Vamos

Blog o tym co na kortach i wokół nich. Autorem jest Marek Furjan, dziennikarz i komentator

Wpis

środa, 24 lutego 2016

Wywiad z tenisistką (16): Andrea Hlavackova

andyhla

Marek Furjan: Jesteś trzykrotną mistrzynią turniejów wielkoszlemowych w grach podwójnych. Czy będąc młodą dziewczynką myślałaś, że możesz aż tyle osiągnąć w tenisie?

Andrea Hlavackova: - Zupełnie nie. Jestem jedną z tych zawodniczek, które nie stawiały sobie takich celów. Gra w tenisa zawsze sprawiała mi radość, nie miałam żadnych wizji, lecz koncentrowałam się na danej chwili. Cokolwiek robiłam, byłam szczęśliwa. Jeżeli brałam udział w turnieju ITF z pulą nagród 10.000$ i go wygrywałam, byłam przeszczęśliwa. Nie stawiałam sobie odległych celów, lecz wykorzystywałam każdą chwilę. Nagle znalazłyśmy się w wielkoszlemowym finale i go wygrałyśmy. To była dla mnie ogromna niespodzianka. Nigdy nie myślałam też o zdobyciu medalu olimpijskiego, bo nie wierzyłam, że mogę kiedykolwiek zagrać na igrzyskach.

Poruszyłaś temat igrzysk olimpijskich. Na liście zgłoszeń do olimpijskiego turnieju w Londynie najwyżej notowaną czeską deblistką była Kveta Peschke?.

- Tak, to prawda. Oddała nam swoje miejsce.

Której z Was? Tobie, czy Lucie Hradeckiej?

- Nie pamiętam. Rok wcześniej wygrałyśmy French Open, a cut-off miał miejsce tuż po tym turnieju - dotarłyśmy do półfinału, ale i tak straciłyśmy trochę punktów. Przez cały rok byłyśmy w TOP 10, a po tamtym tygodniu spadłyśmy na miejsca 11 i 12. Trochę pechowo. Kveta o tym wiedziała, a sama chyba nie miała takiej motywacji, aby wciąż udział w igrzyskach. Nie miała stałej partnerki ze swojego kraju i znalazła się w sytuacji, w której musiałaby wybierać pomiędzy mną a Lucie. Zdecydowała, że zmieni swoje plany i pozwoli nam zagrać w duecie. Jesteśmy jej za to wdzięczne do końca życia!

Z Londynu przywiozłyście do Czech srebrne medale. Solidnie wyściskałyście Kvetę?

- Oczywiście. Dziękowałyśmy jej w mediach jeszcze podczas pobytu na turnieju, później oczywiście zrobiłyśmy to osobiście. Wysyłałyśmy jej wiadomości, a ja dodatkowo przekazałam jej rodzinie piwo, bo dostałyśmy w prezencie voucher na taki trunek.

Duża beczka?

- Nie, to był zapas piwa na rok. Określona liczba butelek, chyba 365.

Twój tata, podobnie jak jego przodkowie, jest właścicielem znanego browaru w Pilznie. Czy to oznacza, że miałaś łatwiejszy start od innych czeskich koleżanek?

- Nie mogę skłamać i powiedzieć, że każda osoba na świecie może uprawiać tenis ziemny. To drogi sport, a ja miałam to szczęście, że tata mógł zadbać o to, abym mogła podróżować, współpracować z trenerami i grać w tenisa. Gdy rozpoczynałam naukę na korcie, tata również zaczynał karierę browarnika. Byliśmy normalną rodziną, nic specjalnego. Moja siostra grała w tenisa i poszłam w jej ślady. Myślę, że sama zapracowałam sobie na pozycję, na której się znajduję, ale jestem oczywiście niezmiernie wdzięczna, że ojciec ciężko pracował i bardzo mnie wspierał.

Byłaś niezłą juniorką...

- Tak. Numerem jeden w deblu w 2003 roku i TOP 10 w singlu.

Jednak zagrałaś zaledwie w pięciu wielkoszlemowych turniejach juniorskich.

- Brałam udział w wielu turniejach juniorskich, ale w wieku siedemnastu lat wskoczyłam do TOP 10 i na pierwszą pozycję w grze podwójnej, a rok później grałam już w zawodach z dorosłymi. Taki był plan: wykorzystywać dzikie karty i wejść do świata wielkiego tenisa.

Pomimo wielu sukcesów deblowych, pod koniec 2013 roku podjęłaś decyzję o rozstaniu z Lucie Hradecką. Chciałaś zmienić otoczenie, dołączyłaś do Lucie Safarovej i jej trenera. Jaki był powód takiej decyzji?

- Grałyśmy ze sobą - z Lucie Hradecką - przez pięć lat. Tamten sezon nie był rewelacyjny, Lucie miała problemy zdrowotne, miałyśmy wiele rozmów dotyczących planowania kolejnych występów. Było kilka zakulisowych spraw, których nikt nie zrozumie. Po US Open zaczęłam myśleć o spędzeniu kolejnego sezonu z Safarovą. W Nowym Jorku poradziłyśmy sobie znakomicie i wygrałyśmy z Lucie cały turniej, więc moja decyzja rzeczywiście zabrzmiała wtedy dość głupio (śmiech). Podjęłam ją, bo były ku temu powody. Wierzyłam, że z "Safi" też mogę osiągnąć wiele dobrych wyników. Nie było źle, mogłybyśmy przedłużyć współpracę, ale obie nie czerpałyśmy takiej przyjemności jak wcześniej nam się wydawało. Podczas French Open stwierdziłyśmy, że pozostaniemy przyjaciółkami, ale życie zawodowe przeżyjemy z kimś innym. (śmiech) Miałam ogromne szczęście mieć przy sobie Jie Zheng, z którą dotarłam do półfinału Wimbledonu i ćwierćfinału US Open. To było niesamowite! Następnie grałam z Shuai Peng i wygrałyśmy turniej w Pekinie. Mój sezon wciąż był niesamowity. Tym samym udowodniłam sobie, że mogę osiągać dobre wyniki u boku czołowych tenisistek, jeżeli jest między nami chemia. Ważne, aby mieć stałą, stabilną partnerkę, z którą możesz popracować nad niektórymi elementami w trakcie sezonu, dlatego zdecydowałyśmy z Lucie, że zaczniemy wszystko raz jeszcze. Cieszę się, że do siebie wróciłyśmy.

Gra deblowa jest dla Ciebie bardzo ważna, w końcu jesteś jedną z czołowych zawodniczek świata w tej specjalizacji. Czy w Twoim przypadku jest tak, że przez grę podwójną chcesz podciągnąć się również w grze pojedynczej? A może można nazywać Cię już deblistką?

- Jeżeli chodzi o mój wiek i karierę, wchodzę już w okres, w którym można nazywać mnie deblistką. Cieszę się, że w tym sezonie ważniejsza była dla mnie gra podwójna. Układałam swój grafik pod takie starty, co czasami oznaczało opuszczanie niektórych występów singlowych. To nie była łatwa decyzja, ale podjęłam ją na początku sezonu, aby zakwalifikować się do Turnieju Mistrzyń. Udało się. Cele na najbliższy rok są podobne: igrzyska olimpijskie i Masters. Chcemy się tam dostać. Odkryłam, że przy takim układzie startów, gra pojedyncza sprawia mi większą radość. Na kort wychodzę zrelaksowana, dobrze bawię się podczas takich występów. To dlatego spotykamy się tutaj - w Bratysławie - gdzie kończę sezon występując w ITFie. Chcę rozegrać kilka spotkań, bo wciąż w pięćdziesięciu procentach jestem singlistką. (śmiech)

Porozmawiajmy o Twojej fundacji. Jesteś bardzo aktywna na Facebooku i Twitterze. Sprzedajesz różne rzeczy, aby pomagać ludziom. Możesz o tym opowiedzieć?

- Wszystko zaczęło się w 2012 roku. Zdecydowałam, że chciałabym zbierać pieniądze dla niepełnosprawnych dzieci.

Mówimy o dzieciach niepełnosprawnych ruchowo, czy intelektualnie?

- Takich i takich. O wszystkich dzieciakach, które potrzebują pomocy. Zaczęłam wystawiać na aukcje różne rzeczy z mojej tenisowej torby. Później, nieco nieoczekiwanie, poleciałyśmy na igrzyska olimpijskie. Pomyślałam: wow, teraz mogę wystawiać na aukcje gadżety związane z igrzyskami. Dwa tygodnie później zdobyłyśmy srebrne medale. Rzeczy wystawione na aukcjach zyskały jeszcze na wartości.

Sprzedałaś też medal?

- Nie! Jest mój! (śmiech) Ale ciuchy i torba, które wystawiłam na sprzedaż były już rzeczami medalistki olimpijskiej. Zainteresowało się nimi więcej osób, więc oficjalnie wystartowałam z fundacją, aby nie mieć problemów z podatkami i podobnymi rzeczami. Od tamtego czasu na mojej stronie regularnie jest coś do wylicytowania, prowadzę coś na wzór sklepu internetowego. Wszystkie pieniądze, które otrzymuję ze sprzedaży tenisowych pamiątek, trafiają na fundusz charytatywny. Raz w roku wybieram dzieciaki, które są najbardziej potrzebujące. Czasami same się do mnie zgłaszają.

Pomagasz dzieciom w Czechach, czy na całym świecie?

- Jeżeli odezwą się do mnie dzieci z innego kraju, także mogę im pomóc. Do tej pory pieniądze trafiały do czeskich dzieciaków.

Wiele osób interesuje się licytacjami? Oczywiście biorąc pod uwagę, że - z całym szacunkiem - nie są to ciuchy, czy pamiątki Rogera Federera.

- Oczywiście. Przez to, że jestem aktywna na Facebooku, zagląda do mnie coraz więcej fanów, którzy później trafiają na moją stronę internetową. Aktywność w mediach społecznościowych sprawia mi dużą radość, ale jest konieczna przy prowadzeniu takiej działalności. Muszę być aktywna, bo pewnego dnia wystawiam coś na aukcję i chcę, aby wiadomość dotarła do jak najszerszego grona zainteresowanych.

Nie wierzę, że robisz wszystko sama...

- W zasadzie tak. Mam jedną osobę, która pomaga mi przy prowadzeniu strony internetowej, ale większość prac wykonuję osobiście.

 Wspominałaś już o olimpijskim medalu, który zatrzymałaś dla siebie. Czy jest więcej rzeczy, których nie wystawiłabyś na aukcję?

- Trofea, medale... I to chyba wszystko. Licytowane były już moje torby tenisowe, rakiety, buty, piłki i ręczniki. Zawsze wystawiam na stronie ręczniki z turniejów wielkoszlemowych. Można znaleźć też pamiątki z Pucharu Federacji. Nic nie jest zbyt osobiste, aby nie trafić na stronę. Gdy widzę zainteresowanie kibiców, uwielbiam zbierać pieniądze i pomagać potrzebującym.

Przeczytałem gdzieś, że z wimbledońskich kortów znika co roku kilka tysięcy ręczników (w 2006 roku 2,5 tysiąca). Czy to prawda, że nie można ich oficjalnie wynosić z obiektu? Bracia Bryan wspominali, że chowają je na samym dnie torby...

- Grałam na Wimbledonie wielokrotnie i muszę przyznać, że na początku mojej kariery rzeczywiście musiałam chować ręcznik przed opuszczeniem kortu. Zdarzało się, że zawodnicy zajmowali się tym już przed rozegraniem ostatniego gema w meczu! (śmiech) Chowałeś ręcznik do torby i robiłeś coś w stylu ucieczki z kortu. Z upływem kolejnych lat organizatorzy stali się bardziej elastyczni, pozwalają nam zabierać dwa ręczniki po każdym meczu. Kiedyś wysyłali chłopców do podawania piłek. "Mogę prosić o Twój ręcznik?" - pytało dziecko. "Nie!" - odpowiadał zawodnik. "Oddawaj!" - tak mniej więcej wyglądała taka rozmowa. To było głupie. (śmiech) Chcemy, aby kibice widzieli, że zawodnicy zabierają takie pamiątki. To zawsze miły prezent dla przyjaciół. Czasami, gdy zagram dobry turniej w Paryżu lub Londynie, przywożę do domu dwadzieścia ręczników. Rozdaję je rodzinie, znajomym i wszystkim, którzy ucieszą się z takiego prezentu. Za każdym razem co najmniej jeden lub dwa trafiają także na aukcję.

 Czy problem z zabieraniem ręczników dotyczy wyłącznie Wimbledonu, czy wszystkich imprez wielkoszlemowych?

- Myślę, że Wimbledon pod tym względem jest najbardziej wrażliwy. Podczas French Open organizatorzy są elastyczni, a udział w US Open oznacza właściwie zero ręczników.

Zero?

- Tak. Tylko gdy grasz na korcie centralnym w meczu sesji wieczornej, możesz liczyć na jeden oficjalny ręcznik. Jeśli rozgrywasz swój mecz na innym obiekcie, otrzymujesz biały ręcznik. Gdy w roku 2013 wygrałam w Nowym Jorku miksta i debla - możesz sobie wyobrazić ile spotkań rozegrałam i na jakich kortach - przywiozłam do domu jeden ręcznik US Open i jeden biały z oficjalnym podpisem. Gdyby stało się to w Londynie, wracałabym z dwoma dodatkowymi torbami. (śmiech)

W ostatnim czasie Martina Hingis i Sania Mirza zdominowały kobiece rozgrywki deblowe. Czy w ciągu jedenastu lat zawodowej kariery miałaś do czynienia z lepszym duetem?

- Tak, miałam. Myślę, że siostry Williams tworzą lepszą parę, bo zwyczajnie są lepszymi tenisistkami. Co jakiś czas zdarzają się też duety, które dominują w danym roku: Martinez Sanchez i Llagostera Vives były liderkami rankingu i odniosły wiele cennych zwycięstw, Dulko i Pennetta - kolejna dobra para, która wygrała turniej wielkoszlemowy, Szwedowa i King - dwa turnieje wielkoszlemowe z rzędu i Errani/Vinci, które zdominowały rozgrywki. Teraz tę rolę przejęły Hingis i Mirza, które grają dobry, kompletny tenis. Hingis jest coraz lepsza, w przeszłości byłą liderką rankingu i nie straciła swych umiejętności. Martina i Sania wspaniale się uzupełniają, ale nie nazwałabym ich najlepszą parą deblową w ostatnich latach.

 Wspólnie z Lucie Hradecką jesteś finalistką Wimbledonu z roku 2012. Czy podobnie jak singlistki, które zameldują się w ćwierćfinale, w deblu także otrzymuje się zaproszenie do klubu Last Eight?

- Tak, z tą różnicą, że w grze podwójnej "ósemka" oznacza cztery pary, czyli półfinał. Gdy znajdziesz się w tej elicie i startujesz w kolejnych edycjach turnieju, otrzymujesz każdego dnia dodatkowy bilet, który możesz komuś podarować, a także dodatkową przepustkę na cały turniej dla swojego gościa. Gdy skończymy karierę, będziemy mogły wybrać się na Wimbledon i wspólnie z osobami towarzyszącymi być gośćmi turnieju.

I zajadać się truskawkami...

- Tak, jeść truskawki do końca życia. (śmiech) Podobne zasady obowiązują podczas Australian Open, French Open i US Open. We wszystkich czterech turniejach obowiązuje "Last Eight Club", ale każdy turniej daje Ci inne możliwości z nim związane. Na przykład na Flushing Meadows dostaniesz więcej biletów itp. Cała inicjatywa jest bardzo miła.

Kveta Peschke powiedziała mi kiedyś, że nie znosi grać przeciwko jednemu z braci Bryan. Ty także regularnie występujesz w grze mieszanej. Jest ktoś, z kim nie lubisz rywalizować?

- Nie przypominam sobie. Pamiętam występy przeciwko dobrym singlistom - np. w tym roku grałam przeciwko Nickowi Kyrgiosowi. To było przerażające doświadczenie, ale na szczęście dobrze bawił się na korcie i chyba nie pokazywał całych umiejętności.

Dlaczego przerażające?

- Te bomby: serwis, forhend. Widziałam jego mecze singlowe, więc wiem z jaką siłą gra. Nagle znajdujesz się pod siatką, a więc w połowie drogi, i dostajesz taki pocisk z forhendu. To straszne! (śmiech) Nigdy nie grałam przeciwko braciom Bryan, ale bardzo chciałabym grać z którymś z nich po jednej stronie siatki. Jeżeli chodzi o partnera, zawsze uwielbiałam grać z Maksem Mirnym. To jeden z najmądrzejszych zawodników w Tourze. W tym roku, wspólnie z Łukaszem Kubotem, udało mi się go pokonać w US Open i dopiero zrozumiałam jak trudnym jest przeciwnikiem. Ma tak znakomity serwis...

Staram się śledzić tenisistów na portalach społecznościowych. Ty jesteś dosyć aktywna, wśród polskich zawodników jest to zdecydowanie mniej popularne. Jak ważny dla sportowca jest tego rodzaju kontakt z kibicami?

- Media społecznościowe zawierają w dzisiejszych czasach informacje z całego świata. Wiele osób sprawdza Facebooka czy Twittera częściej niż portale z wiadomościami. Mi także się to przydaje i wciąż będę aktywna. Złe komentarze od ludzi, którzy piszą dziwne rzeczy po moich wygranych czy porażkach czasami mnie zniechęcają, ale wtedy robię kilka tygodni przerwy, publikuję mniej wpisów. Uważam, że obecność w mediach społecznościowych jest bardzo ważna, a dzięki niej stajesz się widoczny. Sponsorzy i fundacja potrzebują, aby ludzie mnie śledzili.

Na zakończenie naszej rozmowy poproszę Cię o wskazanie rzeczy, w których jesteś lepsza od Lucki Hradeckiej i takich, w których ona jest lepsza lub skuteczniejsza od Ciebie. Wyjdźmy na moment poza kort tenisowy.

- Myślę, że ja jestem lepsza w komunikowaniu się - rozmowie z mediami itp., bo Lucie ma cechy introwertyczki. Ona z pewnością lepiej gotuje! (śmiech) Znamy się dobrze, ale poza kortem nie spotykamy się tak często, abym wskazała więcej rzeczy. Trudne zadanie. Gdybym miała porównać się z Safarovą, powiedziałabym, że ona zdecydowanie zdrowiej się odżywia. Mi nie idzie to dobrze. Z kolei ja mam większy porządek w torbie od "Safi". (śmiech) Jej torba wypełniona jest rzeczami, a u mnie wszystko jest poukładane.

***

Informacje o aukcjach Andrei Hlavackovej znajdziecie na jej stronie internetowej: http://www.andreahlavackova.com/en/

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
marek.furjan
Czas publikacji:
środa, 24 lutego 2016 15:57

Polecane wpisy

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Zakładki

Kanał informacyjny

E-mail: tenisowyblogvamos@gmail.com




Opcje Bloxa