Vamos

Blog o tym co na kortach i wokół nich. Autorem jest Marek Furjan, dziennikarz i komentator

Wpis

wtorek, 08 grudnia 2015

Wywiad z tenisistą (15): Jerzy Janowicz

JJ1

Marek Furjan: Grudzień to okres ciężkiej pracy przed nowym sezonem, ale ja poproszę Cię o kilka słów o tym, który niedawno się zakończył. Jaki był to rok dla Jerzego Janowicza?

Jerzy Janowicz: - Na pewno pełen kontuzji. Początek sezonu był bardzo fajny: wygraliśmy Puchar Hopmana, a zaraz potem osiągnąłem trzecią rundę w Australii po wyrównanym meczu z Feliciano Lopezem, który tak naprawdę mógł zakończyć się w dwie strony, bo graliśmy dwa bliskie tie-breaki. Zaraz po Australian Open był finał [w Montpellier], którego nie udało mi się zagrać. Początek był więc dość udany, ale od wspomnianego finału zaczęły się problemy ze zdrowiem: zapalenie oskrzeli i nie zagranie finału, drobna jelitówka w Madrycie, plecy w Monte Carlo… Co chwilę przytrafiały się jakieś problemy zdrowotne, więc i tak nie ma dramatu.

Czytałem, że niedawno znów poddałeś się zabiegowi dokuczającego Ci kolana.

- Tak, dwa razy miałem ostrzykiwane kolano. Naderwanie przyczepu rzepki lewego kolana, więc nieprzyjemny problem. Nabawiłem się go w Winston-Salem. Tam właśnie zacząłem odczuwać ból, który ciągnął się za mną do końca sezonu. Nie dało się szybko zaleczyć tego problemu, naderwanie nigdy nie goi się zbyt szybko tym bardziej, że kolano cały czas było obciążane na dużych obrotach. Mam nadzieję, że do końca sezonu przygotowawczego wszystko będzie już dobrze.

Czyli nie możemy powiedzieć, że przygotowujesz się już do sezonu na pełnych obrotach?

- Jeżeli chodzi o stronę fizyczną i motoryczną, czyli treningi z Piotrem Grabią, to wykonujemy pracę na 100%. Wiadomo, że w pewnym zakresie ruchowym kolano jest oszczędzane, ale staramy się pracować na sto procent. Tenisowo jest to dopiero jakieś 20%.

Nowy rok będzie sezonem olimpijskim. Dodatkowy start w jakiś sposób wpływa na przedsezonowe przygotowania?

- W ogóle. Bez zmian, raczej nic nadzwyczajnego się nie wprowadza.

Wiadomo już na jakiej nawierzchni zagracie w Rio?

- Szczerze mówiąc, nawet się tym nie interesowałem, więc za dużo na ten temat nie mogę powiedzieć.

Powiedz mi tylko jak ważny będzie to dla Ciebie turniej. Tenisiści różnie reagują na start w igrzyskach olimpijskich. Ty porównałbyś je z turniejem wielkoszlemowym?

- Z mojej strony igrzyska olimpijskie są traktowane jak Puchar Davisa. Nie gramy raczej pod swoim nazwiskiem, tylko bardziej dla kraju.

Portal polski-tenis.pl podał, że zastanawiasz się nad wyjazdem na obóz na południe Europy. Camp z udziałem kilku czołowych zawodników rankingu ATP ma wystartować 13 grudnia. To popularna praktyka wśród zawodowych tenisistów?

- Tak, to jest normalne. W sobotę wylatuję do Monte Carlo, bo tam odbędzie się obóz. Wezmą w nim udział m.in.: Novak Djoković, Andreas Seppi i Fabio Fognini. Fajne nazwiska, z którymi można dobrze potrenować i wgrać się punktowo, bo w miejscach w których trenujemy, czyli w domu, nie mamy zbyt wielu sparingpartnerów, żeby się ograć przed sezonem. Wydaje mi się, że taki obóz jest super rozwiązaniem, żeby przepracować tydzień meczowo z innymi zawodnikami.

Wielu zawodników gra już na punkty w ligach azjatyckich, które powstały w ostatnich kilkunastu miesiącach. Miałeś jakieś oferty, żeby również udać się tam na takie przygotowania połączone z zabawą?

- Szczerze mówiąc, miałem propozycję już w tamtym roku, ale tak naprawdę wolałbym skupić się na czystym przygotowaniu do nowego sezonu. Wiadomo, że pieniądze w takiej lidze są spore, ale trzeba się zastanowić, czy warto poświęcać właściwie cały sezon przygotowawczy, który jeżeli chodzi o mnie jest bardzo istotny. Z moimi warunkami fizycznymi jestem dość konkretnie narażony na różne kontuzje, więc zdecydowanie wolę przygotować się do całego sezonu, który jest niezwykle długi. Wydaje mi się, że troszeczkę bez sensu jest przedłużanie sobie sezonu w sztuczny sposób. Nie można powiedzieć, że te rozgrywki są łatwe, bo meczów do rozegrania jest naprawdę sporo. Ja zdecydowanie wolę skupić się na czystym przygotowaniu mojego organizmu do sezonu.

Ten długi sezon zaczniesz jako tenisista szóstej dziesiątki rankingu ATP. To dobra pozycja wyjściowa, bo nie będziesz bronił przesadnie wielu punktów, czy nie ma dla Ciebie większego znaczenia, że będziesz startował jako dwudziesty, pięćdziesiąty, czy setny?

- Znaczenie ma dla mnie to na jakim miejscu będę chciał się znaleźć. To z jakiego miejsca zaczynam sezon nie ma dla mnie większego znaczenia. Trzeba się skupić na tym, na którym miejscu chciałbym być i z taką myślą będę leciał już na pierwszy turniej do Brisbane. Sezon zakończyłem już ponad miesiąc temu i wydaje mi się, że miejsce na którym go skończyłem powinno być już historią. Teraz zaczynamy nową zabawę.

W jakie rejony rankingu w takim razie celujesz?

- Jak mam być szczery, to daję sobie trzy lata na to, żeby znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Z taką myślą będę teraz grał.

Nie przypominam sobie, żebyś w oficjalnym wystąpieniu kiedykolwiek powiedział złe słowo na Kima Tiilikainena. Czy to oznacza, że nie ma wahań formy w Waszym teamie, a jego pozycja w Twoim sztabie jest wciąż niezagrożona i masz do niego duże zaufanie?

- Przedłużyliśmy kontrakt, więc jeżeli jakieś zmiany miałyby nastąpić to z reguły ogłasza się je na koniec sezonu. My już trenujemy, przygotowujemy się do nowego sezonu i żadnych zmian nie planowaliśmy. Na razie nie ma o czym gadać.

Pracujecie z powodzeniem od ładnych kilku lat. Zastanawiam się w jaki sposób Kim zyskał Twój szacunek? Ty jesteś ekspresyjny, on spokojny. Nie był wybitnym tenisistą, nie był trenerem mistrzów wielkoszlemowych…

- Na pewno nie jest łatwo mi dogodzić jeśli chodzi o trenera, psychologa, masażystę, czy fizjoterapeutę. Zazwyczaj jestem wybredny i ciężko mi dobrać sztab szkoleniowy. Z Kimem złapaliśmy chemię. Tu nie ma za dużo tłumaczenia, mówiąc brzydko: spodobaliśmy się sobie. Dograliśmy się i to było najważniejsze. Jeżeli pierwszy kontakt jest udany i widać, że dogadujemy się z daną osobą, to później zazwyczaj jest z górki.

Zastanawiałeś się nad zaryzykowaniem i dołączeniem do sztabu wielkiego międzynarodowego nazwiska? To dosyć modna forma współpracy wybierana przez czołowych tenisistów. Agnieszka Radwańska szukała porad u samej Martiny Navratilovej.

- Nie, nad tym nie myślałem. Dla mnie tak naprawdę najważniejsze nie jest to z kim pracuję, ale to, abym złapał z nim chemię i mu zaufał. Agnieszka współpracowała z Navratilovą i ten okres był jednym z gorszych w jej karierze. Skończyła współpracę i było zdecydowanie lepiej. Niektórym to odpowiada, innym nie. Ja się nad tym nie zastanawiałem, ale wydaje mi się, że nie wpłynęłoby to na mnie za dobrze.

Był w tym sezonie mecz, w którym Andy Murray powiedział do Lukasa Rosola: „Nikt Cię nie lubi”. Jak postrzegany w tenisowej szatni jest Janowicz? Zabawny gość, samotnik, specyficzny facet?

- Wiadomo, że każdy człowiek ma swoich ulubionych ludzi i tych mniej lubianych, z którymi w ogóle nie rozmawia. Ja też mam takich paru wybrańców, z którymi nie utrzymuję żadnego kontaktu. Z dziewięćdziesięcioma ośmioma procentami zawodników utrzymuję dobry kontakt i nie mam większego problemu. Takie pytania trzeba kierować do nich, a nie do mnie (śmiech).

Pewnie trudno przy trybie życia zawodowego tenisisty mówić o jakichkolwiek przyjaźniach. Z którymi z zagranicznych zawodników się kolegujesz?

- Nie można powiedzieć o jakiejś wielkiej przyjaźni. To, że nie mamy ze sobą większego kontaktu poza turniejami troszkę to utrudnia. Gdybyśmy mieszkali w jednym miejscu i mieli czas na wyjścia pozatenisowe to ten kontakt byłby zdecydowanie lepszy. Tak jak mówię: normalny kontakt mam ze zdecydowaną większością. Bardzo dobry z Dominikiem Thiemem, dobrze rozmawia mi się też z jego trenerem. Nie mam większego problemu z Andy’m Murrayem, z Novakiem Djokoviciem też porozmawiam. Otwarcie mówię o kilku swoich wybrańcach, z którymi się nie lubię i mam kontakt ucięty do zera, ale każdy człowiek ma takie osoby.

Gdybyś wyszedł ze swojej skóry i obserwował Jerzego Janowicza z pozycji kibica. Za co byś go kochał? Czym by Ci najbardziej imponował?

- Jak mam być bardzo szczery, to nie lubię wypowiadać się na swój temat. Nawet w superlatywach! Nie sprawia mi to przyjemności. Mogę o sobie słuchać, ale mówić o sobie nie lubię. Jeżeli komuś się spodobałem to bardzo się cieszę. Nigdy nie próbowałem naśladować nikogo ani niczego, nie starałem się być sztuczny. Zazwyczaj to co się dzieje na korcie i poza kortem jest naturalne. Wiadomo, że jestem osobą publiczną, bo tenis można oglądać w telewizji, i jeżeli ktoś chętnie ogląda moje mecze to bardzo się z tego powodu cieszę.

Przyszyto Ci łatkę „bad boya”. Jak na zainteresowanie Twoją osobą sponsorów wpływają „aferki”, o których czasami czytamy? Był moment, w którym jakaś firma powiedziała: „Dość. Nie będziemy wspierać tego faceta”? A może zainteresowanie potencjalnych reklamodawców generują wyłącznie wyniki sportowe?

- Zdecydowanie wyniki. Sponsorzy patrzą też czy dana osoba jest charyzmatyczna i podoba się mediom. Jeżeli jest zainteresowanie tą osobą wśród kibiców to sponsorzy też się nią interesują. Wyniki są najważniejsze, bo to czy ja lubię się z mediami, czy nie, to sprawa drugorzędna. A nawet trzeciorzędna. Najważniejsze są wyniki, dopiero później patrzy się na to czy zawodnik jest charyzmatyczny. Weźmy takiego Nikołaja Dawidienkę. Człowiek, który niejednokrotnie wygrywał najważniejsze turnieje na świecie, pokonywał wszystkich, a przez samo ATP i sponsorów był że tak powiem omijany. Był grzeczny, miły, fajny, ale nie było czegoś takiego, że sponsorzy się nim interesowali. Ten człowiek wygrywał wszystkie turnieje: Mastersy, tysięczniki. Musi być „to coś” w człowieku, żeby ludzie się tą osobą interesowali. Dawidienko był miły, sympatyczny, cichy na korcie, a nawet jak był w pierwszej czwórce na świecie to bardzo rzadko grał na głównych kortach.

Na jaką skalę rozwinął się trash-talking w tenisie? Każdy zawodnik potwierdzi, że np. Radek Stepanek lubi powiedzieć coś przeciwnikowi mijając go przy siatce. W jaki sposób wyprowadza się rywala z równowagi?

- Ja, mówiąc szczerze, jestem bardzo negatywnie nastawiony do czegoś takiego. Nigdy nie staram się stosować dziwnych „technik” pod siatką, dekoncentrować ani wyprowadzać z równowagi mojego przeciwnika. Uważam, że jest to bez sensu. Z reguły staram się udowodnić moją wyższość nad przeciwnikiem poprzez samą grę w tenisa, a nie przez dziwne sztuczki. Co innego, jeżeli przeciwnik wkurza się na sędziego. To zupełnie inna kwestia. Jeżeli jednak ktoś specjalnie robi jakąś dziwną aktorską scenę… Takim przykładem jest właśnie Stepanek. Pamiętny mecz z Fernando Gonzalezem, gdy Gonzalez w furii z całej siły trafił Stepanka w pośladek. Takie zachowania mają miejsce, ale jednak w tenisie są rzadkie. Z reguły taka osoba nie jest tolerowana wśród zawodników.

Nie oczekuję, że wymienisz tu listę nazwisk, ale co na ogół mówi przeciwnikowi taka osoba? „I tak Cię ogram”, „jesteś słaby”, czy może próbuje obrazić rywala w inny sposób?

- Stepanek na przykład stosuje dziwne zachowania pod siatką, takie jak odwracanie się plecami. Albo tak jak było z Gonzalezem, gdy na siłę przedłużał oczekiwanie na returnie. Czasami takie zagrywki padają też ze strony Ernestsa Gulbisa. Jakieś komentarze odnośnie danej piłki, że miałeś farta, bla, bla bla… Tego typu proste zagrywki. Nic skomplikowanego.

W marcu, w ramach rozgrywek o Puchar Davisa, gramy z Argentyną w Gdańsku. Niedawny finał z udziałem Belgii działa na Twoją wyobraźnię? Jak porównamy siłę reprezentacji Belgii i Polski to - zaryzykuję stwierdzenie – jesteśmy od nich silniejsi. Specyfika rozgrywek jest taka, że to oni grali niedawno o tytuł. Czy to daje iskrę nadziei, że wcale z tej elitarnej Grupy Światowej możemy szybko nie wypaść?

- Najpierw zagrajmy pierwszy w historii mecz z Grupie Światowej. Jeszcze nigdy w niej nie graliśmy, więc trudno mi powiedzieć jakie to będą emocje i jak drużyna będzie to przeżywać. Samo wejście do Grupy Światowej jest ogromnym osiągnięciem. Jeszcze nigdy nie byliśmy na tym szczeblu rozgrywek. Podejdźmy do tego z dużym spokojem, zagrajmy z uśmiechem na ustach i cieszmy się, że mamy możliwość zagrania w Grupie Światowej. Zobaczymy jak będzie. Jeżeli okaże się, że nie jest to tak straszne jak wyglądało w telewizji, to mam nadzieję, że poprzez naszą dobrą grę będziemy pięli się po szczebelku do góry.

W styczniu na zawodowe korty wraca Juan Martin del Potro. Lepiej, żeby tenisista takiego kalibru przyleciał do Ergo Areny na mecz z Polakami i przyciągnął kolejnych kibiców, których czasami trochę Wam brakuje?

- Wydaje mi się, że byłoby najlepiej, gdyby kibice przychodzili z tego względu, że kochają tenis. Nie na nazwiska przeciwników. Im więcej przyjdzie ludzi kochających ten sport, tym lepiej. Wiadomo, że lepiej gdyby kibice przychodzili na nasze mecze, a nie na występy przeciwników. I wspierali nas, Polaków, bo jeżeli przylecą kibice argentyńscy to nie będzie już tak różowo… Tak było chociażby w Płocku, gdzie frekwencja była chyba najniższa w historii. Ja nie widziałem zbyt wielu osób na ulicach, a co dopiero w hali. Mieliśmy odczucia – i chyba nawet potwierdziły to statystyki – że było więcej kibiców w Litwy niż z Polski. Jak mam być szczery, grając w domu przy tak dużej grupie publiczności litewskiej nie grało się fajnie.

Kiedyś słyszałem o chęci zorganizowania pokazowego meczu Janowicza z Federerem na Stadionie Narodowym. Rzeczywiście były prowadzone jakieś rozmowy? Myślisz, że to byłby dobry pomysł i szansa przyciągnięcia na stadion kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy osób?

- Na pewno byłoby to fajne wydarzenie. Ogromna promocja dla tenisa w Polsce, bo chcąc nie chcąc tej promocji jest mało. Ten sport w naszym kraju jest za mało promowany, za wolno to wszystko się rozwija w porównaniu do innych państw. Takie wydarzenie popchnęłoby to wszystko o parę kroków do przodu. Myślałem troszeczkę na ten temat, ale większych rozmów ani propozycji nie było. Jeżeli kończyłbym karierę za kilka lat to taki pomysł byłby bardzo fajny. Chciałbym takim meczem pokazowym we własnym kraju - a gdyby udało się zrobić to w Łodzi to jeszcze lepiej – zakończyć karierę. To byłoby świetne przeżycie.

Jakiś wymarzony rywal?

- Jakby dało załatwić się Pete’a Samprasa to na pewno byłbym zadowolony (śmiech).

Jesteśmy na kortach MKT Łódź. Usiadłeś akurat pod zdjęciem, które dotyczy kolejnego pytania [fotografia przedstawia Jerzego Janowicza i Łukasza Kubota wymieniających się koszulkami]. Po ćwierćfinale Wimbledonu 2013 wymieniliście się z Łukaszem koszulkami. Ta pamiątka jest jeszcze gdzieś w Twoim domowym archiwum, czy przekazałeś ją na jakąś licytację?

- Jest, jest. W domu u moich rodziców. Leży sobie grzecznie, odpoczywa i się kurzy (śmiech).

Kilka tygodni temu czytałem wywiad z Wojciechem Zawiołą – autorem książki o Robercie Lewandowskim. Oto fragment, w którym autor opisuje naszego świetnego piłkarza: „Bardzo trudno mieć z nim kontakt. Rzadko odpisuje na SMS-y, trudno się do niego dodzwonić. Na wielu osobach się zawiódł, więc teraz po prostu starannie wybiera sobie ludzi. I poświęca czas tym, których sobie wybrał”. Brzmi znajomo? Przyznam się szczerze, że czytając tę wypowiedź pomyślałem od razu o Tobie.

- Szczerze mówiąc, przeżyłem już swoje. Staram się otaczać ludźmi i mieć kontakt z osobami, którym ufam. Takimi do których mam zaufanie i wiem, że mnie bezczelnie i ordynarnie nie wykorzystają jak to miało już parę razy miejsce. Ciężko jest u mnie zdobyć zaufanie, ponieważ bardzo wiele razy przejechałem się na ludziach. Wiem, że lepiej zaufać mniejszej liczbie ludzi, ale żeby zaufanie miało fundament aby przetrwać dłużej niż kilka tygodni.

Wczoraj przeglądałem ranking ATP i policzyłem, że wyżej od Ciebie jest tylko jedenastu zawodników, którzy nie mają w swojej kolekcji singlowego tytułu imprezy ATP. Czy właśnie wygrania turnieju tej rangi należy życzyć Ci przed najbliższym sezonem?

- Patrząc na to z jakim problemem się borykam, trzeba mi życzyć zdrowia. Mam największy problem z tym, żeby pozbierać się po kontuzji. Gdy napotykam jakiś problem – kolano, plecy, czy nawet zapalenie oskrzeli – to zawsze mam wrażenie, że wracam po takim urazie dopiero po zakończeniu sezonu. Odnoszę wrażenie, że wszystko muszę zbudować sobie od nowa i zawsze zabiera mi to dużo czasu. Jeżeli po powrocie nie zacznę wygrywać pierwszych kilku meczów to wszystko się zapętla i wtedy jest problem. Jeżeli nie będzie kontuzji, będzie dobrze!

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
marek.furjan
Czas publikacji:
wtorek, 08 grudnia 2015 17:42

Polecane wpisy

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Zakładki

Kanał informacyjny

E-mail: tenisowyblogvamos@gmail.com




Opcje Bloxa