Vamos

Blog o tym co na kortach i wokół nich. Autorem jest Marek Furjan, dziennikarz i komentator

Wpis

poniedziałek, 26 września 2016

Wywiad z tenisistą (17): Purav Raja

purav1

Marek Furjan: Próbowałem zebrać jakiekolwiek informacje na Twój temat. Zdanie, które od innych tenisistów słyszałem najczęściej to: "Milioner, który gra w tenisa dla zabawy". To prawda?

Purav Raja: - Wczoraj przeczytałem bardzo dobre stwierdzenie. Brzmi tak: "Sukces zawsze wygląda łatwo dla ludzi, których nie było w pobliżu, gdy był osiągany". Te osoby nie znają szczegółów z mojego życia, ale przedstawiany obraz różni się od tego, który jest prawdziwy - od pracy, którą włożyłem i od tego, jak wygląda moje życie. Tak, jestem szczęściarzem. Pochodzę z dobrej rodziny, nie muszę grać w tenisa tydzień w tydzień, aby zarabiać pieniądze. Ale przy tym wszystkim poświęcam tej dyscyplinie tyle samo czasu co każdy inny zawodnik. Nie mogę tylko siedzieć na tyłku i nie robić nic do końca życia, ale mam to szczęście, że nie muszę martwić się o tygodniowe wydatki, jak robi to wielu tenisistów. Jeżeli chcesz zostać światowej klasy sportowcem, nie ma znaczenia czy masz pieniądze, czy nie. Musisz wykonać pracę, spędzić wiele godzin na korcie. Gdy odgrywam piłkę forhendem, albo rozgrywam decydujący punkt w gemie, nikogo nie obchodzi czy mam dużo pieniędzy, czy też nie. (śmiech) To dobra wiadomość dla mnie - mogę być bardziej zrelaksowany, bo mam świadomość, że pochodzę z porządnej rodziny, mam ładny dom, samochód...

Kilku hinduskich tenisistów jest też dobrymi biznesmenami. Bhupathi, Paes...

- Myślę, że wszystko zaczęło się od tenisa. Czasami zapominamy, że oni najpierw stali się światowej sławy tenisistami. Masz rację - oni bardzo dobrze dbają o interesy. Mahesh osiągnął kolejny sukces tworząc IPTL [International Premier Tennis League], ale wszystko nie poszłoby tak płynnie, gdyby nie osiągnęli sukcesów jako zawodowi tenisiści. Każdy w Indiach ich lubi i szanuje, ale za to, że świetnie uderzają w tenisową piłkę i są doskonali na korcie.

A co powiesz o Waszej federacji? Młodzi zawodnicy mogą liczyć na pomoc z jej strony?

- W Indiach wszyscy zawodnicy muszą być - przywołując Twoje stwierdzenie - "milionerami". To bardzo drogi sport i nikt, kto w Indiach nie ma pieniędzy, nie mógłby go uprawiać. Mam tyle samo talentu co, powiedzmy, dwadzieścia tysięcy innych osób. Ale mam to szczęście, że mogę go pokazywać na scenie międzynarodowej. Ludzie w naszym kraju nie mają takiego wsparcia. To co mogę powiedzieć to fakt, że federacja nie pomagała mi finansowo. Nie pomagała też żadnej znanej mi osobie, która osiągnęła wysoki poziom. Nie wiem dokładnie jak to wygląda, ale ja nigdy nie wziąłem od nich ani grosza.

Wiem, że dużo czasu spędzasz też w Londynie.

- Tak, mój brat tam mieszka i pracuje. Odwiedzam go, gdy jestem w Europie. Gdy mam więcej czasu, wracam do Indii, bo tam jest mój dom.

Masz w Londynie jakąś bazę treningową?

- Tak, trenowaliśmy tam niedawno przez kilka tygodni. Nasz [stałym partnerem deblowym Purava jest Divij Sharan] trener jest Anglikiem. W Indiach umawiam się regularnie z Bhupathim, Bopanną. Razem przygotowujemy się do sezonu. Wcześniej robię sobie dwa, albo trzy tygodnie przerwy. (śmiech)

Większość hinduskich tenisistów specjalizuje się w grze podwójnej, osiągają spektakularne sukcesy. Umiesz odpowiedzieć dlaczego dobrze wiedzie się Wam akurat w tej konkurencji?

- Jest kilka powodów. Po pierwsze: korty, na których się wychowujemy są bardzo szybkie. Każdy z nas ma dobre ręce, umie grać przy siatce, bo zawsze rywalizowaliśmy na bardzo szybkich kortach. Nigdy nie graliśmy na wolnych nawierzchniach, gdzie piłka wraca na twoją stronę kilka razy w jednej wymianie. Efektem tego wszystkiego jest osiągnięcie umiejętności przydatnych w grze podwójnej, gdzie wymiany są krótsze. Po drugie: ta konkurencja jest mniej wymagająca fizycznie. Jako indywidualności nie jesteśmy najsprawniejszymi ludźmi na świecie. Oczywiście są wyjątki: Somdev [Devvarman], Sanam [Singh] i kilku innych, którzy są bardzo sprawni. Mam na myśli to, że jako grupa, znamy ścieżkę do dobrej gry deblowej. Nie mamy pojęcia jak znaleźć się w TOP 20 singlistów, bo nikt tego nie osiągnął. Podobnie jest w Polsce - teraz macie Janowicza, a wcześniej Kubot osiągał doskonałe wyniki. Tak jest na całym świecie. Jeżeli masz lidera, możesz za nim podążać, bo widzisz jakie decyzje podejmuje. Masz Djokovicia, to pojawiają się za nim Troicki, Lajović, masz Nadala, to zaraz jest Ferrer i dziesięciu innych. My Hindusi nie znamy singlowej ścieżki. Szukamy jej, ale nie jest o to łatwo.

Ty też jej szukałeś, bo próbowałeś swoich sił jako singlista.

- Tak, grałem singla, ale szybko zrozumiałem, że to bardzo trudna sprawa. Gram w tenisa aby zarabiać pieniądze i startować w turniejach wielkoszlemowych. Jeżeli byłbym trzysetnym singlistą, brakowałoby mi motywacji. Nie chcę być średniakiem. Chcę być najlepszy w tym co robię.

Patrzę na listę hinduskich deblistów i widzę sportowców po trzydziestce. Twój wiek - kończysz w tym roku 31 lat - pozwala jeszcze na wiele lat występów w deblu, ale czy macie w kraju jakieś "młode strzelby", o których dowiemy się w najbliższym czasie?

- Myślę, że tak. Ramkumar Ramanathan, Sumit Nagal i kilku innych. Nie jest tak źle jak myślisz. Powiem szczerze, że czekam na przełom. Jednego, którego blask zaświeci jeszcze mocniej. Mamy system i wielu ludzi, którzy przy nim pracują. Rozkwit takiego talentu wymaga pracy zespołowej.

Większość z nich trenuje w Indiach?

- Trenują wszędzie. Sumit [Nagal] w Niemczech, Ramkumar [Ramanathan] w Hiszpanii. Próbujemy wysyłać do różnych państw jak największą liczbę zawodników, aby zbierali niezbędne doświadczenie. I znów pojawia się problem: brak środków, wady systemu. Staramy się wspierać ich jak tylko możemy, ale nie jestem na tyle blisko tego procesu, aby opowiadać o szczegółach. Wiem tylko, że wszyscy się starają, aby wykonywać swoją pracę jak najlepiej.

Paes, Bopanna, Bhupathi - wielkie gwiazdy sportu, ale przeciętnemu człowiekowi trudno się do nich zbliżyć. Znasz ich wszystkich osobiście. Możesz opisać każdego w kilku słowach?

- Są różni. Każdy jest inny.

To tak jak wśród polskich zawodników.

- Dokładnie tak. Zacznę od Leandera [Paesa]. Jest charyzmatyczny, zabawny i z pewnością jest showmanem. Bopanna: bezpośredni, konkretny i bardzo odważny. On nigdy się nie cofa. Mahesh [Bhupathi] jest bardzo mądry, małomówny, inteligentny. Najlepiej z tej trójki znam Bopannę i Bhupathiego, ale mam ogromny szacunek do gry Paesa.

Rywalizujecie ze sobą poza kortem? Wiem, że wśród tenisistów są grupy, które lubią mierzyć się w jakiejś konkurencji. Dla przykładu: Troicki ściga się z Djokoviciem na nartach i tam może wygrywać.

- My gramy w krykieta, ale głównym celem jest wzajemna pomoc. Musimy rywalizować na kortach z całym światem, więc próbujemy pomagać sobie, aby stać się lepszymi zawodnikami. Nie oznacza to oczywiście, że jak gramy przeciwko sobie to nie rywalizujemy. Jest tylu ludzi, którym musimy się przeciwstawić, że trzeba tworzyć grupę. Zawsze cieszę się, gdy Rohan i Mahesh wygrywają mecze, bo ja nie próbuję z nimi rywalizować. Mam przeciwko sobie niemal cały świat, potrzebuję kogoś po swojej stronie. (śmiech)

W Bombaju mieszka siedemnaście milionów ludzi. Gdybym zrobił wśród nich ankietę i zapytał o Purava Raję, ile osób mogłoby Cię rozpoznać?

- Może siedem.

Milionów?!

- Nie, siedem osób. (śmiech) Powiedziałbym nawet, że zero. Sania Mirza zbudowała sobie świetną markę, a Paes, Bhupathi, Bopanna i Devvarman też, ale nie na taką skalę. Jeżeli chodzi o popularność, nie jesteśmy w tej samej lidze co Sania. Mnie mogą znać ludzie, którzy sami grają w tenisa, ale nikt więcej. W naszym kraju rządzi krykiet. To, że jestem sześćdziesiąty, czy siedemdziesiąty na świecie, nie czyni mnie osobą rozpoznawalną.

Czas na standardowe pytanie do deblisty. Czy wśród aktywnych zawodników jest partner, z którym chciałbyś koniecznie rozegrać chociaż jeden turniej?

- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie znam tak dobrze zawodników z czołówki, jestem w tym towarzystwie nowy. Potrzebuję kogoś, kto gra na stronie forhendowej, dobrze serwuje. Ja odwdzięczam się dobrym returnem. Nie mogę podać w tym momencie żadnego nazwiska z "deblowego rynku", ale w następnym sezonie odpowiem Ci na to pytanie.

Masz dobre ręce, ale czy nie potrzebujesz kogoś, kto wykona na korcie bardzo dużo pracy?

- Wszystko zależy od tego, jaki rodzaj energii chcielibyśmy wnieść "do stołu". Debel jest w dzisiejszych czasach bardzo trudną konkurencją. To nie jest tak, że partner będzie skakał, biegał do każdej piłki, a ja nie będę musiał tego robić. Nie jest tak, że jeśli ja będę dobrze returnował, to on już nie musi. Gra stała się kompleksowa i została wyniesiona na bardzo wysoki poziom. Jestem zaskoczony, że nasza konkurencja nie jest bardziej popularna. Każdy musi na korcie robić wszystko. Przy doborze partnera szukam określonych atutów, ale nie mogę powiedzieć, że musi skakać i biegać. On musi być w stanie pokazać się na korcie. Jeżeli nie będzie w stanie odegrać dziesięciu forhendów, nie będziemy wygrywali.

 To Twój pierwszy występ w Pekao Szczecin Open. Czym kierujesz się wybierając turnieje, o których niewiele wiesz? Rozmawiasz na ten temat z innymi zawodnikami, czy tylko sprawdzasz nawierzchnię, pulę nagród i punkty, które są do zdobycia?

- Wielokrotnie nie ma żadnego wyboru - trudno dostać się do challengera, bo często jest mocna obsada. Mamy to szczęście, że osiągaliśmy w tym roku dobre wyniki i zajmujemy pozycję, która daje nam prawo do takich startów. Wielu zawodników namawiało nas na przyjazd. Mówili nam, że Szczecin to bardzo fajny turniej, z wieloma punktami do zdobycia. Pierwsza rzecz na którą zwracamy uwagę to uprzejmość i dbanie o zawodników. Nie chcemy wybrać się gdzieś, gdzie między hotelem, kortami i lotniskiem nie będą kursowały samochody. Podróżujemy przez cały rok! Nie chcemy spędzać kolejnych dwóch dni w tygodniu na dotarcie na miejsce, aby tylko zagrać w challengerze. W przypadku ATP 250 musimy akceptować wszystko, bo punkty tam zdobyte w znacznym stopniu są w stanie poprawić nasz ranking. Spośród challengerów wybieramy wyłącznie te najprzyjemniejsze.

Oprócz dwóch turniejów ATP wygraliście też kilka challengerów. Kort trawiasty to Twoja ulubiona nawierzchnia?

- Zdecydowanie. Takie korty pasują do naszego stylu gry - płaskie uderzenia, dużo gry przy siatce.

W Indiach są obiekty, gdzie można trenować na takiej nawierzchni?

- Nie. Ale specyfika kortu jest podobna. Szybki, można uderzać piłkę dość wcześnie, co nam bardzo sprzyja. Jeżeli spychamy przeciwników za linię końcową, możemy zrobić użytek ze swoich rąk przy siatce. Jeżeli oni przejmują inicjatywę i strzelają w nas, sytuacja nie jest dobra. (śmiech)

W ubiegłym roku byłeś kapitanem zwycięskiej drużyny w lidze IPTL. Stan Wawrinka, Andy Murray, Nick Kyrgios, Karolina Pliskova - było się kim opiekować.

- To było świetne przeżycie. Udało mi się ich wszystkich lepiej poznać, bardzo się szanujemy. Wygraliśmy całe rozgrywki, ale największą przyjemność sprawiło mi obserwowanie ich z bliska. Nie tylko na korcie, bo to świetni tenisiści, ale wielu z nich jest też bardzo dobrymi ludźmi. To dla mnie bardzo ważne. Tenis to to, co widzisz na korcie. Poza nim wielu z nas jest miłymi ludźmi.

Słyszałem, że Ty też masz dobre serce. Pomagasz niepełnosprawnym dzieciom w Bombaju, przekazujesz też datki na sierociniec...

- Staram się, ale wiem, że mogę robić zdecydowanie więcej. Nauczyłem się tego w domu rodzinnym, ale wiem, że mogę dotrzeć do większej liczby osób.

Jak wygląda taka pomoc? Udajesz się do tych ludzi osobiście, czy wspierasz fundację finansowo?

- Mamy coś na wzór fundacji, którą opiekuje się moja mama. Przekazujemy pieniądze różnym potrzebującym ludziom. Z żoną staramy się też docierać do ludzi osobiście - zanosić im jedzenie, zabawki, ubrania. To sprawia mi ogromną przyjemność, dlatego staram się bardzo w to angażować.

Świetnie, gratuluję. Mam jeszcze dwa pytania, ale jedno z nich nie jest przyjemnie.

- Śmiało próbuj. Możesz zapytać o cokolwiek chcesz.

Miałeś kiedyś sytuację, gdy ktoś nie uwierzył, że jesteś zawodowym sportowcem? Wiesz co mam na myśli - rozmawialiśmy już o tym wcześniej. W Polsce często spotykam się z rozmowami na temat sylwetki Marcina Matkowskiego. Moim zdaniem są to rozważania krzywdzące świetnego zawodnika, bo na końcu zawsze ważny jest wynik. Ale znam ludzi, którzy po porażkach zawsze wtrącają kilka zdań na temat jego sylwetki.

- Nie sądzę, aby mieli rację. Myślę, że krzywdzą go takimi opiniami. Ja nie chodzę w tenisowym stroju po ulicy, ubieram się bardziej elegancko i czasami ludzie pytają: "naprawdę grasz w tenisa?". To dla mnie normalne. Pamiętajmy o tym, że na końcu zawsze liczy się wynik. Jeżeli jestem wystarczająco szybki na korcie, a poza kortem jestem przyzwoitym gościem, nie dbam o to co o mnie myślą. Jeżeli jestem na tyle szybki, aby wykonać pracę, z której będzie zadowolony mój partner, mój wygląd nie powinien mieć znaczenia. Tak jak powiedziałem: możesz być milionerem lub kimś innym, ale gdy wychodzisz na kort, musisz wykonać pewną pracę. Gdybym był za wolny, albo gdyby Matka był zbyt wolny, nie wygrywalibyśmy meczów. Tak na marginesie: on jest całkiem szybki. Gdy grasz przeciwko niemu jest w stanie uderzać piłkę z taką siłą, że to przeciwnik nie nadąża. (śmiech) A dodatkowo dochodzi do każdej piłki.

Zgadzam się. Poza tym, skoro Nenad Zimonjić pyta go o wspólną grę, nie może mieć zbyt wielu wad.

- No właśnie, musi być jakiś powód takich ofert, prawda? Wszyscy staramy się zarabiać na korcie pieniądze, więc musi być powód dla którego ktoś chce z tobą grać.

Jakie są Twoje cele i marzenia związane z tenisem?

- Marzeniem jest wygranie turnieju wielkoszlemowego, a celem wejście do czołowej pięćdziesiątki rankingu. Grałem do tej pory cztery razy w imprezach wilekoszlemowych. W Paryżu było bardzo trudno, bo Ivo Karlović był zmęczony po bardzo długim meczu w singlu, a szczerze mówiąc przeciwnicy byli od nas lepsi. W trzech startach w Wimbledonie miałem swoje szanse. Raz prowadziliśmy 2:0 w setach, ale przegraliśmy w pięciu z Monroe i Stadlerem. Innym razem przegraliśmy z Nielsenem i Marrayem. Ja i Fabrice Martin graliśmy bardzo dobrze, ale złapały go skurcze gdy serwował aby wygrać czwartą partię. A innym razem przegraliśmy z Matką i Cabalem. (śmiech) Wrócę jeszcze do poprzedniego tematu - wszystko sprowadza się do tego jak dobry jesteś na korcie. Każdy z nas ma swoje wady, zalety, każdy ma inną budowę ciała, jeden jest bardziej sprawny, drugi mniej. Powiedz mi jedno: kiedy po raz ostatni Matkowskiego złapały na korcie skurcze?

Nie przypominam sobie takiej sytuacji.

- No właśnie. I to jest to, co powinno nas interesować.

Rozumiem, ale wiesz jak reagują ludzie. Krzywdzące opinie nie są wydawane tylko w środowisku tenisowym. Tak niestety wygląda nasze życie.

- Zgadzam się, to jest normalne. Po każdej porażce szuka się wytłumaczenia lub uzasadnienia. Nie znam Matki tak dobrze, mówię mu tylko "cześć", ale wiem co osiągnął na korcie. Zgaduję, że w ostatnich siedmiu latach za każdym razem kończył sezon w TOP 20. I za to go szanuję. To nie jest łatwe, coś o tym wiem. (śmiech)

Wydaje mi się, że ja też coś o tym wiem - staram się to wszystko oglądać z bliska, podróżować w celu obejrzenia kilku turniejów. Uwielbiam oglądać grę podwójną, a nawet mieszaną. I wcale nie wygląda to na łatwe zajęcie.

- Wszyscy bardzo ciężko trenujemy i wiem, że gdy wychodzimy na kort, nie ma właściwie uderzeń, które można nazwać fuksem. Wszystkie są przećwiczone wielokrotnie, zanim zastosujemy je w meczu. Najlepsza rzecz, jakiej nauczyłem się przy okazji uprawiania tego sportu, to to, że możesz zawierać przyjaźnie. Mam w Tourze wielu dobrych kolegów, mam nadzieję, że oni mówią o mnie podobnie. (śmiech) To jest pierwsza rzecz, jaką wyciągnąłem z tego sportu. Coś, co jest ważniejsze od rankingu, zwycięstw, punktów. Są tu ludzie, którym bezgranicznie ufam, którzy sprawiają, że żyję.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
marek.furjan
Czas publikacji:
poniedziałek, 26 września 2016 18:40

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • qast napisał(a) komentarz datowany na 2016/12/04 00:00:15:

    19-letni Sumit Nagal świetnie się spisał w na itf-ie w Poznaniu w ostatnim tygodniu sierpnia. W znakomitym stylu wygrał cały turniej, choć startował w nim jako zawodnik nierozstawiony.
    Pogromca Polaków :) wyeliminował pod rząd Dembka, Majchrzaka ("1-kę") i Majchrowicza, cóż... Ale potem potwierdził swoją klasę, po cięzkim boju pokonując świeżo upieczonego zwycięzcę itf-u w Bydgoszczy, Francuza Janviera, a następnie w finale bardzo dobrego Niemca, Daniela Masura .

    A propos Masura - to ten sam 22-latek, który tak bardzo utrudniał Kubotowi i Matce zdobycie dla Polski punktu deblowego w Berlinie. Dla niego Poznań był ostatnim futuresem, potem Daniel przeszedł do challengerów, i poza jednym wyjątkiem udało mu się wygrywać w turniejach tej klasy co najmniej jeden mecz :) , aż do końca sezonu. Ostatecznie plasuje się teraz wyżej o 100 miejsc od swojego poznańskiego pogromcy :)

  • qast napisał(a) komentarz datowany na 2016/12/04 00:10:20:

    Przykładem wspierania młodych hinduskich zawodników jest Sumit Nagal.
    Ciekawa jest jego historia. Najpierw dzięki sponsorom kilka lat trenował w Kanadzie, potem załatwiono mu miejsce w akademii tenisowej Aleksandra Waske (szumnie zwanej Tennis-University) w Offenbach w Niemczech (tam swego czasu uczyła się też Ania Kerber).
    Znajomość krajów i języków, jakie przy okazji zdobył młody Hindus - bezcenna

Dodaj komentarz

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Zakładki

Kanał informacyjny

E-mail: tenisowyblogvamos@gmail.com




Opcje Bloxa