, a cut-off miał miejsce tuż po tym turnieju - dotarłyśmy do półfinału, ale i tak straciłyśmy trochę punktów. Przez cały rok byłyśmy w TOP 10, a po tamtym tygodniu spadłyśmy na miejsca 11 i 12. Trochę pechowo. Kveta o tym wiedziała, a sama chyba nie miała takiej motywacji, aby wciąż udział w igrzyskach. Nie miała stałej partnerki ze swojego kraju i znalazła się w sytuacji, w której musiałaby wybierać pomiędzy mną a Lucie. Zdecydowała, że zmieni swoje plany i pozwoli nam zagrać w duecie. Jesteśmy jej za to wdzięczne do końca życia!

      Z Londynu przywiozłyście do Czech srebrne medale. Solidnie wyściskałyście Kvetę?

      - Oczywiście. Dziękowałyśmy jej w mediach jeszcze podczas pobytu na turnieju, później oczywiście zrobiłyśmy to osobiście. Wysyłałyśmy jej wiadomości, a ja dodatkowo przekazałam jej rodzinie piwo, bo dostałyśmy w prezencie voucher na taki trunek.

      Duża beczka?

      - Nie, to był zapas piwa na rok. Określona liczba butelek, chyba 365.

      Twój tata, podobnie jak jego przodkowie, jest właścicielem znanego browaru w Pilznie. Czy to oznacza, że miałaś łatwiejszy start od innych czeskich koleżanek?

      - Nie mogę skłamać i powiedzieć, że każda osoba na świecie może uprawiać tenis ziemny. To drogi sport, a ja miałam to szczęście, że tata mógł zadbać o to, abym mogła podróżować, współpracować z trenerami i grać w tenisa. Gdy rozpoczynałam naukę na korcie, tata również zaczynał karierę browarnika. Byliśmy normalną rodziną, nic specjalnego. Moja siostra grała w tenisa i poszłam w jej ślady. Myślę, że sama zapracowałam sobie na pozycję, na której się znajduję, ale jestem oczywiście niezmiernie wdzięczna, że ojciec ciężko pracował i bardzo mnie wspierał.

      Byłaś niezłą juniorką...

      - Tak. Numerem jeden w deblu w 2003 roku i TOP 10 w singlu.

      Jednak zagrałaś zaledwie w pięciu wielkoszlemowych turniejach juniorskich.

      - Brałam udział w wielu turniejach juniorskich, ale w wieku siedemnastu lat wskoczyłam do TOP 10 i na pierwszą pozycję w grze podwójnej, a rok później grałam już w zawodach z dorosłymi. Taki był plan: wykorzystywać dzikie karty i wejść do świata wielkiego tenisa.

      Pomimo wielu sukcesów deblowych, pod koniec 2013 roku podjęłaś decyzję o rozstaniu z Lucie Hradecką. Chciałaś zmienić otoczenie, dołączyłaś do Lucie Safarovej i jej trenera. Jaki był powód takiej decyzji?

      - Grałyśmy ze sobą - z Lucie Hradecką - przez pięć lat. Tamten sezon nie był rewelacyjny, Lucie miała problemy zdrowotne, miałyśmy wiele rozmów dotyczących planowania kolejnych występów. Było kilka zakulisowych spraw, których nikt nie zrozumie. Po US Open zaczęłam myśleć o spędzeniu kolejnego sezonu z Safarovą. W Nowym Jorku poradziłyśmy sobie znakomicie i wygrałyśmy z Lucie cały turniej, więc moja decyzja rzeczywiście zabrzmiała wtedy dość głupio (śmiech). Podjęłam ją, bo były ku temu powody. Wierzyłam, że z "Safi" też mogę osiągnąć wiele dobrych wyników. Nie było źle, mogłybyśmy przedłużyć współpracę, ale obie nie czerpałyśmy takiej przyjemności jak wcześniej nam się wydawało. Podczas French Open stwierdziłyśmy, że pozostaniemy przyjaciółkami, ale życie zawodowe przeżyjemy z kimś innym. (śmiech) Miałam ogromne szczęście mieć przy sobie Jie Zheng, z którą dotarłam do półfinału Wimbledonu i ćwierćfinału US Open. To było niesamowite! Następnie grałam z Shuai Peng i wygrałyśmy turniej w Pekinie. Mój sezon wciąż był niesamowity. Tym samym udowodniłam sobie, że mogę osiągać dobre wyniki u boku czołowych tenisistek, jeżeli jest między nami chemia. Ważne, aby mieć stałą, stabilną partnerkę, z którą możesz popracować nad niektórymi elementami w trakcie sezonu, dlatego zdecydowałyśmy z Lucie, że zaczniemy wszystko raz jeszcze. Cieszę się, że do siebie wróciłyśmy.

      Gra deblowa jest dla Ciebie bardzo ważna, w końcu jesteś jedną z czołowych zawodniczek świata w tej specjalizacji. Czy w Twoim przypadku jest tak, że przez grę podwójną chcesz podciągnąć się również w grze pojedynczej? A może można nazywać Cię już deblistką?

      - Jeżeli chodzi o mój wiek i karierę, wchodzę już w okres, w którym można nazywać mnie deblistką. Cieszę się, że w tym sezonie ważniejsza była dla mnie gra podwójna. Układałam swój grafik pod takie starty, co czasami oznaczało opuszczanie niektórych występów singlowych. To nie była łatwa decyzja, ale podjęłam ją na początku sezonu, aby zakwalifikować się do Turnieju Mistrzyń. Udało się. Cele na najbliższy rok są podobne: igrzyska olimpijskie i Masters. Chcemy się tam dostać. Odkryłam, że przy takim układzie startów, gra pojedyncza sprawia mi większą radość. Na kort wychodzę zrelaksowana, dobrze bawię się podczas takich występów. To dlatego spotykamy się tutaj - w Bratysławie - gdzie kończę sezon występując w ITFie. Chcę rozegrać kilka spotkań, bo wciąż w pięćdziesięciu procentach jestem singlistką. (śmiech)

      Porozmawiajmy o Twojej fundacji. Jesteś bardzo aktywna na Facebooku i Twitterze. Sprzedajesz różne rzeczy, aby pomagać ludziom. Możesz o tym opowiedzieć?

      - Wszystko zaczęło się w 2012 roku. Zdecydowałam, że chciałabym zbierać pieniądze dla niepełnosprawnych dzieci.

      Mówimy o dzieciach niepełnosprawnych ruchowo, czy intelektualnie?

      - Takich i takich. O wszystkich dzieciakach, które potrzebują pomocy. Zaczęłam wystawiać na aukcje różne rzeczy z mojej tenisowej torby. Później, nieco nieoczekiwanie, poleciałyśmy na igrzyska olimpijskie. Pomyślałam: wow, teraz mogę wystawiać na aukcje gadżety związane z igrzyskami. Dwa tygodnie później zdobyłyśmy srebrne medale. Rzeczy wystawione na aukcjach zyskały jeszcze na wartości.

      Sprzedałaś też medal?

      - Nie! Jest mój! (śmiech) Ale ciuchy i torba, które wystawiłam na sprzedaż były już rzeczami medalistki olimpijskiej. Zainteresowało się nimi więcej osób, więc oficjalnie wystartowałam z fundacją, aby nie mieć problemów z podatkami i podobnymi rzeczami. Od tamtego czasu na mojej stronie regularnie jest coś do wylicytowania, prowadzę coś na wzór sklepu internetowego. Wszystkie pieniądze, które otrzymuję ze sprzedaży tenisowych pamiątek, trafiają na fundusz charytatywny. Raz w roku wybieram dzieciaki, które są najbardziej potrzebujące. Czasami same się do mnie zgłaszają.

      Pomagasz dzieciom w Czechach, czy na całym świecie?

      - Jeżeli odezwą się do mnie dzieci z innego kraju, także mogę im pomóc. Do tej pory pieniądze trafiały do czeskich dzieciaków.

      Wiele osób interesuje się licytacjami? Oczywiście biorąc pod uwagę, że - z całym szacunkiem - nie są to ciuchy, czy pamiątki Rogera Federera.

      - Oczywiście. Przez to, że jestem aktywna na Facebooku, zagląda do mnie coraz więcej fanów, którzy później trafiają na moją stronę internetową. Aktywność w mediach społecznościowych sprawia mi dużą radość, ale jest konieczna przy prowadzeniu takiej działalności. Muszę być aktywna, bo pewnego dnia wystawiam coś na aukcję i chcę, aby wiadomość dotarła do jak najszerszego grona zainteresowanych.

      Nie wierzę, że robisz wszystko sama...

      - W zasadzie tak. Mam jedną osobę, która pomaga mi przy prowadzeniu strony internetowej, ale większość prac wykonuję osobiście.

       Wspominałaś już o olimpijskim medalu, który zatrzymałaś dla siebie. Czy jest więcej rzeczy, których nie wystawiłabyś na aukcję?

      - Trofea, medale... I to chyba wszystko. Licytowane były już moje torby tenisowe, rakiety, buty, piłki i ręczniki. Zawsze wystawiam na stronie ręczniki z turniejów wielkoszlemowych. Można znaleźć też pamiątki z Pucharu Federacji. Nic nie jest zbyt osobiste, aby nie trafić na stronę. Gdy widzę zainteresowanie kibiców, uwielbiam zbierać pieniądze i pomagać potrzebującym.

      Przeczytałem gdzieś, że z wimbledońskich kortów znika co roku kilka tysięcy ręczników (w 2006 roku 2,5 tysiąca). Czy to prawda, że nie można ich oficjalnie wynosić z obiektu? Bracia Bryan wspominali, że chowają je na samym dnie torby...

      - Grałam na Wimbledonie wielokrotnie i muszę przyznać, że na początku mojej kariery rzeczywiście musiałam chować ręcznik przed opuszczeniem kortu. Zdarzało się, że zawodnicy zajmowali się tym już przed rozegraniem ostatniego gema w meczu! (śmiech) Chowałeś ręcznik do torby i robiłeś coś w stylu ucieczki z kortu. Z upływem kolejnych lat organizatorzy stali się bardziej elastyczni, pozwalają nam zabierać dwa ręczniki po każdym meczu. Kiedyś wysyłali chłopców do podawania piłek. "Mogę prosić o Twój ręcznik?" - pytało dziecko. "Nie!" - odpowiadał zawodnik. "Oddawaj!" - tak mniej więcej wyglądała taka rozmowa. To było głupie. (śmiech) Chcemy, aby kibice widzieli, że zawodnicy zabierają takie pamiątki. To zawsze miły prezent dla przyjaciół. Czasami, gdy zagram dobry turniej w Paryżu lub Londynie, przywożę do domu dwadzieścia ręczników. Rozdaję je rodzinie, znajomym i wszystkim, którzy ucieszą się z takiego prezentu. Za każdym razem co najmniej jeden lub dwa trafiają także na aukcję.

       Czy problem z zabieraniem ręczników dotyczy wyłącznie Wimbledonu, czy wszystkich imprez wielkoszlemowych?

      - Myślę, że Wimbledon pod tym względem jest najbardziej wrażliwy. Podczas French Open organizatorzy są elastyczni, a udział w US Open oznacza właściwie zero ręczników.

      Zero?

      - Tak. Tylko gdy grasz na korcie centralnym w meczu sesji wieczornej, możesz liczyć na jeden oficjalny ręcznik. Jeśli rozgrywasz swój mecz na innym obiekcie, otrzymujesz biały ręcznik. Gdy w roku 2013 wygrałam w Nowym Jorku miksta i debla - możesz sobie wyobrazić ile spotkań rozegrałam i na jakich kortach - przywiozłam do domu jeden ręcznik US Open i jeden biały z oficjalnym podpisem. Gdyby stało się to w Londynie, wracałabym z dwoma dodatkowymi torbami. (śmiech)

      W ostatnim czasie Martina Hingis i Sania Mirza zdominowały kobiece rozgrywki deblowe. Czy w ciągu jedenastu lat zawodowej kariery miałaś do czynienia z lepszym duetem?

      - Tak, miałam. Myślę, że siostry Williams tworzą lepszą parę, bo zwyczajnie są lepszymi tenisistkami. Co jakiś czas zdarzają się też duety, które dominują w danym roku: Martinez Sanchez i Llagostera Vives były liderkami rankingu i odniosły wiele cennych zwycięstw, Dulko i Pennetta - kolejna dobra para, która wygrała turniej wielkoszlemowy, Szwedowa i King - dwa turnieje wielkoszlemowe z rzędu i Errani/Vinci, które zdominowały rozgrywki. Teraz tę rolę przejęły Hingis i Mirza, które grają dobry, kompletny tenis. Hingis jest coraz lepsza, w przeszłości byłą liderką rankingu i nie straciła swych umiejętności. Martina i Sania wspaniale się uzupełniają, ale nie nazwałabym ich najlepszą parą deblową w ostatnich latach.

       Wspólnie z Lucie Hradecką jesteś finalistką Wimbledonu z roku 2012. Czy podobnie jak singlistki, które zameldują się w ćwierćfinale, w deblu także otrzymuje się zaproszenie do klubu Last Eight?

      - Tak, z tą różnicą, że w grze podwójnej "ósemka" oznacza cztery pary, czyli półfinał. Gdy znajdziesz się w tej elicie i startujesz w kolejnych edycjach turnieju, otrzymujesz każdego dnia dodatkowy bilet, który możesz komuś podarować, a także dodatkową przepustkę na cały turniej dla swojego gościa. Gdy skończymy karierę, będziemy mogły wybrać się na Wimbledon i wspólnie z osobami towarzyszącymi być gośćmi turnieju.

      I zajadać się truskawkami...

      - Tak, jeść truskawki do końca życia. (śmiech) Podobne zasady obowiązują podczas Australian Open, French Open i US Open. We wszystkich czterech turniejach obowiązuje "Last Eight Club", ale każdy turniej daje Ci inne możliwości z nim związane. Na przykład na Flushing Meadows dostaniesz więcej biletów itp. Cała inicjatywa jest bardzo miła.

      Kveta Peschke powiedziała mi kiedyś, że nie znosi grać przeciwko jednemu z braci Bryan. Ty także regularnie występujesz w grze mieszanej. Jest ktoś, z kim nie lubisz rywalizować?

      - Nie przypominam sobie. Pamiętam występy przeciwko dobrym singlistom - np. w tym roku grałam przeciwko Nickowi Kyrgiosowi. To było przerażające doświadczenie, ale na szczęście dobrze bawił się na korcie i chyba nie pokazywał całych umiejętności.

      Dlaczego przerażające?

      - Te bomby: serwis, forhend. Widziałam jego mecze singlowe, więc wiem z jaką siłą gra. Nagle znajdujesz się pod siatką, a więc w połowie drogi, i dostajesz taki pocisk z forhendu. To straszne! (śmiech) Nigdy nie grałam przeciwko braciom Bryan, ale bardzo chciałabym grać z którymś z nich po jednej stronie siatki. Jeżeli chodzi o partnera, zawsze uwielbiałam grać z Maksem Mirnym. To jeden z najmądrzejszych zawodników w Tourze. W tym roku, wspólnie z Łukaszem Kubotem, udało mi się go pokonać w US Open i dopiero zrozumiałam jak trudnym jest przeciwnikiem. Ma tak znakomity serwis...

      Staram się śledzić tenisistów na portalach społecznościowych. Ty jesteś dosyć aktywna, wśród polskich zawodników jest to zdecydowanie mniej popularne. Jak ważny dla sportowca jest tego rodzaju kontakt z kibicami?

      - Media społecznościowe zawierają w dzisiejszych czasach informacje z całego świata. Wiele osób sprawdza Facebooka czy Twittera częściej niż portale z wiadomościami. Mi także się to przydaje i wciąż będę aktywna. Złe komentarze od ludzi, którzy piszą dziwne rzeczy po moich wygranych czy porażkach czasami mnie zniechęcają, ale wtedy robię kilka tygodni przerwy, publikuję mniej wpisów. Uważam, że obecność w mediach społecznościowych jest bardzo ważna, a dzięki niej stajesz się widoczny. Sponsorzy i fundacja potrzebują, aby ludzie mnie śledzili.

      Na zakończenie naszej rozmowy poproszę Cię o wskazanie rzeczy, w których jesteś lepsza od Lucki Hradeckiej i takich, w których ona jest lepsza lub skuteczniejsza od Ciebie. Wyjdźmy na moment poza kort tenisowy.

      - Myślę, że ja jestem lepsza w komunikowaniu się - rozmowie z mediami itp., bo Lucie ma cechy introwertyczki. Ona z pewnością lepiej gotuje! (śmiech) Znamy się dobrze, ale poza kortem nie spotykamy się tak często, abym wskazała więcej rzeczy. Trudne zadanie. Gdybym miała porównać się z Safarovą, powiedziałabym, że ona zdecydowanie zdrowiej się odżywia. Mi nie idzie to dobrze. Z kolei ja mam większy porządek w torbie od "Safi". (śmiech) Jej torba wypełniona jest rzeczami, a u mnie wszystko jest poukładane.

      ***

      Informacje o aukcjach Andrei Hlavackovej znajdziecie na jej stronie internetowej: http://www.andreahlavackova.com/en/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek.furjan
      Czas publikacji:
      środa, 24 lutego 2016 15:57

Kalendarz

Grudzień 2016

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  

Zakładki

Kanał informacyjny

E-mail: tenisowyblogvamos@gmail.com




Opcje Bloxa